T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Liczą się emocje
Z Raphaelem Saadiqiem, jedną z najważniejszych postaci na współczesnej scenie soul i r'n'b, rozmawiamy o uczuciach, europejskich słuchaczach, gatunkowych podziałach i rozstrojonych instrumentach. A koncert w Sali Kongresowej tuż tuż.
Wydaje mi się, że z twojej perspektywy wszystko, co najlepsze w muzyce, co wielkie i przełomowe, już się wydarzyło. Rzeczywiście jest tak, że pozostają nam już tylko inspiracje, stylizacje i odwołania?
Cóż, jeśli się zastanowię nad tym, jakiej muzyki najbardziej lubię słuchać i jakie brzmienia działają na mnie najmocniej, to najważniejsze utwory powstały dawno temu. Wielu istotnych twórców żyło i działało w przeszłości, a nam pozostaje tylko dokładać wszelkich starań, by być tak dobrymi artystami, jak oni. Nie twierdzę przy tym, że obecnie nie ma dobrej muzyki, bo to nie tak. Jest wiele świetnych kompozycji, ale brakuje im życia, duszy i prawdziwych, głębokich emocji.

Zdjęcia: Medium
Myślę, że nie tylko ty tęsknisz za duszą w muzyce. Kiedy spojrzeć na artystów, którzy w ostatnich latach zrobili furorę, okaże się, że mamy modę na retro. Artystki takie jak Adele stylizują już nie tylko swoje utwory, ale i image. Powinniśmy się cieszyć?
To dobra rzecz. Ludzie słuchają coraz więcej muzyki, zaczynają się interesować przeszłością. Zresztą skoro mowa o Adele, to zawsze podkreślałem, że w Europie ludzie znacznie chętniej i z większą uwagą słuchali amerykańskiego repertuaru z lat 60., niż sami Amerykanie. To na waszym kontynencie żyli najwięksi i najbardziej oddani fani tej muzyki. Europejczycy byli wybredni i mieli dobry gust, nie dziwi mnie więc, że Adele i podobni jej twórcy stali się u was tak popularni, że aż zaraziliście tym Stany.
Z drugiej strony mamy tu ludzi poszukujących zupełnie nowych treści w muzyce soulowej, dajmy na to Jamesa Blake'a czy Yukimi Nagano, która zresztą pojawia się na twojej najnowszej płycie "Stone Rolling"...
Bo to bardzo dobra artystka, a decyzja jaką muzykę robić naprawdę jest w rękach samego twórcy. To nie jest tak, że ja oceniam innych kategoriami przeszłości, gatunku - liczą się emocje.
Tymczasem ludzie wciąż brną w nowe odmiany gatunków muzycznych, różne "neo" i "posty". Ty na swoim krążku "Stone Rolling" też mieszasz różne wątki i łączysz je w nową całość. Myślisz, że powinniśmy już zrezygnować z szufladek?
Są po prostu ludzie, którzy czują potrzebę układania muzyki kategoriami, katalogowania jej. Ja jestem muzykiem, lubię przekraczać granice, zawsze patrzę na muzykę jako całość, a nie jako pojedyncze gatunki. Istnieje dobra muzyka i muzyka, której nie chcę słuchać. Oczywiście ludzie zamykający cudzą lub własną twórczość w sztywnych ramach zawsze będą istnieć i ja z tym nic nie zrobię, nie mogę im przecież tego zabronić. Po prostu robię swoje.
Poza łączeniem różnych gatunków, potrafisz grać na tylu instrumentach, że mógłbyś pełnić w zespole każdą funkcję. Ba, możesz być zarazem producentem, instrumentalistą, kompozytorem, autorem tekstów i wokalistą. Dobrze jest mieć taką władzę?
To bardzo wygodne, bo po prostu nie muszę nikomu wyjaśniać, co ma się dziać w utworach podczas nagrywania. Nie muszę wydzwaniać po muzykach, gdy chcę coś dograć, bo przyszła mi w środku nocy jakaś myśl. Ale nie rezygnuję ze współpracy z innymi, bo ja jestem ograniczony swoją wyobraźnią i zawsze może zdarzyć się tak, że przyjdzie ktoś inny, ze świeżym spojrzeniem i zagra daną partię instrumentalną inaczej, w sposób, na jaki ja bym nie wpadł. Lubię, gdy inni wnoszą coś od siebie w moje nagrania. Każdy z ludzi, z którymi pracuję, ma inną wrażliwość i pozwalam im to pokazywać.

Słyszałam tez historię, że w czasie sesji nagraniowych na twój ostatni album wpadałeś do studia, chwytałeś gitarę tak, jak leżała i bez ceregieli, zwracania uwagi na to jak to brzmi i czy jest nastrojona, grałeś swoje. To prawda?
Po prostu chodzi o to, jak czujesz tę muzykę i swój instrument. Czasem ważniejsze od czystego dźwięku jest bycie naturalnym. Oczywiście nie jest tak, że zawsze gram na rozstrojonych instrumentach, po prostu nie mam zamiaru robić ze swojej muzyki czystej matematyki, produktu, w którym wszystko brzmi idealnie, jak od linijki. Chodzi o momenty, o to, by oddać nastrój chwili, utrwalić rzeczy ulotne i żeby to miało w sobie życie.
Dużo mówisz o emocjach w muzyce, a twoje utwory brzmią tak, jakby w twoim życiu przeważały te pozytywne uczucia - urodziłeś się optymistą, czy to życie cię tak ukształtowało?
Chyba się z tym urodziłem, a muzyka przeniosła moje uczucia na inny poziom. Pewnych spraw nie można udawać, owszem, możesz mieć warstwy pod którymi skrywa się zupełnie inny człowiek, ale są rzeczy, których nie zagrasz na scenie będąc muzykiem.
Pracę muzyka zacząłeś bardzo wcześnie, pierwsze płatne występy miałeś na koncie już w wieku dziewięciu lat. Trudno było chyba sobie wyobrazić, że w dorosłym życiu zajmiesz się czymkolwiek innym?
Na samym początku wcale nie byłem pewien, czy chcę nagrywać piosenki, ale czułem, że powinienem tworzyć, projektować, coś konstruować. Muzyka jednak zawsze znajdowała się na pierwszym miejscu.
Słyszałam, że byłeś maniakiem kina, pochłaniałeś zwłaszcza filmy z gatunku blaxploitation, które wręcz tętniły muzyką - czy to właśnie ona przyciągała cię do kina?
Rzeczywiście w dzieciństwie uwielbiałem czarne kino rozrywkowe, ale kiedy oglądam filmy, ważna jest dla mnie całość. Barwy, historia, muzyka – nie oddzielam jednego od drugiego.
Jednym z pierwszych wielkich artystów, z którymi występowałeś na jednej scenie, był Prince. Czy jego sposób patrzenia na muzykę ukształtował cię w jakiś sposób?
Wystąpiłem z nim, gdy miałem 19 lat, ale na długo przed tym miałem okazję spotkać się z wieloma innymi ważnymi muzykami, którzy inspirowali i jego, choćby z Larrym Grahamem czy z Earth, Wind And Fire. Dla mnie ważniejsze było doświadczenie, jakie dało mi to spotkanie - możliwość bycia w trasie, podpatrywania, jak radzić sobie z tłumem.
Solową karierę zacząłeś stosunkowo późno, wcześniej pracowałeś w ramach grup takich jak Tony! Toni! Toné! Nie tęsknisz za zespołami?
Bardzo lubię pracę w zespole i w zasadzie grałem tak przez całe życie, nawet teraz, gdy teoretycznie występuję solo, wciąż jeżdżę ze swoim bandem. Po prostu uwielbiam dzielić się muzyką z innymi ludźmi, także w kontekście współtworzenia, grania, a nie tylko występowania przed kimś. Bo zupełnie inaczej jest dzielić się muzyką z innym artystą.
Na przykład takim jak legenda współczesnego r'n'b D'Angelo?
D'Angelo jest jak mój brat, jesteśmy ludźmi, którzy robili muzykę od zawsze, rozumiemy się bez słów i dzielimy muzyką, ale nie ma presji, że musimy natychmiast skończyć jakiś niesamowity projekt, po prostu spotykamy się na sesjach.

Muzykę, akt twórczy przeżywa się dziś inaczej niż kiedyś?
Jest na pewno tak, że szuka się coraz większej energii, a ludzie coraz mocniej oddają ją na koncertach.
A jak jest ze świadomością? W jednym ze starszych wywiadów powiedziałeś, że napisałeś mnóstwo piosenek, a słuchacze nawet nie wiedzą, że to byłeś ty. Czy obecnie zmieniła się świadomość odbiorców i bardziej zwracają uwagę już nie tylko na to, kto śpiewa w danym utworze?
Być może. Jest coraz więcej informacji o tym, kto jaką rolę odgrywał w różnych nagraniach, internet jest tu pomocny, ale nie jestem taką osobą, która nieustannie dopytuje się ludzi, czy rozpoznają kto skomponował ten czy tamten utwór. Nie na tym mi zależy.
Ale zależy ci na publiczności. Pamiętają o tym ci, którzy byli na twoim pierwszym występie w Polsce - w Białymstoku. Pamiętasz coś z tego pobytu?
Masz na myśli Holandię? Nieeee... żartowałem. To była bardzo krótka wizyta. Pamiętam, że po koncercie zdążyliśmy odwiedzić jakiś bar, było mnóstwo pozytywnie nastawionych ludzi, a na koncercie panowała świetna energia. Tym razem w Warszawie zamierzam więc zrobić dwa razy większe zamieszanie!
Raphael Saadiq wystąpi w Sali Kongresowej 28 lutego o godz. 19. Bilety w cenie od 90 do 250 zł (VIP).
