T-MOBILE MUSIC
ZZA WINKLA: Adele - nie ma odwrotu
Na tegorocznej gali Grammy nastąpiła symboliczna zmiana warty. Amerykański przemysł muzyczny, a z nim światowa machina popu, pożegnały jedną z ostatnich reprezentantek epoki wielkich idoli, a koronę rozrywki przekazały utalentowanej dziewczynie z krwi i kości.
Między żałobnym patosem towarzyszącym śmierci Whitney Houston, a ekstazą, z jaką Akademia przyjęła do swego uniwersum Adele, nagradzając ją aż sześcioma statuetkami, w Staples Center dokonała się ceremonia podsumowująca ostatnią dekadę. Po ekscytującym locie w kosmos branża muzyczna i publiczność zeszły na ziemię.

Na przełomie stuleci nastąpiło gwałtowne zerwanie z wyobrażeniem gwiazd popu jako fenomenalnych gigantów, niedoścignionych i fantastycznych. Nowe pokolenie odbiorców muzyki nie chciało już zamierać z zachwytu nad cudownymi objawieniami – Jacksonem, Madonną, Georgem Michaelem, Whitney - i skierowało uwagę na dziewczyny i chłopaków z sąsiedztwa – podobnych sobie, chodzących po ziemi.
W drużynie superbohaterów lat 80. i 90. każdy miał specyficzną moc. Nieskończenie muzykalny Jackson pokonywał wszystkich rozmachem, perfekcją i tym, że dziecięce marzenia spektakularnie wcielał w życie, bez względu na koszty. Pędząca z nim ramię w ramię Madonna miała - i wciąż ma - jeden tylko cel: być kochaną. Zrobi wszystko, by to osiągnąć. Choć repertuar jej sztuczek jest ograniczony, w jednej dziedzinie pozostaje liderką – jej koncerty to wciąż widowiska, przy których występy młodszych konkurentek przypominają igraszki amatorek. George Michael zbił kapitał jako marka muzyczna i estetyczna. Stworzył rozległy katalog kompozycji odpornych na upływ czasu oraz uniwersalny wizerunek mężczyzny, który swym seksapilem przekracza granice płci – pozostaje bożyszczem dla pań i panów. Wreszcie Whitney Houston o nieskazitelnym głosie, z którym mogła zrobić wszystko. Ta czarna dziewczyna, wychowana w baptystycznym chórze, śpiewała biały pop – była maskotką korporacyjnej Ameryki, skupionej na politycznej poprawności i bogaceniu się. Przy jej eleganckich, bezkonfliktowych balladach można było zapomnieć o Bożym świecie.
Karuzela z idolami kręciła się do połowy lat 90., a potem miejsce starzejących się bóstw zajęli muszkieterowie z Klubu Myszki Miki: Timberlake, Aguilera i Spears. Ale ich panowanie trwało tylko kilka lat. Po pierwsze nie mieli talentu poprzedników, po drugie – popowy schemat się wyczerpał. Publiczność chciała czegoś innego – postaci z życia wziętych.
W nowym stuleciu nie ma już hegemonii wielkich gwiazd, na scenie zatłoczyło się od sław mniejszego kalibru. Zaczęło dominować przekonanie, że świat jest pełen utalentowanych ludzi, którzy – wspierani przez otwarte serwisy internetowe – mogą objawić się w każdej chwili. Domorosłe gwiazdy, wrzucające swe klipy do YouTube, manifestują nowy porządek: nie reprezentują zbiorowych fantazji i nie budują iluzji, mówią we własnym imieniu, odmawiają stylizacji. Również po to, by uniknąć wielkiego krachu, jaki stał się udziałem gigantów minionej epoki. Po latach zawodowo produkowanego fałszu uwagę zaczęła przyciągać naga prawda. Skrajnym przejawem tej fascynacji był przypadek Amy Winehouse, która nie zamierzała, a później już nie mogła, ukryć niczego. Okazało się jednak, że i takie rozwiązanie jest dla artystów niebezpieczne. Ani fikcyjny wizerunek, ani realistyczny portret nie chronią przed zabójczą presją, jaka towarzyszy sławie.

Witamy Adele. Czy żegnamy? fot. Medium
Stąd, między innymi, fenomen Adele. Światowa publiczność ma po śmierci Winehouse moralnego kaca, czuje się współodpowiedzialna za bezmyślne polowanie na Amy. Dlatego dziś skupia się na normalnej, zdrowej i zażywnej dziewczynie. Adele to chodząca antyteza idolki, jej błyskawiczna kariera wydarzyła się jakby przypadkiem, rozpoczęła ją piosenka napisana od niechcenia. Adele jest beneficjentką zmiany gustów, świat pokochał ją za to, że nie buduje wokół siebie żadnego sztucznego tworu, korzysta z autentycznych zasobów. Na scenie stoi w miejscu, pięknie śpiewa i serwuje żartobliwe anegdoty. Tylko tyle, a wystarczyło, by ośmieszyć plastikową artylerię Lady Gagi - ostatniej, skrajnej mutacji starego porządku.
Nie wiadomo jednak, jak długie panowanie czeka tę bezpretensjonalną wokalistkę. Od początku XXI wieku w popie walczą dwie siły: hiperkreacja i naturalizm. Spod znaku tej pierwszej wywodzą się m.in. Beyonce i Rihanna, dwie silne zawodniczki, które mogą się pochwalić świetnymi wynikami na długim dystansie. Wiele wskazuje, że i Adele zostanie z nami na lata. Ale w dniu, w którym odebrała sześć Grammy, podpisała nieodwracalny kontrakt z show biznesem. Nie będzie już kameralnych koncertów w salach teatralnych ani niekontrolowanych, spontanicznych zachowań. Z rzuconego mimochodem żartu o tym, że teraz zrobi sobie pięcioletnią przerwę, musiała się oficjalnie tłumaczyć. Każde słowo i gest są już liczone w milionach dolarów. Adele weszła do gry, z której nie ma dobrowolnego wyjścia. Historie Amy i Whitney są ostrzeżeniem i ponurą przepowiednią. One też zaczynały wspaniale.
