Opinie
A A A
21.02.2012

SAMA TREŚĆ: Kraftwerk – początek

Zanim stali się robotami...

W zeszłym tygodniu kultowa niemiecka grupa zapowiedziała niezwykły cykl występów. Między 10. a 17. kwietnia Kraftwerk zamierzają wykonać w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku osiem swoich albumów w całości – po jednym na wieczór. Ten retrospektywny przegląd obejmie stricte elektroniczny etap działalności zespołu – poczynając od płyty "Autobahn" z 1974 roku, a kończąc na ich ostatnim studyjnym dziele czyli "Tour de France Soundtracks" z 2003. Taki wybór zupełnie nie dziwi, bo dość wyraźnie dzieli dorobek Kraftwerk na dwa rozdziały. Grupę zwykle kojarzy się z tym drugim – przedstawiającym ją jako ojców chrzestnych electro-popu, techno i Daft Punk. Lecz śmiem twierdzić, że ten pierwszy, choć mniej znany, jest równie frapujący. Ponoć panowie nie przepadają za nagraniami z tego okresu – cóż, ja odwrotnie, od dawna miałem do nich słabość. Dlaczego? Krótka odpowiedź poniżej.

SAMA TREŚĆ: Kraftwerk – początek - T-Mobile Music

Organisation "Tone Float" (1970)
Z technicznego punktu widzenia to nie jest płyta Kraftwerk. Obok Ralfa Huttera i Floriana Schneidera, od zawsze liderów formacji (ten drugi opuścił ją w 2008 roku), w Organisation grało jeszcze trzech innych muzyków. Ale zarówno obecność Ralfa i Floriana, jak i uprawiana na "Tone Float" stylistyka każą traktować ten krążek jako preludium do dyskografii sygnowanej nazwą Kraftwerk. Materiał opublikowany tylko w Wielkiej Brytanii przez oficynę RCA można sklasyfikować jako krautrock – to dość luźne formalnie, eksperymentalne, psychodeliczne jamy z awangardowym posmakiem. Tytułowa, dwudziestominutowa suita zdradza pokrewieństwo z hipnotyzującą estetyką "A Saucerful of Secrets" Pink Floyd. Plemienne bębnienie, statyczne dźwięki organów, kluczące nuty basu i budzące skojarzenia z orientem partie fletu generują dość obrzędowy klimat. Więcej konkretu znajdziemy w "Milk Rock" –  opartym na repetycyjnym riffie basu, a nastrojem korespondującym z zapętlonymi improwizacjami Can. Z kolei tajemnicza impresja "Silver Forest" zapowiada słynne "Weissensee" z debiutu Neu! "Rhythm Salad" to czterominutowa rozgrzewka perkusjonaliów, a "Noitasinagro" znowu odsyła do milczących Floydów z końcówki lat 60., przywodząc też na myśl wczesne dokonania Amon Duul II (patrz – "wyzwolona" partia skrzypiec). Po paru zawirowaniach personalnych Organisation się rozpadło.

Kraftwerk "Kraftwerk" (1970)
Powstał natomiast Kraftwerk. Skład i nazwa się zmieniły, ale pozostali Hutter ze Schneiderem, mityczny Conny Plank za konsoletą, no i oczywiście wyeksponowany tutaj, ikoniczny drogowy pachołek w oprawie graficznej. Muzycznie panowie penetrują rejony wcale nieodległe od Organisation, choć poszukiwania te cechuje większa dyscyplina i staranniejsza selekcja pomysłów. Otwierający tracklistę "Ruckzuck" to w ogóle jedna z najznakomitszych rzeczy w dorobku Niemców. Zauważmy jak fletowe intro antycypuje sławny późniejszy riff przewodni "Trans Europe Express" z 1977 roku. Powiadają też, że rytm to sprawa wybitnie germańska – w tym kontekście "Ruckzuck" to pradziadek utworu "Bib" Mouse On Mars (płyta "Iaora Tahiti", 1995). Ale ciągle zmieniające tempo (ach te przyśpieszenia i zwolnienia!) "Ruckzuck" to głównie mistrzowskie operowanie polimotywicznością – niestrudzone melodyjki przeplatają się, ujawniają i znikają, powtarzają i zmieniają swój kształt. Dług zaciągnięty u minimalistów jest tu ewidentny, a owładnięte ADHD staccatto fletu kojarzyłoby mi się z art-rockiem Jethro Tull, gdyby Ian Anderson nie był tak pretensjonalny i przestał śpiewać. Posłuchajmy:

Reszta debiutu zachwyca nieco mniej. "Stratovarius" z początku akcentuje zainteresowanie muzyków fakturowymi zabawami z elektroakustyką spod znaku Stockhausena, by nagle rzucić się w wir prymitywistycznego free-rocka á la Can z płyty "Monster Movie". "Megahertz" składa się jakby z trzech części – pierwsza to przerażające wyładowania przesterowanych organów (świetny soundtrack do surrealistycznego horroru), druga to kojąca impresyjka na organy i flet, a po jej powolnym wygaśnięciu wkracza monumentalna część trzecia, wzbogacona kaskadą dźwięków konkretnych, przypominających kosmiczne trzaski. Piszczałki w tej ostatniej musiały bardzo podobać się Nowojorczykom z Black Dice, którzy niemal zacytowali je w nagraniu "Endless Happiness" z albumu "Beaches & Canyons" (rok 2002). I wreszcie "Vom Himmel Hoch", jedyny fragment, w którym w studyjnej wersji gra na perkusji Klaus Dinger – później jedna druga Neu! Zanim jednak usłyszymy bębny, obcujemy ze zdezelowanym postindustrialnym pejzażem albo z opuszczonym polem minowym (czasem nawet słychać wybuch). Jak na wszech-prekursorów przystało, tu Schneider i Hutter dokładają swoją cegiełkę do wynalezienia stylistyki abstract-noise'u.

Kraftwerk "2" (1972)
Omawiane wydawnictwa Kraftwerk nigdy nie doczekały się oficjalnych wznowień kompaktowych (choć chodzą pogłoski, że za niedługo należy się spodziewać takiego boxu). Ja nabyłem kiedyś bootleg zawierający dwie pierwsze płyty Kraftwerk na jednym CD. Jak na razie to najlepsza inwestycja w temacie – polecam, bo "jedynka" i "dwójka" kapitalnie się dopełniają. Nowością jest wykorzystanie bitmaszyny, która wyłania się dostojnie w trzeciej minucie siedemnastominutowego "Kling Klang", zaraz po pachnącej Dalekim Wschodem introdukcji na ksylofonach. Ta epicka kompozycja składa się z trzech movementów. Pierwszy to leniwie rozprowadzony groove basu, zwiewne przygrywki fletu i pulsujące płynnie pianino (znów mrugają do nas minimaliści). Niby nieco sielska atmosfera (muzyczna ilustracja weekendowego wypadu na łono natury?), ale ta sielskość jest bez cienia wątpliwości podszyta halucynacjami (te przyśpieszenia i zwolnienia taśmy). Narracja zwalnia maksymalnie w movemencie drugim, gdzie na tle przyjemnych ambientowych pejzaży słyszymy miarowe, fabryczne stukanie i niemal fizycznie odczuwalne (polecam słuchawki) podmuchy fletu. Zaś w trzeciej odsłonie jesteśmy świadkami interesującej konwersacji dwóch gitar (jednej rzężącej, drugiej na czystym brzmieniu) i zawodzenia skrzypiec. To również kandydat do opus magnum grupy:

Niestety potem poziom spada – trochę jakby weny starczyło tym razem tylko na jedno "Kling Klang". Stronę A winyla dwójki zamyka "Atem" czyli osobliwa rejestracja czegoś, co brzmi jak przetworzone oddechy pacjenta w śpiączce. Strona B to cztery dziwne miniatury. "Strom" łączy cechy testu gitary podłączonej do wzmacniacza i prostej gitarowej ragi. "Spule 4" i "Wellenlange" również nie stronią od inspiracji indiańskich, w znacznym stopniu będąc zarazem esejami o szumie i ciszy. A "Harmonika" to po prostu próba dźwięku tegoż instrumentu, choć chyba wcale nie nadinterpretuję wyczuwając w niej źródło natchnienia takich mistrzów współczesnego ambientu, jak Keith Fullerton Whitman czy Christian Fennesz.

SAMA TREŚĆ: Kraftwerk – początek - T-Mobile Music
Kraftwerk - już po przemianie. Długo po...     fot. Medium

Kraftwerk "Ralf und Florian" (1973)
Trzeci longplay Kraftwerk to bodaj najbardziej relaksująca, wyluzowana, wręcz lounge'owa, pozycja w ich katalogu. Oczywiście należy wziąć poprawkę, że mówimy o muzykach z zapleczem awangardowym. Ale "Ralf und Florian" rzeczywiście portretuje obu dżentelmenów w dość specyficznym momencie. Tuż po intelektualnych eksploracjach jedynki i dwójki, a jeszcze przed fazą elektroniczną, naznaczoną wszechobecnymi bitami, manierą robotów i paneuropejską dekadencją. Rezultat? Najbardziej niewymuszenie piękny fragment muzyki, jaki stworzyli ci dwaj wizjonerzy. Są tacy, co uważają "Ralf und Florian" za pomost prowadzący już do albumu "Autobahn". Ja jednak zawsze uważałem tę płytę za osobne zjawisko, piekielnie trudne do sklasyfikowania. Ambient przed ambientem? Psychodelia po psychodelii? Najsłynniejszy tu utwór, "Ananas Symphonie", młodszym fanom indie znany zapewne jako źródło jednego z sampli na "Person Pitch" Pandy Beara, to czternastominutowy dźwiękowy malunek, nienachalnie relacjonujący wrażenia z rozkosznej podróży do wnętrza siebie po zażyciu LSD. Gdyby udało nam się wejść do głowy Briana Wilsona w drugiej połowie lat 60., to być może to właśnie byśmy usłyszeli (przynajmniej do takich wniosków skłania mnie ta hawajska gitara). Z drugiej strony niech mi ktoś powie, że motywik z dwunastej minuty nie zainspirował Tortoise (a przynajmniej Jeffa Parkera) przy pracy nad kawałkiem "It's All Around You". Oto "Ananasowa Symfonia" w pełnej krasie:

Na szczęście reszta utworów wcale nie odstaje. Ba, sądzę, że na "Ralf und Florian" wszystkie indeksy zasługują na gromkie brawa. Islandczycy z Mum mogli (choć nie musieli) skopiować pomysł na swoje "Random Summer" z otwarcia najostrzejszego w zestawie, toczonego minimalistycznym staccatto-rockiem "Elektrisches Roulette". "Tongebirge" to kompletnie abstrakcyjna, choć urodziwa fantazja na flety i syntezator. Wyraźnie pokrewne z patentami duetu Cluster "Kristallo" i "Tanzmusik" sugerują, że wkrótce Kraftwerk przeniosą akcent z przestrzeni i pogłosu na ścisłe figury rytmiczne. A "Heimatklange"? Właśnie z takich fortepianowych pejzaży Brian Eno wziął kilka lat później konceptualny ambient. "Ralf und Florian" to longplay wyśmienity w każdym calu – a przynajmniej ja nie skróciłbym go nawet o minutę.

Potem, jak głosi legenda, Ralf i Florian doznali olśnienia. Zrozumieli, że najlepszym sposobem na wyrażanie muzycznymi środkami otaczającego ich przemysłowego środowiska Zagłębia Ruhry będzie programowanie bitów, aranżowanie ich na syntezatory i śpiewanie mechanicznym głosem lapidarnych tekstów o podróżowaniu, robotach i komputeryzacji życia. Ale to już temat na zupełnie inną i chyba znacznie lepiej znaną opowieść...

OCEŃ: 15 -1
Autor: Borys Dejnarowicz
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 24.02.2012
    dodany przez: kidej
    Gość
    "W ogóle pomysł świetny - przybliżać i rehabilitować dorobek twórców z lat 60.-80., zwracając uwagę na coś zupełnie innego niż recenzenci dotychczas o nich piszący"

    T A K

    Wiecej dziadow! Ten odcinek pycha.
  • 22.02.2012
    dodany przez: A
    Gość
    Dzięki:)
  • 21.02.2012
    dodany przez: ghj
    Gość
    Mam nadzieję, że za tydzień druga część o Kraftwerk. W ogóle pomysł świetny - przybliżać i rehabilitować dorobek twórców z lat 60.-80., zwracając uwagę na coś zupełnie innego niż recenzenci dotychczas o nich piszący. Z niecierpliwością czekam następnego wtorku.