T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Globalne ocieplenie
Na swojej najnowszej płycie Earth umiejętnie podnoszą temperaturę. Nad ich żałobnymi instrumentalami zaczynają się unosić opary modnej psychodeli i zaskakującego funku.
Choć Dylan Carlson nie stał się nagle George'em Clintonem, najnowsza pozycja jego zasłużonej grupy potrafi zaskoczyć. A przecież wydany w tym roku album miał być tylko sequelem, dopowiedzeniem, zamknięciem wątków poruszonych na poprzedniku. Rzeczywiście, formalnie wszystko się zgadza, zarówno tytuł opatrzony dopiskiem "Vol. 2", jak i kolorystyka okładki odsyłają bezpośrednio do "Angels of Darkness, Demons of Light, Vol. 1". Słusznie, bo przecież materiał został zarejestrowany podczas jednej sesji. Tym bardziej zadziwiają kompozycje, które oferuje tegoroczny album Earth, z każdym kolejnym dźwiękiem oddalający się od swojego poprzednika.

Jeszcze bardziej niż ubiegłoroczne wydawnictwo "Angels of Darkness, Demons of Light, Vol. 2" przypomina negatyw wczesnego Earth. A może raczej pozytyw, biorąc pod uwagę dźwiękowe barwy jakimi obecnie posługuje się grupa Dylana Carlsona. Wszędobylskie zgrzyty, szmery i hałasy ustąpiły miejsca pedantycznej studyjnej dbałości. Pomiędzy niespiesznymi dźwiękami instrumentów rozciąga się leniwa cisza, która pozwala wybrzmieć improwizacjom. Pierwsze kilkanaście minut obywa się bez perkusji: gitara, wiolonczela i bas wiodą flegmatyczny dialog, który mógłby stanowić tło do opowieści Cormaca McCarthy'ego, Roberta Coovera czy innego piewcy amerykańskiego Południa.
Wraz z kilkunastominutowym "Waltz (A Multiplicity of Doors)" album tężeje. Powolne uderzenia w werbel sygnalizują przejście od kreślenia szkiców do wypracowania konkretnej fabuły. Jazz bez werwy. Blues bez żarliwości. Idealnie rozłożona monotonia. Na planie dumnie stąpającego basu i żałobnej wiolonczeli gitara świdruje okazjonalnie w wysokich rejestrach. Coś jak Silver Mt. Zion tyle, że z południa i z większą dojrzałością. Znacznie większą.
Na przecięciu trzeciego i czwartego utworu zaczynają się dziać rzeczy prawdziwie zaskakujące. Pomiędzy powtarzanymi motywami nawiązuje się chemia. Frazy nakładają się, dynamizują i coraz wyraźniej odsyłają w stronę katalogu Not Not Fun (np. Sun Araw) czy Olde English Spelling Bee (np. Forest Swords). Podskórnie narastające napięcie znajduje ujście w najciekawszym, wieńczącym całość "The Rakehell". Atmosfera się zagęszcza, choć wciąż daleko jej do drone'owych początków zespołu. Mantryczny, wręcz malaryczny instrumental buduje się bez pośpiechu, w końcu ulatuje na funkowej niemal kodzie.
Na koniec ciekawostka. Zwaliła mnie z nóg informacja, że od jakiegoś czasu basistą Earth jest oficjalnie Karl Blau. Nagrywający dla K Records singer-songwriter o cienkim głosiku, nerdowskiej aparycji i doskonałym zmyśle do porywających pop-funkowych melodii. Miejmy więc nadzieję, że to ocieplenie Earth to jego sprawka, a Vaclav Klaus może spać spokojnie i dalej śnić o błyszczących lodowcach.
Earth "Angels of Darkness, Demons of Light, Vol. 2" , Southern Lord
