T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Pieśni gniewu, pieśni nadziei
Między muzyką hard core a Biohazard można postawić znak równości. W dawnych czasach wyszydzani za lans w MTV, dzisiaj są ikoną stylu i symbolem niezłomnej postawy. Wrócili po latach z doskonałą płytą "Reborn In Defiance". Nagraną w oryginalnym składzie, który… jest już jednak przeszłością. Wszystko wyjaśni wam śpiewający gitarzysta (kiedyś bez zęba na przedzie) Billy Graziadei.
Pierwsze słowa na nowej płycie brzmią "You think you know me - fuck you". A ja sobie myślę, że jednak takich właśnie was dobrze znam. "Reborn In Defiance" to powrót Biohazard w królewskiej wręcz formie.
Dzięki, bracie! Strasznie miło słyszeć tego typu komplementy. To, że ludzie wydają się naprawdę ekscytować naszym powrotem. Bardzo długo czekaliście, więc tym bardziej dziękujemy za wsparcie i oddanie!

zdjęcia: Nuclear Blast
Trudno było wrócić po tych kilku latach przerwy?
Nawet nie wiesz, jak bardzo, ponieważ okoliczności mocno się skomplikowały. Jesteśmy jednak bandą upartych nowojorskich skurczybyków i daliśmy radę. (śmiech) Tak na poważnie, biznes wokół bardzo się zmienił, na szczęście ludzie stoją za nami i dają nam ogromną motywację do działania. Jesteśmy silni i zdeterminowani. Ten zespół zawsze radził sobie z trudnościami, nawet w najtrudniejszych czasach dla sceny hard core.
Dlaczego Evan zdecydował się odejść już po nagraniu płyty. I to takiej płyty?
Musiałbyś zapytać jego, niemniej decyzja, którą ogłosił w lipcu 2011, dla nas też była szokiem. Perswadowaliśmy mu, że właśnie nagraliśmy być może najlepszą płytę naszego życia, zrobiliśmy oprawę graficzną, nowe fotki, wszystko… Był nieugięty. Jak pewnie wiesz, Evan ma masę biznesów: firmę odzieżową, produkuje programy telewizyjne, no i ma swój duży interes! [Seinfeld faktycznie zarabia na życie swoim dużym interesem, o czym wiedzą zapewne wszyscy zainteresowani - przyp. aut.] Stwierdził, że w tym wszystkim nie ma już miejsca na zespół, który chce regularnie koncertować, męczył się na ostatnich trasach, nie miał chyba już do tego serca. Jest naszym bratem, kochamy go i musieliśmy uszanować taką decyzję. Jakkolwiek bolesna by dla nas nie była.
No tak, ale przy okazji dołączył do jakiegoś zespoliku Attika7.
Nie o wszystkim mogę mówić publicznie. Musiałbyś z nim porozmawiać. Mam nadzieję, że w końcu wyda stosowny komunikat do wiadomości fanów, którzy są pewnie równie zdezorientowani jak ty. Ta kapela stacjonuje w Los Angeles, gdzie Evan ma swój porno biznes i może nie koliduje mu to z zajęciami. (śmiech) To nie nasz problem, jesteśmy wdzięczni za to, co zrobił dla nas przez lata, a w szczególności na "Reborn In Defiance". Może przyjdzie taki dzień, że sam powie więcej. Ja nie jestem do tego upoważniony.
Macie już jego następcę?
Na 99 procent zostanie nim Scott Roberts, który koncertował i nagrywał z nami już wcześniej. Urządziliśmy nawet przesłuchania na następcę Evana, ale na dłuższą metę nie miało to żadnego sensu. Wszyscy ci kolesie, z całym szacunkiem dla ich doświadczenia i umiejętności, chcieli być tacy jak on, wiesz typ Seinfeld wannnabes. (śmiech) Nie o to nam chodziło, a Scott jest twardym ziomkiem, naszym przyjacielem i powinien dać radę na pełen etat, chociaż pewnie na początku łatwo mu nie będzie.
W 2008 wróciliście w oryginalnym składzie: ty, Seinfeld, Danny Schuler i Bobby Hambel, by uczcić 20-lecie grupy. Zagorzali fani pewnie będą zawiedzeni, że płytę będziecie promować w innym składzie, niż została ona nagrana.
Takie jest życie, nie na wszystko mamy wpływ. Niektóre decyzje naznaczają nas na całe życie, inne przepływają bokiem bez większego śladu… Powtarzam, też jestem głęboko zawiedziony, ale jednocześnie Biohazard AD 2011/2012 jest niesamowicie zdeterminowanym zespołem. Z Evanem mielibyśmy w załodze jednego człowieka, który nie do końca wierzył w nasz potencjał. Mówił czasami, że czas tej muzyki już minął. Potem graliśmy koncerty, na których dwa tysiące dzieciaków dostawało kompletnego amoku i zmieniał zdanie. Jednak my musimy iść z czasem, nie interesuje nas odcinanie kuponów. Byliśmy wystarczająco długo w rocznicowej trasie, aby przestać teraz zawracać ludziom głowy. Czas na nowe gówno i tym razem jest to najlepsze gówno pod słońcem. (śmiech)

Przyznasz sam, że w połowie lat dwutysięcznych rozmieniliście się trochę na drobne? Po dobrej, agresywnej "Kill Or Be Killed", zaangażowaliście się w różne projekty, potem nagraliście wyzutą z energii "Means To An End", która faktycznie zakończyła pewien etap w historii Biohazard.
To nie był dobry czas dla zespołu, przyznaję. "Uncivilization" i "Kill Or Be Killed" były materiałami, w które włożyliśmy kupę pracy, ale nie odniosły sukcesu, na jaki naszym zdaniem zasługiwały. Byłem sfrustrowany, widząc że Evan zaczyna mieć zupełnie inne priorytety. Podjąłem decyzję o przeprowadzce z żoną do Brazylii. Chcieliśmy zacząć nowe życie. Seinfeld rozkręcił swój triphopowy projekt Triplesicks, a ja zacząłem robić nową muzykę w Brazylii. Kapela nazywała się Endrah i nagraliśmy materiał demo. Potem jednak wróciłem do Nowego Jorku, a ja nie wierzę w robienie dobrej muzyki na odległość, to nie działa w moim przypadku. Następnie zaangażowałem się w projekt Ampt. Robiliśmy zajebiście ciekawą muzykę – połączenie metalu, hip-hopu, gabba, drum’n’bassu i Bóg wie czego jeszcze. Grał z nami Danny z Biohazard i Sid Wilson ze Slipknot. I w tym wszystkim straciliśmy serce do zespołu. Wydaliśmy "Means To An End", który na tamten czas był wszystkim, na co było nas stać. Sesyjnie grali na nim właśnie Scott Roberts i dwóch innych kolesi, bo Evana często nie było na miejscu, kiedy miał nagrywać swoje basy. Nieważne, było minęło.
Nową płytę nagraliście w Los Angeles, a zmiksowaliście w Seattle. Ej, a co z Nowym Jorkiem?
Spokojnie, mastering był zrobiony w renomowanych Sterling Studios. Wiesz, czasy się zmieniają, musimy też patrzeć na ekonomię, logistykę, a coraz ciężej nagrać zajebiście brzmiącą płytę w Nowym Jorku. Jeśli miałbyś do wyboru – brzmieć jak tornado w LA czy na pół gwizdka w NYC, co byś wybrał? (śmiech)
Czy to prawda, że w USA nie macie póki co wydawcy na "Reborn In Defiance"?
Niestety tak. Paranoja, co? W naszym domu… Rozważamy darmowe udostępnienie materiału w sieci dla fanów z USA i Kanady, po rejestracji na naszej stronie. To też nie jest dobre wyjście, ale pracujemy z Nuclear Blast nad tym problemem. Oni mają wyłączność na Europę i to zrozumiałe, że nie uśmiecha im się takie rozwiązanie…
Kiedy w 2008 przeszliście jak burza przez sale koncertowe, fanów szczególnie ucieszył powrót Bobby’ego Hambela, który odszedł z kapeli w 1994 roku, kiedy byliście u szczytów popularności. Możesz nie odpowiadać na to pytanie, ale podobno wyciągnęliście go w zasadzie z rynsztoku?
Bobby nie miał łatwo, to prawda. Wpadł w kłopoty z prawem, ćpał, pił, kradł aby oddawać swoje długi. Kiedy jechaliśmy w trasę 2008 roku, pożyczyliśmy mu kasę na wszystko, aby mógł z nami lecieć do Europy. Nawet k**wa na ciuchy, wyobrażasz sobie? Jest jednak wspaniałym gitarzystą, świetnym człowiekiem, który często był jednak zbyt łatwowierny i wspaniałomyślny, a dzisiejszy świat potrafi być k**wą…
..więc postaraj się być alfonsem - jest takie powiedzenie.
O, bardzo dobre! Nie słyszałem tego. (śmiech) Bobby doszedł do siebie, pilnował się na trasie, a teraz jest pełnowartościowym członkiem zespołu. Mam nadzieję, że już do końca.

Podobno jednak człowiekiem, który zawsze składał was do kupy jest Danny Schuler. Niby człowiek cienia, bo perkusista.
To prawda. Czasami u mnie czy Evana następował przerost ego, trochę konkurowaliśmy w latach 90. To było momentami jak walka pieprzonych kogutów, a on brał nas wtedy za mordy i pokazywał gdzie powinniśmy być i dla kogo grać. Nie dla kontraktów reklamowych z producentami obuwia, ale dla fanów, którzy współtworzyli ten zespół. Zaprowadzili go tam, gdzie był i jest obecnie. Danny jest dla mnie jak starszy brat.
W numerze "Countdown Doom" z nowej płyty śpiewacie "Walczymy o wolność / zew rewolucji / oni są problemem / my rozwiązaniem". Naprawdę wierzysz, że muzyka może zmienić świat?
Stary, zacznijmy od tego, że hard core jest muzyką buntu, rebelii i samostanowienia o sobie. Jeżeli twój szef jest zasranym dupkiem, nie kulisz po siebie ogona i nie znosisz upokorzenia, tylko pokazujesz mu środkowy palec. "Pieprz się, złamasie" - i idziesz swoją drogą. Możesz twierdzić, że nasze teksty są banalne, ale nawet nie wiesz ile tysięcy ludzi dziękowało nam za nie podczas tych lat na trasie. Dziękowali za nadzieję, za podbudowanie wiary w siebie, za siłę do walki. Nie zamierzam dołować tych dzieciaków i nawijać im, że wszyscy są do dupy i musimy strzelić sobie w łby. Bank zajął ci hipotekę, to się idź powieś… Nic z tych rzeczy! Ja powiem – musisz walczyć o nową pracę, zrobić wszystko, aby utrzymać rodzinę, dać z siebie 120%. Tak samo żyjemy my. Spotkaliśmy na swojej drodze najgorsze szumowiny muzycznego biznesu, jakie mógłbyś sobie wyobrazić. Po sukcesie "State Of The World Address" chcieli nas wozić złotymi limuzynami. Może wyobrażali sobie, że jesteśmy Red Hot Chili Peppers? (śmiech) A my odwdzięczyliśmy się im płytą "Mata Leao", która była jak manifest punkowej postawy. W "Killing Me" śpiewamy z kolei: "Nigdy się nie poddaję / moje serce pozostaje prawdziwe / to wszystko, co mogę zrobić". Jest w tym pogodzenie z tym, że życie nie jest hollywoodzką bajką, ale też to, że wszystko oprócz śmierci jesteś w stanie pokonać. Biohazard wyrósł z ulicy, z Brooklynu, na którym żyło się ciężko. Napisaliśmy o tym album "Urban Discipline" i okazało się ponad milion dzieciaków w samych Stanach, kupiło naszą prawdę. Bo ją wyczuło. Nie jesteśmy tu, by prawić komuś kazania, ale aby pokazywać krzywdę, niesprawiedliwość, kure**wo polityków, a jednocześnie udowadniać, że wcale nie jesteśmy tak bezradni, jak nam się może wydawać. Nasz głos jest słyszalny, nawet u tych dupków w ich domach z basenami. Wierz mi, że tak jest.
Nowy album jest jedną z najbardziej zróżnicowanych melodycznie rzeczy w waszym dorobku. Takie numery jak "Vows Of Redemption" czy "You Were Wrong" potrafią zaskoczyć nawet subtelnością.
Cieszę się, że tak mówisz. To dla nas ważne, aby album był ciekawą podróżą. Kiedy nagrywasz 10 identycznych punkowo-metalowych czadów, nie ma w tym żadnej dynamiki. Cały czas łomot. Kiedy jednak nagrywasz taki numer jak "Vows Of Redemption", a po nim dowalasz wściekłym jak rottweiler spuszczony ze smyczy "Waste Away", robi to zupełnie inne wrażenie. Pracowaliśmy z naszym producentem Tobym Wrightem dość długo nad selekcją i układem numerów na płycie i muszę powiedzieć, że również dzięki temu mógłbym słuchać "Reborn In Defiance" dziesięć razy z rzędu, bez śladu znużenia.
Lada moment ruszacie w trasę z Suicidal Tendencies. W ostatnich latach byliście w Warszawie osobno i w obu przypadkach były to niesamowite koncerty. Dlaczego teraz nie zagracie z Polakami w dwa ognie?
Nie wszystko od nas zależy. To dość krótki tour, taka bardziej rozgrzewka przed właściwą trasą po Europie wiosną, a wcześniej objedziemy USA z naszymi przyjaciółmi z Madball i Sworn Enemy. To są takie braterskie trasy, które kocham najbardziej. A koncert w Warszawie pod koniec 2008 to było prawdziwe szaleństwo. Top 3 na tamtej trasie. (śmiech) Czekajcie na nas bracia i siostry w tym roku, dorwiemy was.
-
15.02.2012dodany przez: RockOko
Dobry wywiad. Bio na razie nie dojechali do Polski z promocją "Reborn in defiance", tak więc my ich "odwiedziliśmy" na trasie Persistence Tour w Berlinie. Relację i zdjęcia z koncertu można przeczytać oraz zobaczyć na naszej stronie:
http://www.rockoko.pl/relacja-persistence-tour-2012-berlin
http://www.rockoko.pl/galeria-persistence-tour-2012 -
komentarz
