T-MOBILE MUSIC
Rżnij Walenty! czyli bukiet z 14. hitów o trudach miłości
W walentynki zwykle zalewają nas tony lukru. Szczebiot dobiega znad każdego kawiarnianego stolika, maślanymi spojrzeniami można by nasmarować wszystkie chlebki w okolicznych piekarenkach (och), a kwiaty sprzedają się lepiej od piwa.
Cóż zrobić ma zawistny singiel, zraniona partnerka, internauta sfrustrowany tym, że miłość ściąga mu się z serwerów wolniej niż zwykle? Usłyszeć w radiu kolejny utwór Richarda Marksa i przeładować broń? Spokojnie. Dla takich osób mamy ranking, który każdego wyleczy z romantyzmu.

Insane Clown Posse pomylili walentynki z Halloweenem. Nie tylko na focie, ale i w tekście - o czym poniżej fot. Island
14. Atrakcyjny Kazimierz "Prawdziwa miłość"
Wręcz niesmaczne byłoby umieszczenie w takim rankingu samych ślicznych, wybitnie zdolnych artystów, którzy w dodatku mają tak mało empatii, że mieli czelność odnieść w naszej obecności sukces. Na szczęście Atrakcyjny Kazimierz nie mieści się w żadnej z tych kategorii. Ale ile wie o życiu! Donosi, że "prawdziwa miłość zwykle dłużej trwa niż kilka sekund" i że może "przeżyć ją nawet Indianin". Ale prawdziwe perły mądrości, godne tatuowania na włochatych plecach, znajdują się dopiero w refrenie: "Więc kochaj, kochaj, kochaj / A jak nie, to wynocha / Jest tyle dziewcząt w mieście / Ja zaś atrakcyjny jestem".
13. DJ Lubel "Masturbate for Life"
Konwencja amerykańskiego balu maturalnego. Nieśmiały okularnik postanawia wyznać swe uczucia lokalnej ślicznotce. Śpiewa dla niej cokolwiek ekscentryczną piosenkę, z rozczulającą musicalową choreografią. Ona rzecz jasna rozkochuje się jak Święty Walenty i specjaliści od marketingu przykazali, ale... jak to w życiu, okazuje się, że masturbacja zwycięża. Aż strach pomyśleć ilu użytkowników portali społecznościowych kliknęło "lubię to"… Wbrew pozorom nie spaliłem jeszcze całej piosenki opisem - Lubel, nowe wcielenie Ricka Moranisa, poszedł znacznie dalej.
12. Lilu i Cheeba "Kocham Kocham Kocham"
Ten riddim jest taki słodki, że nic tylko sarenki, kwiatuszki i dyliżansy miłości pędzące przez prerie bitej śmietany. Na szczęście zła kobieta Lilu wie o tym, przyznając, że skoro "nuta w tych rytmach jest taka ohydnie romantyczna", to ona woli "polać wokół kilka shotów i dać sobie spokój", wykluczając w refrenie "zachody słońca po całości" i małe co nieco przy świecach. Do utworu powstał klip, posiadający rozliczne walory instruktażowe – pokazuje, ile sposobów można sabotować miłosne podboje byłego chłopaka. Wiele można dowiedzieć się również z gościnnego występu Cheeby, obwieszczającego, że prawdziwy rudeboy każe miłości nie przychodzić. Wszystkie fanki Kamila Bednarka są zatem proszone o nie zdejmowanie tornistrów: there’s no love in the rudeboys room!
11. Insane Clown Posse "Another Love Song"
Po kpinach Eminema (zawarł na swojej płycie krótki przerywnik-scenkę, gdzie jeden z członków zespołu "obsługuje" drugiego) odbiór doświadczonych horrorcorowców z Detroit nigdy nie będzie już taki sam, choć ich opisy relacji damsko-męskich nadal mają swój urok. "Mógłbym zmyć farbę z twarzy / i znaleźć prawdziwą robotę u twojego ojca / Ale wolałbym wziąć 10-funtowy topór i wbić go w jego czoło" – klaruje swojej wybrance jeden z raperów, gdzieś w zaparkowanym na odludziu samochodzie. Rozważa wprowadzenie się lubej do jego domu, choć wizja sąsiada wycierającego genitalia w jego poduszkę studzi te plany. Zasmucony niemożliwością wybicia sobie ukochanej z głowy, proponuje… jej odcięcie. Nie ma to jak proste rozwiązania w odpowiednim czasie.
10. Paktofonika "Rób co chcesz"
Coś dla osób, którym Paktofonika zatarła się w głowie tak mocno, że został już tylko poetycki opis przeżyć wewnętrznych niezrozumianego przez społeczeństwo Magika. Numer rozpoczyna się od dialogu Fokusa i kajającej się po zdradzie partnerki. Wybaczył? Ależ skąd, wybaczają w amerykańskich filmach, w śląskich kawałkach raczej jadą po całości. Wśród linijek prym wiedzie dwuwers: "Takie potem nie płaczą, to dobrze / Owszem, właśnie dałeś zgwałcić się kobrze". Za to kochankowie postrzegani jako "śluzem upaćkani ślusarze" i dostają złoto w kategorii "Cholera, dlaczego mówisz to jak akurat jem?!"
9. Afro Kolektyw "Nikt tego nie wiedział"
"To było niepoważne / topić tam, gdzie d**a oczekiwania wszelkie / żyć dla niej, teraz jest małe, co miało być wielkie" - wyznaje na wstępie Afrojax z hiphopowego (wówczas) Afro Kolektywu. I opowiada historię związku z niejaką Aśką, której "całowanie za uszkiem" nie wystarczało, gdyż żądała w swoim abonamencie imprezowo-seksualnego full service'u Porównywany z byłymi facetami dziewczyny narrator zrobił wszystko, by sprawdzić się w roli zabawowego alfasamca, ale nie zdał egzaminu, więc mógł tylko podziwiać, jak jego aniołek ostentacyjnie żłopie z kolegami wódkę na parkingu. Tak na co dzień "Nikt tego nie wiedział" to zabawna historia o stereotypach (czułość, co?). W walentynki potraktujcie ją jak przestrogę.
8. Eurythmics "You Hurt Me (and I Hate You)"
Wokalistka Annie Lennox ma dużo do zaśpiewania o nieszczęśliwych związkach. Absolutna ekspertka w rozkładaniu pożycia na bolesne czynniki pierwsze, miała na tej płaszczyźnie wiele momentów geniuszu - by wspomnieć "I Love You Like a Ball and Chain", w którym głos ukochanego w telefonie czynił ją jedynie bardziej samotną, a rzeka łez płynęła korytem zmarnowanych lat. Im dalej w Eurythmics, tym słowa ostrzejsze. W prezentowaniu nagraniu z samego końca lat 80., tytuł "Ranisz mnie, a ja cię nienawidzę" mówi wszystko. On jest młotkiem, ona złamanym gwoździem. On dał jej wyłącznie żal, ona zgotuje mu takie piekło, że pożałuje, iż w ogóle się urodził. Po prostu miłość.

Tina wciąż potrafi zrobić mostek, nie przerywając śpiewania fot. Medium
7. Tina Turner "What’s Love Got To Do With It"
Soul i r’n’b to gatunki bazujące na miłości. Widać to gołym okiem, np. po opublikowanych w lutym 2009 roku zdjęciach Rihanny, która tak mocno kochała Chrisa Browna (swoją drogą aktualny hit Browna nazywa się "International Love") , że aż posiniała na twarzy. Tina Turner też nie miała lekko, gdyż mąż Ike zadbał o to, by nie do pobicia była jedynie na scenie. Gdy ból ustał, pozostała gorycz, którą udało się w przebojowy sposób przelać w piosenkę. Nie jedną, acz "What’s Love Got To Do With It" z wybitnymi wersami: "czym jest miłość, jeśli nie emocją z second handu" i "kto potrzebuje serca, kiedy serce może zostać złamane" pełni rolę szczególnie efektownego znaku ostrzegawczego.
6. Shakin Dudi "Och, Ziuta"
Wielu kochanków nad ranem krzyczy. Nie wszyscy z rozkoszy. Kto ćwiczył na praktycznych zajęciach z feromonów, zaniedbując przy tym teorię miłosnej matematyki, nie wie, że radość z tego co zobaczy rano w łóżku, będzie odwrotnie proporcjonalna do ilości alkoholu wypitego poprzedniego wieczoru. Darek Dusza zapisał tę prawdę w annałach polskiej muzyki rozrywkowej na wieki. Wersy "ja wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak" i "gdy wytrzeźwieje człowiek, wtedy, inny gust ma, inny smak" do dziś hulają jako bon moty. I słusznie, choć wokal i aranżacja "Ziuty" wraz z całą konwencją hrabiowskiego mezaliansu, dodatkowo potęgują siłę rażenia piosenki.
5. Perfect - "Idź precz"
Tak to już bywa, że po dniach, miesiącach, rzadziej latach wymarzona platońska połówka nie pasuje idealnie, a raczej przywiera jak huba. I co wtedy? Można dozować żółć pipetą, ale po co, skoro Perfect (z czasów, gdy nie śpiewał jeszcze kołysanek nieznajomym) daje do ręki wiadro? "Idź precz! / Do rodzeństwa / Do kołtuństwa / Do szaleństwa / Idź precz! / Lalko z pucu / Kalkomanio wyższych uczuć / Powiedz, że z głodu / Nie sprzątasz już w domu / Nie zmywasz też naczyń / Bo jeść nie ma na czym" – śpiewa gniewnie Markowski wśród przednich riffów. A co na deser? Przecież nie tiramisu. Raczej kolejny wers: "Ach bierz bez skrupułów, lecz zostaw mi ściany / Przytrzymam się muru, gdy będę pijany / Idź precz!”. Rock’n’roll, baby!
4. The Rolling Stones "Dead Flowers"
Już sama możliwość posłuchania Micka Jaggera mocującego się z country i światem różowych cadillaców studzi miłosne zapędy. Ale jest coś, co psuje relacje mocniej, niż nietrzeźwa propozycja trójkącika z najlepszą przyjaciółką swojej dziewczyny. A tym czymś jest ironia, którą Mick opanował w stopniu sugerującym, że za tymi wielkimi ustami kryje się przynajmniej jeden ząb jadowy. Historia jest prosta - podczas gdy dziewczyny zgrywa salonową lwicę pośród nadzianych bubków, podmiot liryczny płci ewidentnie męskiej, włóczy się ze swoją mocno szemraną ekipą. Niby nic i dopiero genialny refren mówi wszystko: "Zdołuj mnie, mała Susie, zdołuj mnie / wiem, że uważasz się za królową undergroundu / możesz wysyłać mi zwiędłe kwiaty każdego ranka / możesz wysyłać mi zwiędłe kwiaty pocztą / możesz wysłać mi zwiędłe kwiaty na mój ślub / ja nie zapomnę położyć róż na twój grób".
3. Leonard Cohen "Leaving Green Sleeves"
Ironia Jaggera wysiada, gdy do pociągu miłości wchodzi cynizm Cohena. "Śpiewałem piosenki, mówiłem swoje kłamstwa / by położyć się między twoimi niezrównanymi udami / I czy nie byłoby znakomicie, nie było świetnie / w końcu zakończyć to nasze ćwiczenie?". W jednym z wywiadów bard żalił się na reputację, która ma wyraźnie mu nie służy i z której powodu wiele pięknych pań raczyło mu odmówić. Cóż, choć ma zasadę, że z dziennikarzami o swoich nałożnicach (i krawcach) nie gada, w piosenkach powiedział chyba dość. Gdyby mówił o misiach i słoneczkach, miałby pewno parę kobiet więcej. I kilka milionów fanów mniej.
2. Joy Division "Love Will Tear Us Apart"
W tytule nawiązanie do nieznośnego, jak najbardziej walentynkowego kawałka Neila Sedaki. W treści uporczywe studium rozpadającego się małżeństwa – z zimnym łóżkiem i oczami pełnymi łez na pierwszym planie oraz rutyną, resentymentem, desperacją i porażką w tle. Wiele razy próbowano ten utwór śpiewać, pewno dla wielu fanów muzyki będzie jedynym hitem w karierze brytyjskiego, postpunkowego Joy Division, ale niewiele jest mu w stanie zaszkodzić. O rozdzierającej miłości świadczy fakt, że żona Curtisa wygrawerowała mu ten tytuł na nagrobku, po samobójczej śmierci artysty. A potem dołożyła starań, by zapamiętano go jako bezwolnego, słabego, odpychającego wręcz człowieka.
1. Słoń & Mikser – "Love Forever"
Najpierw spotkanie w klubie. Potem płomienny seks, wreszcie przywiązanie tak mocne, że mężczyzna pomaga swojej ukochanej w codziennych czynnościach, takich jak układanie włosów. Barry White dobiega z głośników, płatki róż leżą na kołdrze, więc widać, że sytuacja rozwija się pięknie. Wszystko idzie ku małżeństwu, zdjęciu na szafce nocnej i miłości po kres. Romantyczne to wszystko, niczym Janusz L. Wiśniewski przechadzający się z laptopem po arboreum… Byłoby, gdyby partnerka nie była martwa od pierwszej nocy i nie została zjedzona, gdy okazała się już niezdatna do użytku. Poznański horrorcorowiec Słoń pozdrawia zakochanych.
