T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Z londyńskim fasonem
Wiley wchodzi w 2012 rok solidnym uderzeniem. Jego nowa płyta to nie testament ojca chrzestnego gatunku, lecz podręcznik tego, jak odnaleźć się między łamanymi bitami, a rapową nawijką.
To już osiem lat od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy jak czupurny artysta z przedmieść Londynu pytał bezczelnie "Jak to nazwiesz? Garage? Jak to nazwiesz? 2step?!", pokazując wraz z kolegami z okolicy zupełnie nową drogę rozwoju muzyki miejskiej. Dla samego artysty czas ten odmierzany był kolejnymi krążkami, sukcesami, wielkimi koncertami i singlami wspinającymi się po szczytach list przebojów. W ciągu tych lat i przez dziewięć kolejnych płyt artysta skakał z nieprzyjaznych londyńskich ulic wprost na plastikowe imprezy, by w ubiegłym roku powrócić do korzeni za pomocą "100% Publishing".

Krążkiem "Evolve Or Be Extinct" Wiley dowodzi, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa - ba, wciąż może wyznaczać trendy na scenie, która co roku zaludnia się nowymi, głodnymi sławy debiutantami. Zaskakuje już samym urodzajem kompozycji: krążek zawiera w sumie 22 utwory. To może przytłoczyć, zniechęcić i znudzić, ale, o dziwo, tak się nie dzieje. Wiley szczerze przyznaje, że chyba po raz pierwszy skoncentrował się na swojej robocie i starał się stworzyć jakąś zamkniętą całość. Czy jest tu spójna opowieść? Raczej nie. "Evolve Or Be Extinct" słucha się raczej jak dobrego radia – to znamienne, bo grime jako gatunek narodził się ponad dekadę temu w stolicy Anglii właśnie na falach pirackich radiostacji.
Poziom albumu jest dość równy, choć siłą rzeczy większości słuchaczy prędzej zapadną w pamięć numery z pierwszej połowy krążka. Całość ma swój rytm, odpowiednio płynie, a do tego przyciąga uwagę, tym co jest mówione. Londyńczyk porusza tematy osobiste, jak choćby ten o sytuacji jego rodziców w zamykającym płytę "Highs and Lows", potrafiąc równocześnie zaserwować imprezowy hymn dla klubowiczów w postaci "Daiquiris". Gdy w tle przygrywa tęskne pianinko, staje się refleksyjny ("Life At Sea"), a w tytułowym "Evolve" pokazuje, że drzemie w nim bojowy duch.
Nie mniej bogata warstwa muzyczna przynosi nam pełen przekrój miejskich inspiracji. Są tu przełamane rytmy, dużo syntetycznych basów, klawisze, przedziwne sample. Wiley, który jest jednocześnie producentem, potrafi wyczarować wszystko, a co więcej, fantastycznie na fali swoich pomysłów surfować. Ośmiobitowe melodyjki wsamplowane w podkład rytmicznie nawiązujący do rapowego dirty south? Proszę bardzo, sprawdźcie "Weirdo". Junglowe sentymenty? Polecam "Link Up". Electro w konfrontacji z disco? Włączcie "Boom Blast". Chcecie poskakać, jak te dancehallowe kocury? Wybierzcie "Skankin" = rytmicznie odwołuje się do nowej jamajskiej muzyki, tyle, że korzysta z naprawdę szalonych dźwięków.
Zwolenników idei "mniej znaczy więcej" ucieszy pewnie fakt, że producent nie przesadził z aranżami - pustka nie jest zapchana szumami i rzężeniem, brak tu rzęsiście spadających perkusji, charakterystycznych choćby dla nieustająco modnego dubstepu. Wiley proponuje raczej alternatywę dla niego. I świetnie mu to wyszło. "Evolve Or Be Extinct", które ukazało się w Wielkiej Brytanii w dniu 33. urodzin twórcy, jest nie tylko świetnym prezentem urodzinowym dla niego samego, ale genialnym podarunkiem dla wszystkich fanów dobrej miejskiej muzyki.
Wiley "Evolve Or Be Extinct", Big Dada
