T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Pomogła butelka brandy
"Los Angeles jest tak rozproszone, że nawet jeśli chcesz kupić mleko w tzw. sklepie na rogu, musisz wsiąść w samochód" - mówi Jason Swinscoe. O urokach życia w słonecznej Kalifornii, potędze Ninja Tune i relacjach kompozytorsko-reżyserskich rozmawiamy z liderem The Cinematic Orchestra na chwilę przed ich polskim koncertem.
Od początku profesjonalnej kariery jesteś związany z Ninja Tune. Jak oceniłbyś wpływ tej wytwórni na rozwój muzyki elektronicznej?
Jednym słowem? Ogromny! Zanim zaczęliśmy wydawać tam płyty, byłem pracownikiem Ninja Tune. Miałem to szczęście, że od kuchni mogłem poznać, jak działa, dobiera i promuje artystów. Połączenie elementów hip-hopu, pociętych breaków i jazzowych loopów z pierwszych produkcji Coldcut było wtedy na rynku czymś zupełnie nowym. Pojawiło się nagle, jakby znikąd i wywołało gigantyczne zainteresowanie muzyką z Ninja Tune. Czas pokazał, że londyński label miał globalny wpływ na rozwój muzyki elektronicznej.

fot. Windish Agency
Myślisz, że nadal ma?
Wystarczy posłuchać takich artystów jak Toddla T albo raperów i grime’owców wydających pod szyldem Big Dada [sublabel Ninja Tune – przyp. aut.]. Przedłużenie charakterystycznego brzmienia Ninja Tune można też znaleźć na płytach Flying Lotusa, szukającego wspólnej płaszczyzny dla jazzu, elektroniki i hip-hopu. Być może Ninja nie ma już takiej siły rażenia jak dawniej, ale nadal trzyma rękę na pulsie.
I dlatego nadal wolisz nagrywać dla nich, niż dla któregoś z majorsów?
Chociaż mam doświadczenie w pracy z dużymi wytwórniami – jako producent czy autor ścieżki dźwiękowej do filmu "Les Ailes Pourpres: Le Mystère Des Flamants", którą wydał Disney – nadal wolę niezależne firmy. Z nimi dużo łatwiej się dogadać. Ludzie z Ninja Tune dają mi totalną swobodę, w żaden sposób nie krępują naszej kreatywności. Naprawdę chcą wiedzieć, jakie MY mamy pomysły i oczekiwania. Niestety, w przypadku dużych wytwórni często dochodzi do manipulacji. Próbują tobą sterować, wywierać wpływ na brzmienie. Ale prawda jest też taka, że wiele zależy od twojego A&R – jeśli to człowiek, który ma silną pozycję, otwarty umysł, który potrafi przeforsować dobry pomysł, to czemu nie. Takie sytuacje nadal są jednak rzadkością.
To prawda, że przedstawiłeś szefom wytwórni Amona Tobina?
Robiłem coś wtedy w studio Nine Bar, które mieściło się tuż za rogiem, obok biura Ninja Tune. Nine Bar to niewielka wytwórnia, która wydała pierwsze produkcje Amona, kiedy jeszcze nagrywał pod pseudonimem Cujo. Gdy bookowałem studio i ustalałem harmonogram prac, spotkałem Amona, który w tym samym czasie nagrywał swój materiał. Spodobało mi się połączenie jego brazylijskich korzeni z jazzem i pociętymi, programowanymi bitami. Puściłem ten materiał Pete’owi [Quicke’owi, szefowi NT – przyp. aut.], ale początkowo miał obawy, czy wydawać taką muzykę, tym bardziej że w katalogu Ninja pojawiały się raczej produkcje znajomych artystów. Ostatecznie jednak przekonałem go, że to może być naprawdę wielka rzecz. Inna sprawa, że wtedy mogliśmy jeszcze czuć się pionierami, którzy mówią: to jest fajne, tamto jeszcze lepsze. Spotkaliśmy wielu artystów, mieliśmy dostęp do świeżutkich dubplate’ów, chodziliśmy do klubów – byliśmy na bieżąco z tym, co dzieje się w muzyce elektronicznej. Dzisiaj jest inaczej... Wiele się zmieniło, pionierami na gruncie nowych brzmień są dla mnie Kode9, Burial czy Flying Lotus. Ale muszę przyznać, że im bardziej się starzeję, tym rzadziej chodzę do klubów. Wolę koncerty, ale żeby pójść tańczyć?! Nieee, moje dni dobiegły już końca. (śmiech)
No właśnie, a przecież kiedyś w pirackiej stacji Heart FM prowadziłeś audycję z muzyką klubową.
Grałem dużo deep house’u, Detroit techno i UK garage. Może to zabrzmi dziwnie, ale dzięki temu otworzyły się przede mną drzwi do Ninja Tune. Kupiłem parę decków i szybko uświadomiłem sobie, jak wielkie możliwości daje łączenie utworów - nie tylko samo klejenie bitów, ale także linii melodycznej. Chodziłem do Ministry of Sound i wielu innych londyńskich klubów, a Heart FM otwierało głowy na cały wachlarz brzmień: hip hop, drum’n’bass, garage, no i oczywiście house. Moje droga do własnego brzmienia wiodła właśnie przez te wszystkie miejsca, gatunki i takich artystów jak Masters At Work czy Mike Delgado. Ważniejsze niż pompujący bit było melodyczne brzmienie, w którym nie brakowało elementów soulu czy nawet jazzu. Do tego doszła jeszcze fascynacja muzyką filmową.
Właśnie, prawie 10 lat temu wydaliście album "Man with a Movie Camera" będący ścieżką dźwiękową do filmu Dżigi Wiertowa z 1929 roku. Jeśli mógłbyś wybrać jeden współczesny film, do którego chciałbyś napisać muzykę, postawiłbyś na...
"Drzewo życia" Terrence’a Malicka. To marzenie dla kompozytora: film bardzo minimalistyczny jeśli chodzi o dialogi, wizualnie olśniewający, ponadprzeciętnie inspirujący, bardzo otwarty. Dzieło sztuki po prostu. Na soundtracku pojawia się wiele klasycznych motywów, które genialnie pasują do fabuły, dzięki czemu muzyka niejako rozwija narrację. Hm, po tych wszystkich pochwałach myślę sobie, że napisanie alternatywnej ścieżki do "Drzewa życia" byłoby jednak ogromnym wyzwaniem. (śmiech) Kluczem do sukcesu ścieżki dźwiękowej jest porozumienie między reżyserem i kompozytorem. Tylko wtedy może powstać coś magicznego. Zauważ, że kiedy film staje się klasykiem, również jego soundtrack przechodzi do historii. Takie duety jak Bernard Herrmann i Alfred Hitchcock, albo John Williams i Steven Spielberg... No bo kto nie pamięta tego [i tu Jason zaczyna nucić temat przewodni ze "Szczęk" – przyp. aut.]? Napięcie, strach, zagrożenie – wszystko to pokazane muzyką. A mało brakowało, żeby ten motyw wypadł z filmu... Zależność, o której mówię, działa również w drugą stronę – zapomniane filmy z reguły nie mają interesujących ścieżek dźwiękowych.
Jaki jest twój ulubiony album Cinematic Orchestra?
Ten, nad którym właśnie pracuję. (śmiech) Jeszcze go nie skończyłem, ale na pewno zostanie wydany w tym roku. Ta płyta niejako podsumowuje wszystko, co do tej pory robiłem. Ma w sobie klimat "Motion" i "Everyday", są pomysły wokalne zaczerpnięte z "Ma Fleur", niemniej myślę, że jej brzmienie będzie bardziej bezpośrednie, zorientowane bitowo. Moja muzyka się zmienia, bo i ja rozwijam się artystycznie, choć z wykształcenia nie jestem muzykiem, studiowałem sztukę.
Która pewnie okazała się pomocna w tym, co robisz dzisiaj.
Oczywiście, to ten sam język, używasz tylko innych środków wyrazu. Zresztą podczas studiów miałem trzyosobową kapelę. Graliśmy jazzującego hardcore punka. (śmiech) Dzięki temu już wtedy mogłem łączyć fascynację sztukami wizualnymi i muzyką. Zresztą do dziś tak jest – najbardziej ilustracyjnym albumem The Cinematic Orchestra jest nasza ostatnia płyta "Ma Fleur".
Pracowałeś z bardzo różnymi wokalistami – Roots Manuvą, Patrickiem Watsonem, Fontellą Bass. Jak oni wpłynęli na muzykę twojego zespołu?
Wielkie wrażenie zrobił na mnie numer "Theme de Yoyo" Art Ensemble Of Chicago z płyty "Les Stances a Sophie", nagranej jako soundtrack do francuskiego filmu o tym samym tytule. Połączenie awangardowego jazzu i pięknego wokalu Fontelli Bass zupełnie nie przypominało nagranej parę lat wcześniej piosenki "Rescue Me". Mimo że Fontella współpracowała z wieloma legendami muzyki, bez żadnego problemu zgodziła się z nami nagrywać. To bardzo ciepła osoba, pełna muzycznej pasji. Zresztą jak każdy wokalista, z którym miałem szczęście współpracować, choćby Rodney [Roots Manuva – przyp. aut.]. Kiedy przesłuchiwaliśmy demówkę płyty "Everyday", wybrał numer "All Things to All Men" i napisał do niego bardzo osobisty tekst, traktujący o jego rodzinie. Nagraliśmy to w dwóch podejściach.
Niemożliwe, takie rzeczy się nie zdarzają...
Pomogła nam butelka brandy. (śmiech)
A jak poszło z Patrickiem Watsonem?
Pojechałem do Montrealu ze szkicem utworu "To Build a Home". Siedliśmy razem przy fortepianie i w kilka dni napisaliśmy muzykę i tekst. Zagraliśmy to potem kilku przyjaciołom, którzy zaniemówili z wrażenia. Takich chwil naprawdę się nie zapomina.
Twój zespół to już dzisiaj uznana marka. Co czujesz, kiedy słyszysz o "następcach The Cinematic Orchestra"?
No cóż, nie będę ukrywał, że to bardzo miłe. W październiku ubiegłego roku, kiedy w londyńskim Barbican Hall prezentowałem audiowizualny show "In Motion", jako support wystąpił Dorian Concept. Kiedy później rozmawialiśmy za kulisami, powiedział mi, że to właśnie na mojej muzyce się wychował. Podobnie Austin Peralta, który jest pianistą The Cinematic Orchestra, ale gra również w Brainfeeder. Jego ojciec, filmowiec w Los Angeles, jako pierwszy podsunął mu płyty TCO. Takie historie jeszcze bardziej motywują mnie, by nadal komponować. No i serce rośnie, kiedy na YouTube pojawiają się kolejne wersje i covery "To Build a Home".
Mieszkałeś w Londynie i Nowym Jorku, a od niedawna rezydujesz w Los Angeles. Jakie atuty ma to miasto?
W Los Angeles mieszka wielu artystów, którzy żyją dzięki temu, że pod nosem mają Hollywood. Teraz rozumiem, dlaczego przemysł filmowy kwitnie akurat tutaj. Stabilna pogoda, długie dni, mnóstwo dziennego światła – to idealne warunki do kręcenia filmów. Los Angeles jest bardzo rozproszone, czuję się, jakbym mieszkał na przedmieściach, tym bardziej że ścisłe centrum miasta zupełnie nie przypomina ciasnego serca Londyn czy Paryża. W Los Angeles ciągle gdzieś się przemieszczasz, nawet jeśli chcesz kupić mleko w tzw. sklepie na rogu, musisz wsiąść w samochód. To miasto pozwala mi jednak na artystyczną izolację. Mieszkam tu co prawda dopiero pół roku, właściwie nadal się urządzam, ale już czuję komfort. Kiedy mam ochotę popracować w studiu, nie muszę się obawiać – jak w Nowym Jorku czy Londynie – jakichkolwiek, nazwijmy to, zakłóceń. Jest jednak jeden problem. Loty z Los Angeles do Europy – to jest zupełny hardkor. Szczególnie kiedy czekają nas koncerty...
No właśnie, przed wami występ w Katowicach.
Taaak. (śmiech) Na szczęście parę dni wcześniej przylatujemy do Paryża, będzie czas na odpoczynek. Pamiętam wszystkie polskie koncerty, bo w żadnym mieście nie spodziewałem się tak dużej frekwencji. Mieliśmy pełne sale, ludzie znali nasze utwory, po prostu chciało się grać.
The Cinematic Orchestra grają dziś w katowickim Szybie Wilson w ramach imprezy promującej sierpniowy Festiwal Tauron Nowa Muzyka.
