Opinie
A A A
13.02.2012

WYWIAD: Ślizgam się

Nie traćcie entuzjazmu! – apeluje Anthony Gonzalez przed kolejną wizytą M83 w Polsce.

Wracasz do Polski zaledwie kilka miesięcy po występie na festiwalu Ars Cameralis. Co się stało?
Co się stało? Było świetnie i tyle. Ilekroć gramy w Polsce, zawsze mamy potem ochotę na powtórkę. Nie zapomnę nigdy naszego pierwszego występu u was, na tym wielkim festiwalu w Gdańsku...

Open'er, w Gdyni.
Tak jest, jakieś trzy lata temu. Najpierw spędziliśmy cudowne letnie popołudnie nad wodą, a później przywitał nas na scenie fantastyczny tłum.

WYWIAD: Ślizgam się - T-Mobile Music
zdjęcia: Windish Agency

Przyjęcie przez publiczność w stu procentach decyduje o tym, jak artysta zapamięta dany koncert?
Niezbędne na pewno jest poczucie, że ludzie są zainteresowani. Kiedy grasz w Meksyku czy Polsce, to masz gwarancję, że taką uwagę otrzymasz. Za to w Nowym Jorku czy Los Angeles występujesz zwykle dla ludzi, którzy chodzą na koncerty prawie codziennie. Są niemal znudzeni muzyką. O nawiązaniu kontaktu z taką publicznością nawet nie ma co marzyć. Graliśmy niedawno w Londynie i to był jeden z cięższych wieczorów w mojej karierze. Jedyną reakcją na naszą muzykę był brak reakcji. Kompletna obojętność. Dlatego też przyjazd do Polski, niektórych krajów w Ameryce albo mniejszych miast we Francji, autentycznie jest powiewem świeżego powietrza. Dla takich chwil rusza się w ogóle w trasę.

Ten entuzjazm przynajmniej po części wynika z naszego głodu koncertowego, długiego oczekiwania na artystów. Ale to się zmienia, odwiedzacie nas coraz chętniej – co zresztą widać po tobie.
Rozmawiałem ostatnio z innym muzykiem i też przyznał, że oferty koncertowe z Polski nie przestają ostatnio do niego napływać. A jeszcze pięć lat temu zorganizowanie występu u was stanowiło nie lada wyzwanie. Mimo to mam nadzieję, że nie utracicie z tego powodu swojego entuzjazmu!

W podsumowaniach płytowych i singlowych 2011 roku okazałeś się jedynym nieanglosaskim muzykiem, który stanął w szranki z takimi postaciami jak PJ Harvey, Bon Iver, Drake czy Adele. Jakie to uczucie znaleźć się w tym towarzystwie?
Że jestem superszczęściarzem. Ale z drugiej strony pracowałem na to przez ponad dekadę. Pierwszy album wydałem 11 lat temu, a dopiero teraz mam wrażenie, że wokół mnie coś faktycznie się dzieje. Tak jakbym dostał wielką nagrodę za dziesięciolecie pracy twórczej. Ludzie żywiej reagują na muzykę, częściej przychodzą na koncerty. Oby ten sen zbyt szybko się nie skończył, bo zacząłem się przyzwyczajać. (śmiech)

Powiedziałeś mi kiedyś, że każda kolejna płyta to dla ciebie nowe doświadczenie, ale też nowy rodzaj ryzyka. Z jakim ryzykiem wiązało się "Hurry Up, We're Dreaming"?
Najmniejszego sensu nie miało na pewno wydawanie podwójnego albumu w obecnej atmosferze rynkowej. Ale gdy zaczynałem pracę nad tym albumem, obiecałem sobie jedno: niczego potem nie żałować. Eksperymentować, improwizować, pójść na całość. "Hurry Up…" stanowiło też dla mnie niemałe wyzwanie wokalne. Uwielbiam śpiewać, nie uważam się jednak za pełnoprawnego wokalistę – prędzej gitarzystę albo klawiszowca, ewentualnie kompozytora. Śpiew nie jest moją najmocniejszą stroną, a na "Hurry Up…" jest go bardzo dużo. Ale właśnie ta niepewność, co wydarzy się w dniu premiery materiału, nad którym pracowałeś przez ostatnie dwa, trzy lata – to właśnie czyni zawód muzyka ekscytującym. Być może czeka cię porażka. A być może miła niespodzianka. Taką mnie sprawiło akurat "Hurry Up, We're Dreaming". Sukces tej płyty przyszedł zupełnie nieoczekiwanie.

WYWIAD: Ślizgam się - T-Mobile Music

Oddzielnym wyzwaniem musiało być przeniesienie tego materiału na scenę?
Koszmar. To był pieprzony koszmar. W studiu jesteś małym oszustem, wszystko pięknie ozdabiasz, maskujesz niedociągnięcia, nakładasz pogłosy, delaye oraz inne efekty. Twój wokal brzmi więc po prostu genialnie. A potem wychodzisz na scenę i przez dwie godziny musisz udawać muzyka perfekcyjnego. Koncertowałem z takimi wyjadaczami scenicznymi jak Depeche Mode, The Killers czy Kings Of Leon i gdy oni występują, wszystko jest idealnie dostrojone. A popatrz na moje występy. Cały czas ślizgam się po dźwiękach.

Nie przesadzasz?
Serio tak jest, ale w porządku, cały czas się uczę. I zamierzam nad tym ciężko pracować, więc kiedyś będzie lepiej. Opanowanie gry na instrumentach też zajmuje trochę czasu. Dopiero zaczynam naprawdę śpiewać i poznawać podstawowe zasady. Wiem już na przykład, że rozgrzewanie strun przed koncertem niekoniecznie polega na piciu wódki i paleniu cygar.

Wyobrażasz sobie trasę "M83 Unplugged"?
Czemu nie? Na próby przed obecną trasą koncertową spotykaliśmy się nieraz w moim domu, gdzie trzymam jedynie gitarę akustyczną i pianino. Może kiedyś popracujemy nad "Hurry Up…" w wersji unplugged, to byłaby frajda.

Przeprowadziłeś się niedawno z Francji do Los Angeles, jednego z najbardziej kolorowych miast świata. W wywiadach opowiadasz jednak tylko o okolicznych pustyniach i górach.
I oceanie. Nie ukończyłbym "Hurry Up…", gdybym nie potrafił oderwać się od pędu i wszystkich jaskrawości Los Angeles. Zabierałem laptopa, pakowałem dwa, trzy małe syntezatory do bagażnika samochodu i siadałem za kierownicą. Samotność w połączeniu z naturalnymi krajobrazami dawała mi bardzo silnie poczucie... bycia żywym.

Paradoks: nowoczesny sprzęt pozwalał ci uciec od nowoczesnego świata.
Dokładnie. Przy całym zamiłowaniu do analogowego sprzętu i tradycyjnych studiów nagraniowych, muszę powiedzieć, że współczesna technologia podarowała nam muzykom niewiarygodną wolność. Mogę tworzyć tam, gdzie tylko przyjdzie mi na to ochota, codziennie w innym miejscu. Ale teraz spędzam w Los Angeles mnóstwo czasu. Przeprowadzka do tego miasta była jedną z najlepszych decyzji w moim życiu.

WYWIAD: Ślizgam się - T-Mobile Music

Poszczęściło ci się z Kalifornią, M83 osiągnęło spory sukces - dotarłeś chyba do miejsca, o którym myślałeś przez całą karierę. I co teraz?
Mam tyle projektów w głowie, że nie starczyłoby mi życia, by wszystkie zrealizować. Marzy mi się tworzenie muzyki filmowej. Chciałbym nagrać album hiphopowy. Albo z muzyką taneczną. Albo klasyczną... Szkoda tylko, że jestem przy tym straszliwym leniem. (śmiech) Ale nie po to wybiera się zawód muzyka, żeby pracować od dziewiątej do osiemnastej. Na razie koncentruję się na koncertowaniu. Najbliższym krokiem wydawniczym będzie na pewno druga odsłona "Digital Shades". Co potem? Tajemnica.

Ale nadal zamierzasz wspominać dzieciństwo?
Oby nie, bo zaczynam się już męczyć własną nostalgią. Jednocześnie mam świadomość, że to bardzo istotna część mojej muzyki. Kto wie, może następny album będzie o teraźniejszości?

Zadałem ostatnio na blogu pytanie, na które nie spodziewałem dostać ani jednej odpowiedzi, a przyszło ich kilkadziesiąt, więc może z tobą też się uda. Twoja ulubiona płyta wszech czasów?
O Boże. To byłoby chyba... Hmm...

Liczy się pierwsza myśl, już powinieneś wiedzieć.
Aha, w takim razie "Music for Airports" Briana Eno. Choćby dlatego, że jest tak ponadczasowa.

M83 przyjeżdżają na dwa koncerty do Polski. 19 lutego wystąpią w warszawskiej Stodole, a dzień później w Poznaniu, w klubie  SQ.

OCEŃ: 13 -3
Autor: Mariusz Herma
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 20.02.2012
    dodany przez: kolo
    Gość
    @ wypadek
    Jak widać nie taki z niego znowu szczęściarz :-(