T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Jezu, nie dostali Fryderyka!
Michał Biela i Łukasz Rychlicki z Kristen opowiadają o tym, co jest najważniejsze w muzyce i dlaczego nie Fryderyk, o łączeniu rocka alternatywnego i free jazzu, ale przede wszystkim o tym, że sukcesem jest robienie tego, co naprawdę lubisz.

fot. Lado ABC
Bardzo możliwe, że w ogóle nie słyszeliście o tym zespole, choć istnieje 14 lat i wydał pięć płyt długogrających. Mogliście o nim za to przeczytać w wywiadzie z Maciejem Cieślakiem, Kubą Ziołkiem, albo zespołem Kyst - pytani o najlepszy polski zespół zawsze odpowiadają: Kristen.
Spotkałam się z nimi po premierze epki "An Accident". To trochę aneks do "Western Lands", płyty będącej świadectwem osiągnięcia przez zespół tzw. muzycznej dojrzałości. Kristen oscylują tu między nostalgią a petardą, a ich kompozycje to mgła dookoła dziesięciopiętrowca z wielkiej płyty.
Jaką największą publiczność mieliście na swoim koncercie?
Michał Biela: Ale tylko na naszym? Bo graliśmy czasami z kimś...
Łukasz Rychlicki: Około setki.
A najwyższy nakład waszych płyt, to...
MB: To jest tajemnica handlowa.
ŁR: Wszystkie nakłady to jest 500 sztuk. Oprócz "Western Lands".
MB: Inne z czasem się wyprzedały, więc postanowiliśmy, że "Western Lands" się nie wyprzeda.
Gracie 14 lat. Nie trzeba być geniuszem psychologii, żeby dojść do wniosku, że taka sytuacja może rodzić frustrację. Nigdy was nie korciło, żeby mieć super menadżera i robić karierę?
ŁR: Trzeba zadać sobie pytanie, jaki jest sens tego wszystkiego, a graliśmy koncerty dla tak małej publiczności, że naprawdę to nie ma znaczenia. Z naszego punktu widzenia to, ile sprzedajemy płyt też nie jest istotne - gdyby było, dawno przestalibyśmy to robić. Z drugiej strony gram 14 lat, mam prawie 35, niektóre organy już się starzeją i czasem odczuwam zmęczenie czysto fizyczne, nie mam siły targać sprzętu. Ale najprostsza kwestia, wzięcia do ręki instrumentu i zagrania dźwięków, jest czymś, co mi osobiście jest bardzo potrzebne. Jeśli długo tego nie robię, to bardzo mi tego brakuje. To jest po prostu coś bardzo przyjemnego.
Przez ten czas przeszliście ewolucję. Byłam zdumiona, kiedy usłyszałam "Hold Me", singel z waszej epki, bo to jest, mówiąc eufemistycznie, niezwykle energiczny utwór. Pomyślałam: niemożliwe, że to Kristen!
MB: To jest trochę kwestia nagrania, bo my zawsze graliśmy głośno, tylko nie słychać tego na poprzednich płytach. Ale najważniejsze jest to, że my się strasznie szybko nudzimy. Jeśli nagramy jakąś płytę w określony sposób, to bardzo nam zależy na tym, żeby nie nagrywać potem takiej samej. Ja nie mogę grać utworów, które mają np. pięć lat, bo nawet nie pamiętam, co czułem kiedy je pisałem. Na koncertach gramy prawie wyłącznie utwory z dwóch ostatnich płyt. Z tego powodu robimy przez cały czas coś nowego. Jeśli chodzi o "Hold Me", to my nigdy nie wiemy, co nam wyjdzie i bardzo często wychodzi coś, co jest zaskoczeniem dla nas samych. Dokładnie tak było i z tym utworem. Jestem pewien, że kolejna rzecz, którą nagramy, nie będzie podobna do tej epki.
Czyli wszystko to jest nieustająca walka z nudą ?
MB: No i przypadek trochę. Przychodzę, mówię: "Mam taki riff, ty graj trochę jak ja, a ty rób tam te swoje rzeczy". A potem okazuje się, że z bardzo prostych środków wyszło coś ciekawego.
Jest taka teoria, która mówi, że dwie pierwsze płyty zespołu są najlepsze. Zdarzają się, owszem, wyjątki - i ja mam wrażenie, że na "Western Lands" osiągnęliście totalną dojrzałość brzmienia. I jeszcze concept album...
MB: To tak wygląda może, że to jest concept album, ale nie było tak do końca. Mieliśmy 15 bardzo, bardzo różnych piosenek. Wybraliśmy 10, potem odrzuciliśmy jeszcze dwie i dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać, o co chodzi w tej muzyce, jaki jest ich wspólny mianownik. Jeden tekst był o Ziemiach Odzyskanych i pomyślałem, że można by je spiąć jednym tytułem i klimatem.
ŁR: Na samym poziomie wymyślania utworów nie było jakiejś nadrzędnej idei.
MB: Może inni goście też tak robią? Mają piosenki, a potem zastanawiają się, co je łączy. My nie mieliśmy jakiejś specjalnej historii, tak jak teraz ma, nie wiem, Coldplay, że jest dwóch bohaterów i tak dalej... Zresztą jakie są w ogóle w historii concept albumy?
"Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band".
MB: Ale to nie jest właśnie concept album, tylko bardziej zbiór dziwnych singli.
ŁR: "Powstanie Warszawskie"...
MB: Nie słyszałem. Nie słyszałem żadnego concept albumu. Pomyślałem, że fajnie jest, kiedy poświęcasz czemuś płytę. I w sumie też tego wcześniej nie robiliśmy.
Mam wrażenie, że brak oszałamiającej popularności bierze się trochę z tego, że waszej muzyki nie da się tak łatwo sklasyfikować, powiedzieć "o, to zespół post-rockowy" - i tyle. Taka sytuacja budzi lęk u tzw. przeciętnego słuchacza...
MB: Michał Kupicz [producent płyt m.in. Indigo Tree, Kyst, Ed Wood – przyp. aut.] mówi, że gramy muzykę w duchu lat 90. To tak, jakbyś w latach 90. Powiedziała, że ktoś gra muzykę lat 80. Specyficzne podejście i brzmienie.
ŁR: Za mało syntetyczne jak na dzisiejsze czasy.
MB: Moim zdaniem ewidentnie słychać, że słuchaliśmy Sonic Youth i Fugazi, artystów z wytwórni Touch & Go, na przykład June Of 44, rzeczy z przełomu lat 80. i 90. I dla młodszych ludzi to może brzmieć jak specyficzne brzmienie z przeszłości. Dla nas to taka otwarta muzyka, ale Michał Kupicz jest bardziej na bieżąco, słucha dużo tych nowych rzeczy i dla niego Kristen to muzyka w duchu lat 90.

fot. Lado ABC
Chociaż nie jest łatwo was sklasyfikować, przychodzi mi do głowy skojarzenie z zespołem Storm & Stress...
MB: Teraz też? To prawda, że Storm & Stress pokazało, że można używać gitary, basu i perkusji bez rytmu i typowo rockowych patentów. Nie chcieliśmy grać jak oni, ale byliśmy zachwyceni tym, że można grać bez rytmu. Albo pierwszy utwór Tortoise z płyty "Standards", czyli "Seneca", gdzie jest bardzo prosty pomysł na gitarze i dwie perkusje grające free. To było super, bo wcześniej dla nas istniały dwa oddzielne światy - free jazz i indie rock - i nagle okazało się, że można to w udany sposób połączyć. Ale, jak już wcześniej wspomniałem, wszystko nam się nudzi i to też nam się znudziło.
ŁR: Z jednej strony było tak, że Storm & Stress było dla nas ważnym zespołem, ale nie demonizowałbym tego, szczególnie, że sami członkowie tego zespołu już o nim zapomnieli. Fenomen Storm & Stress polegał na tym, że w zwartą formę piosenki wplatali właśnie ten element free. Gitarzysta mówił, że zależało mu na kompozycjach, a perkusiście właśnie na graniu bez rytmu. Sam sposób gry na gitarze był dla mnie odświeżający bo muzyka rockowa jest czymś bardzo schematycznym i niewiele można w niej wymyślić. Fajne w niej jest to, że każdy może to zrobić - jeśli ktoś uważa rocka za nie wiadomo jaki artyzm i sztukę, to zawsze mi trochę jednak śmierdzi. Kiedy usłyszałem Storm & Stress, otworzyła mi się głowa na to, że można inaczej grać, ale w pewnym momencie ta sama klapa, która się otworzyła, z powrotem się zamknęła. Miałem wstręt do gitary elektrycznej, jej klasycznego brzmienia, a potem mi minęło.
MB: Może to jest kwestia wieku, ale teraz mam wrażenie, że ciężko jest nas muzycznie czymś zaskoczyć. Teraz chcemy zaskakiwać samych siebie.
ŁR: Ważne jest to, że mieszkaliśmy wszyscy w Szczecinie. Dzięki temu mieliśmy bardzo blisko do Berlina i jeździliśmy non stop na bardzo dobre koncerty. Takie, których w Polsce nie było.
Czyli co, jesteście za dobrzy na Polskę?
MB: Tak! To jest tytuł tego wywiadu! (śmiech) Nie no, coś ty, nie jesteśmy za dobrzy na Polskę, to jakaś bzdura.
ŁR: Wiesz co, Polska ma inną specyfikę.
MB: To jest kraj wschodnioeuropejski. Tu popularne są inne rozwiązania...
ŁR: Akordeon... wschodnia nuta...
MB: Co oczywiście samo w sobie nie jest złe, tylko że my gramy zachodnią muzykę. Śpiewamy po angielsku. To nie jest dla masowego polskiego odbiorcy. Ja nie mam z tym teraz żadnego problemu. Pewnie, chciałbym grać dużo koncertów na całym świecie, ale zobacz – na nasz koncert przychodzi do Powiększenia sto osób. A ile przychodzi na Roba Mazurka, który jest mistrzem świata, fenomenalnym muzykiem? Ile osób było na Starlickerze? A to jest muzycznie szczyt szczytów.
ŁR: Jeżeli mielibyśmy osiągnąć coś, co niektórzy nazywają sukcesem, to musiałyby nas grać media. Radio. Chociaż w jednej audycji ogólnopolskiej.
A wysyłaliście płyty do radia?
MB: No nieee, nie. No, może gdzieś tam puszczali... ale to jest propozycja nieradiowa.
Są jeszcze inne narzędzia dystrybucji, internet...
MB: Wiesz co, ale teraz się daliśmy złapać. Nie o to w ogóle chodzi.
Mnie tylko interesuje, czy nie jesteście trochę zmęczeni.
MB: Byliśmy zmęczeni, kiedy po studiach nagle trzeba było iść do pracy. Teraz może bywamy, bo pojawiły się dzieci.
ŁR: W pewnym momencie nie wiedzieliśmy, co dalej zrobić. W sensie muzycznym.
MB: Miałem taki kryzys, że nie wiedziałem, czy chcę się zajmować graniem. Kristen miało przerwę, ale wtedy nagrałem Kings Of Caramel. Nagle zobaczyłem, że mogę robić muzycznie inne rzeczy i poczułem, że to jest coś, co chcę robić przez resztę mojego życia. Mam teraz 35 lat, będę żył jeszcze przypuszczalnie 30-35. W tym kontekście 14 lat to jest dopiero początek, mogę jeszcze bardzo dużo zrobić. W kontekście zespołu rockowego, młodzieżowego te 14 lat brzmi jak tragedia. Jezu, nie dostali Fryderyka! Ale kiedy wiesz, że chcesz to robić do końca życia, to nagle wygląda zupełnie inaczej. Kiedy ktoś jest alpinistą, to wyobrażam sobie, że nie robi tego, by być tak sławnym, jak Kukuczka. Zasadniczo chodzi o to, że włazisz na tę górę, widzisz ten piękny widok, złazisz, przeżyłeś. Nie ma znaczenia, ile pieniędzy na to wydałeś, ile osób cię podziwia. Chodzi o tę wewnętrzną satysfakcję, że robisz to, co naprawdę lubisz robić w życiu. Idealnie byłoby się z tego utrzymywać, ale wszyscy nasi bohaterowie się z tym borykają. Moim jest na przykład Rob Mazurek, który musi niezwykle ciężko pracować, żeby przeżyć. Robi to, co robi, nie skarży się, dla mnie jest niesamowitą inspiracją, a ciężko powiedzieć, że odniósł jakiś wielki sukces.
ŁR: To jest takie rockowe, że odnosisz sukces i masz szmal. Ale wszyscy najwięksi muzycy zawsze klepali biedę.
MB: Oczywiście to nie znaczy, że skoro jesteśmy biedni, to jesteśmy genialni.
Ej, skoro jesteście takimi ideowcami, to jak to się w ogóle dzieje, że wydajecie płyty?
MB: Wydanie płyty jest bardzo ważne pod względem psychicznym. Przez kilka lat coś mielisz i mielisz, na tych próbach, koncertach i w pewnym momencie musisz powiedzieć: "stop, nagrywamy tak jak jest". Podkreślam, to jest bardzo ważne ze względów psychicznych.
ŁR: Wydawaliśmy je za własne pieniądze, nie braliśmy kredytu. Chociaż w sumie braliśmy kredyt u taty Michała.
MB: Dwa, trzy razy pożyczaliśmy pieniądze od mojego ojca, żeby nagrać płytę, a potem zrobić mastering. Ostatnio, ponieważ wszyscy chodzimy do pracy, w większości sami łożymy na to, żeby te płyty powstały.
ŁR: Gdyby to nie dawało jakichś doznań, to grając koncerty dla tych kilkudziesięciu osób, po pracy idąc na próbę, a nie na imprezę, sprzedając nikły nakład płyt... to nie miałoby sensu.
Jakie to doznania?
MB: Parę razy widziałem w życiu koncerty, które powodowały, że wpadałem w zachwyt. Taki, że czas w ogóle nie istnieje i ten koncert mógłby trwać dla mnie pięć godzin. I wtedy miałem wrażenie obcowania z czymś zachwycająco pięknym. Wtedy też miałem uczucie, że istnieje jakiś inny świat, którego można dotknąć albo przedstawić muzyką. Czułem to, kiedy Rob Mazurek grał ze Starlickerem – niesamowitą przyjemność w kontakcie z piękną rzeczą. Ostatnio to czuję, kiedy słucham niektórych piosenek Joni Mitchell: zachwyt nad pięknem harmonii i emocji, które w tym są. I bardzo chciałbym sam do czegoś takiego dojść: grać tak, żeby ten zachwyt udzielił się innym, stworzyć coś pięknego.
ŁR: To jest taki super stan… Bo człowiek, kiedy wychodzi na scenę, w pewien sposób się prezentuje: może mieć różne myśli na temat tego, jak zostanie odebrany, jak wygląda, czy ktoś przyszedł, czy to się komuś podoba. I nagle okazuje się, że to ci totalnie wisi.
MB: Koncentrujesz się tak mocno na tym co robisz, że się nad tym nie zastanawiasz. Kiedy rozmawiasz z kimś szczerze, to nie cyzelujesz słów, nie zastanawiasz się nad konstrukcją, nie przeglądasz się w lustrze, tylko po prostu mówisz. Można mówić na różne sposoby – można mówić zachwycająco, głęboko i mądrze. Połączenie tego, ze szczerością przekazu to jest clue sprawy. Dlaczego ludzie chcą coś powiedzieć? Bo mają coś do powiedzenia, tacy są, opowiadają sobie różne rzeczy, gadają, chcą się skomunikować. Coś im leży na wątrobie, czasem nieokreślonego, czego nie można wyrazić słowami i poprzez muzykę starają się do tego dotrzeć.
A wierzycie w to, że w muzyce można wyczuć szczerość?
MB: Tak. Bo widziałem to. Znam paru artystów, z których coś takiego wręcz promieniuje. Ogólnie może nie ma ich zbyt wiele, w porównaniu do tego, co z reguły oferuje muzyka popularna. Ale jest możliwa taka muzyka, w której jest szczerość i piękno, takiej muzyki szukam i taką chciałbym grać.
