Opinie
A A A
10.02.2012

WYWIAD: Pięknie fałszować trzeba umieć

Piosenki zamiast bitów. Śpiew w miejsce nawijania. Język mniej koszarowy. Michał "Afrojax" Hoffmann z Afro Kolektywu nazywa to dojrzewaniem. Dawni fani – wygrubaszeniem. A ty przeczytaj wywiad, bo kontrowersyjne, acz bez dwóch zdań frapujące, "Piosenki po polsku" weszły właśnie do sklepów. Nie rób tego dla Liroya. Zrób to dla Morrisseya.

"Piosenki po polsku" wydają się być bardziej serio niż trzy poprzednie krążki. A może się mylę?
Każda płyta była serio. Ta jest najbardziej bezpośrednia. Najbardziej ponura.

Ciekawe, bo jesteś daleko bardziej spełniony niż w latach 90. Harmonijnie funkcjonujący, z porządną pracą, szczęśliwie żonaty...
Tak to może wyglądać. Ale ja zawsze piszę o tym, co mnie gnębi. I zawsze coś się znajdzie. Uwierz, nie muszę szukać na siłę. Stuprocentowo szczęśliwi są jedynie wariaci. Wszyscy mamy obawy, mniejsze i większe, tudzież słabiej bądź mocniej ujawnione neurozy.

WYWIAD: Pięknie fałszować trzeba umieć - T-Mobile Music
zdjęcia: Universal Music

Wyszedłeś z butów pierwszego nerda czarnej muzyki w Polsce. A przecież facet, który ma na łbie pork-pie hat, kibicuje żużlowi i mimo upływu lat fascynuje się Commodore 64 mógłby być papieżem hipsterów.
Nadal interesuje mnie żużel i Commodore, etykietki mniej. Nie wiedziałem, że to jest hip. Może byłem i jestem zwyczajnie przekorny.

Bardziej kiedyś czy teraz?
Boże, nie wiem. Musiałbyś spytać psychologa, którego nie mam.

A może by się przydał... Teraz tyle miejsca w tekstach poświęcasz śmierci i dzieciom, że zastanawiam się, czy nie spodziewasz się w najbliższym czasie jednego bądź drugiego.
Jestem coraz starszy. Jedno i drugie nieuchronnie się zbliża.

I co, urodzi ci się syn i puścisz mu kiedyś numer, w którym śpiewasz, że wolałbyś by był dziewczynką?
Spalę wszystkie egzemplarze tej płyty, ku**a!  (śmiech) "Niemęskie granie" jest napisane z perspektywy gościa, który o byciu ojcem nie wie zupełnie nic, z pozycji debila. Debil boi się mieć dzieci, zwłaszcza syna. Bo – pewnie dlatego, że sam jestem facetem – uważam, że kobietom jest łatwiej się we współczesnym świecie odnaleźć.

Od początku całym sobą sprzeciwiałeś się alfa-samcowi po polsku.
Dlatego powątpiewam, czy byłbym w stanie przygotować mężczyznę do życia. Mam go nauczyć wątpliwości i przeżuwania każdego gówna po sto razy? Kobiece rozterki chyba odczytuję lepiej. Czas to zweryfikuje. Popełnię jeszcze trzy utwory na ten temat. Cztery razy zmienię zdanie.

Ciekawe, bo gdy słuchałem Afro Kolektywu, zawsze wydawało mi się, że kobiety cię przerażają.
Nie wydawało ci się. Przerażały mnie. Bałem się ich totalnie. Wychowywałem się w stuprocentowo męskim środowisku w hotelu robotniczym. Miałem tylko kolegów. Nie wiedziałem, jak i o czym z dziewczynami rozmawiać. Do przedszkola nie chodziłem, w obu moich podstawówkach była miażdżąca przewaga liczebna chłopaków. Dopiero intensywna socjalizacja z żoną, szwagierką i ich koleżankami wyleczyła mnie z lęków. Poważnie.

Ja czułem lęk przed "Piosenkami po polsku". Przesłuchałem i dziwi mnie już właściwie tylko jedno. Podpis. Afro Kolektyw? Naprawdę? Z racji na co?
W tej chwili to chyba z racji afro na fallusie...

No właśnie, odmienność repertuaru w pełni uzasadniłaby nowy projekt.
Dlaczego zmieniać, skoro zespół tworzą ci sami ludzie? Idea, że nazwa pozostaje, choć muzyka jest inna, bardzo mi się podoba. Bo po takich woltach, jak ostatnie, na kolejnym albumie będziemy już mogli jako Afro Kolektyw zrobić naprawdę wszystko. Może nawet znów zacznę rapować. Od niczego nie odkreślamy się grubą krechą. Nigdy nie zebraliśmy się w jednym pomieszczeniu, by postanowić, że z hip-hopem teraz kończymy.

Ten proces przebiegał stopniowo czy skokowo?
No właśnie wbrew pozorom stopniowo. Gdy zaczynaliśmy poprzednią płytę, "Połącz kropki", mieliśmy luźny pomysł na płytę hiphopową bardzo rozstrzeloną stylistycznie. Ale już w połowie jej robienia padła propozycja, żeby jako bonus dorzucić piosenkę. Coś bardziej melodyjnego, z naciskiem na akordy, nie akcenty. Ale wówczas to już było za dużo do gara, idea zmarła i słuchaczom trudno było zauważyć, że ciągnie nas w tym kierunku. Kiedy z kolei zaczynaliśmy "Piosenki po polsku", nie do końca byliśmy pewni, co chcemy zrobić i numery, które dopięliśmy najpierw, zawierają jeszcze rap w formie szczątkowej. Szkice kompozycji przychodziły mailowo i masowo - szczególnie płodny okazał się Rafał -  wreszcie musiałem zacząć do nich pisać i szybko się okazało, że układanie melodii jara mnie bardziej niż nieukładanie, krótkie formy bardziej niż długie, prosty czy tam półprosty przekaz bardziej niż zawijasy. Widocznie tak musiało być.

Niby dlaczego? Mówisz do wszystkich, którzy przyzwyczaili się do pewnej formuły i określonego poczucia humoru: "to ja wam teraz pokażę"?
Nie. Może poczułem się zmęczony metaforami skatologicznymi? A chłopcy mieli dość tego, że ich komponowanie ogranicza się do PISANIA BITÓW? Nie wiem. Niczego nie przemyśleliśmy. Jeszcze bardziej niż zwykle.

I w żadnym momencie nie miałeś wrażenia, że ambicje mogą przerosnąć możliwości?
Miałem je cały czas. Oczywiście chodzi ci o to, że śpiewam?

Poniekąd.
Dokształciłem się trochę w tym kierunku. Dużo ćwiczyłem, dużo kombinowałem – bo każdy numer próbowałem zaśpiewać inaczej – a przede wszystkim nagrywałem w opór, bo niektóre kawałki wyszły w akceptowalny dla mnie sposób dopiero za trzecim czy czwartym podejściem.

To, że twoja małżonka zawodowo zajmuje się śpiewaniem nie deprymowało cię?
Pomogło! Dawała zaje**ste wskazówki, zwłaszcza na początku. Pierwsze numery rejestrowało mi się jak po grudzie. Wchodziłem na mocno nieznany sobie teren. Puściłem efekty żonie i usłyszałem: "Niedobrze. Słychać totalnie ściśniętą dupę. Harcerka! W trakcie nagrywania zamknij oczy i wyobraź sobie, że masz przed sobą wielką polanę. Śpiewasz do drzewa, które jest na jej końcu."

Drzewo nie pociśnie ci na Facebooku.
No i raz ta metoda funkcjonowała, raz nie. Ale za sprawą prób i wskazówek pogodziłem się z grubsza z tym, co chcę osiągnąć. Wiedziałem, że nienagannym technicznie śpiewakiem-zawodowcem się nie okażę, że w chórkach u Kayah nie ma miejsca, więc celowałem w to, żeby przynajmniej charakterystyka mojego wokalu nie wynikła z niedbałości, a ze świadomości. Trzeba ku**a polubić swój głos oraz intonację i wbijać je na taśmę z przekonaniem, nawet jeśli są amatorskie. Przemyśleć intencje, żeby jak najwięcej z siebie wycisnąć. No i potrenować. Bo fajnie jest, jak ktoś pięknie fałszuje, ale pięknie fałszować też trzeba umieć.

Ale strach jest?
Jest. Bo to, że JA uważam, że coś wyszło - nic przecież nie znaczy. Zobaczymy co powiedzą inni.

Zależy jak definiujemy innych. Bo nie da się ukryć, że część waszych dawnych fanów odebrała drugi singel, jako chęć pójścia z nimi na wojnę. Czyj głos interesuje cię najbardziej?
Interesują mnie wszystkie głosy, bo nie miałem zamiaru wymierzyć ciosu w czyjekolwiek oczekiwania! Skoro ktoś czuje się zaatakowany, to nie jest mój problem, ja się mogę tylko uprzejmie zdziwić. Nad adresatem płyty i jego reakcją myślę zresztą dopiero po jej zrobieniu, a i wtedy niezbyt intensywnie, albowiem nie jestem prorokiem.

Mówiłeś już, że krytyka ci nie straszna, bo przywykłeś do niej po zimnym prysznicu towarzyszącym pierwszej płycie...
Wtedy byłem nieostrzeżony i nieuzbrojony. Krytyka mnie zdumiewała, bolała, szczypała w dupę. Szczególnie, że była dosyć agresywna. Te wszystkie audycje, listy do redakcji, głosy w internecie, pośród których nie zabrakło nawoływań, by nas zaj**ać, stanowiły dobre przygotowanie. To, co działo się te parę tygodni temu, przy drugim singlu z "Piosenek…", było, w porównaniu z hejtem po debiucie, łaskotaniem w karczek. Tępym gwoździem.

Mnie by taka reakcja wzruszyła. To była najwspanialsza rehabilitacja pierwszych nagrań, jaką można sobie wyobrazić. Ludzie przerzucali się cytatami, wychodząc daleko poza oczywiste: "Czy chciałeś być murzynem? Dawniej chciałem, ale dziś tylko chudym brytyjskim pedałem". To był pełen oddania protest przeciw kierunkowi rozwoju zespołu.
To było wzruszające, tyle, że mam prawo takiej postawy nie rozumieć. Jestem w innym punkcie niż wtedy. Chcę robić inną, lepszą w moim mniemaniu muzykę. Jeżeli ktoś twierdzi, że "Czasem pada śnieg w styczniu" jest gównem, a "Kokos" był czymś, to ja w to nie wierzę i nie rozumiem.

A ja nie rozumiem tego, jak można było nie przewidzieć reakcji na debiutancką "Płytę pilśniową"?
Personalnie obwiniłeś wtedy Zip Skład i Molestę o polowania na lamusów. Scena była serio, a ty poczęstowałeś ją abstrakcyjnym poczuciem humoru, którego nie miała prawa oficjalnie zaakceptować. Gdy raperzy mieli tak ściśnięte pośladki, że skrzypiały im kolana, ty mówiłeś o analnej stymulacji plasteliną!
Tacy wtedy byliśmy. Z Nestorem potrafiliśmy głaskać się nawzajem czule po policzkach w przytomności Arka Delisia [wydawca pierwszej płyty Afro Kolektywu – przyp. red.]. Prowokacje, zachowanie inne, niż można było oczekiwać – bawiło nas to. Wtedy "miękki raper" to był oksymoron, a my byliśmy tym zdumieni. Bo właściwie dlaczego? No i z ówczesną sceną hiphopową się przez to nie zrozumieliśmy. Teraz być może nie rozumiemy się z ludźmi czekającymi na "Płytę pilśniową 2", ale znów nie jest to celowe, chyba że podświadomie. Czujemy się tak, jak byśmy drugi raz debiutowali.

Rany, ale przyznaj w końcu, że od czarnych, funkujących brzmień do białej muzyki gitarowej jest daleko!
Ja nie czuję dysonansu. Na aktualnej playliście mam po sobie Game’a, Annę Domino i Meshuggah. To wszystko dobra muzyka. (wzdycha) Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. A właściwie stwierdzenie.

Tak łatwo mnie nie zbijesz z tropu. Poproszę jednak o towarzyszące "Piosenkom po polsku" punkty odniesienia...
Każdy spośród czterech kompozytorów i sześciu aranżerów miał swoje. Wymyśliłem na wypadek takich pytań wyliczankę najważniejszych dla mnie artystów, których miałem w życiu zaledwie kilku. Chronologicznie: The Clash, Faith No More, OutKast, The Roots, Kate Bush, XTC i The Beatles. Spójrz co łączy tych wykonawców – żaden z nich nie skończył tu, gdzie zaczął. Chociaż z drugiej strony żaden nie zmienił jakoś mega drastycznie stylistyki na przestrzeni dwóch kolejnych płyt... Jeśli już szukać odnośnika wśród powyższych, to powiedzmy, że "Piosenki po polsku" to nasz – okrojony o połowę – "Sandinista".

Przy okazji poprzedniego krążka "Połącz kropki" nazywany byłeś "polskim Morrisseyem", ale na koszulce masz George’a Clintona.
Mam też koszulkę z The Smiths, dostałem od Remka!

Rozumiem, że czeka na to, aż wywiad  z tobą będzie robił ktoś o innym guście muzycznym. (śmiech)
To ostatni czysty t-shirt jaki miałem. Pranie chyba muszę zrobić. A Clintona oczywiście nadal bardzo cenię...

Cenisz też możliwość bombardowania słuchacza celnymi wnioskami i przemyśleniami. Na to forma rapowana zostawia znacznie więcej przestrzeni niż śpiewana. Nie było ci ciasno?
Strasznie. Więcej skreślałem, niż pisałem. Z drugiej strony zwięzła rama wymusza koncentrację. W tekście, który ma pięć tysięcy znaków, możesz napisać wszystko, wpadać w dygresje, schodzić w wątki poboczne. Trochę się wówczas wszystko rozmywa. Pół roku temu w audycji, w której byłem gościem, usłyszałem swój własny numer z płyty "Czarno widzę" i stwierdziłem, że niezupełnie łapię, o czym nawijam. Z tą płytą tak być nie powinno.

Sporo skreślasz... Polski hip-hop skreśliłeś na dobre?
Ależ skąd. Mam akurat rozbrat, ale to wynika z tego, że dobra trwa 24 godziny. Gdyby trwała 60, byłby czas i na śledzenie polskiego hip-hopu. Bo ja bardzo... bardzo... kocham ten rodzaj wypowiedzi artystycznej.

I kochasz to, do czego służy ona innym?
Nie interesuję się tym, do czego służy. Mają być dobre bity, dobre rymy i flow.

Spadła na ciebie tradycyjna klątwa zespołów rapowych. Wszystkie cierpią z powodu kajdanków założonych im przez słuchaczy. Którzy, niestety, nie dorastają wraz ze swoimi gwiazdami.
Słuchacz co najwyżej nie nadąża. Dorastanie postrzega się subiektywnie. Dla mnie "Piosenki po polsku" to właśnie objaw dojrzewania, kto inny może nazwać to regresem. I się nie spotkamy. Ale to żadna niespodzianka. To dorastanie, czy też zmiana, jest w naszym wydaniu dość drastyczne. Może nawet za bardzo. Ale w takim razie ile czasu mieliśmy czekać na nagranie płyty piosenkowej? Osiem lat, w ciągu których wydalibyśmy ziewając trzy albumy stopniowo do obecnego stanu rzeczy przyzwyczajające? Tak się nie da!

W małej oficynie też już jak rozumiem się nie dało. To kolejne zaskoczenie – za niepokornym Afro Kolektywem stoi teraz Universal. Wiem, że majorsi przez lata zmienili gust, ale wasze teksty nadal nie kojarzą się z tym, co chcą pompować do radia.
Nie no, Universal nie zobaczył w nas nowej Ewy Farny i raczej nie ma ambicji wykreowania z nas mainstreamowej gwiazdy. No i bardzo dobrze to o nich świadczy. Chociaż nie wiem do końca, co zamierzają z tym fantem zrobić. Wiem natomiast, że w firmach typu Dupa Records wydawaliśmy już trzykrotnie. Czas na inną. Na razie jest fajnie. Nie ma mowy o jazdach takich jak dawniej, gdy jakiś szef wielkie mzimu – nie zarządzający nawet bezpośrednio fonografią – powiedział, że płyta nie wyjdzie, jeśli będzie na niej ukryty track z publicznością krzyczącą "wypie***lać", bo w nim chodzi o to, że on ma wypie***lać, prezydent ma wypie***lać, papież ma wypie***lać i to razi jego uczucia.  Trzeba było palić master, wycofywać ze sklepów i walcować cały wytłoczony nakład płyty.

Biorąc pod uwagę twój charakter, to musiało być cholernie trudne do zniesienia.
Nie było przyjemne, zwłaszcza, że stało się to za pięć dwunasta. Trochę trudno było powiedzieć: "Aha, to wypie***lać" - i zabrać swoje zabawki, bo wszystko było już podpisane, załatwione i takie ostrze noża opóźniłoby premierę nie o dwa tygodnie, ale o jakiś rok, a i to pod warunkiem wydania fortuny na papugi. Zdążyliśmy wcześniej nawet zagrać promocyjny koncert w Trójce z przedsprzedażą! Muszę jednak uczciwie przyznać, że sam dział fonografii bardzo się starał. W myśl zasady "staram się jak mogę, chociaż nic nie mogę". Tak to może wyglądać w wytwórniach pozornie mniejszych i pozornie niezależnych.

Wiesz, powinieneś być wdzięczny. Z nowej płyty zapamiętałem, że lubisz tworzyć nabuzowany po brzegi. Choć to zapewne ironia, prawda?
Jasne, że tak. Nie lubię pisać nabuzowany. Linijkę później mówię, co z tego wychodzi – "sztuka poezja" i "manifest odezwa". A tego nie chcę. Chcę sobie lepić skromne, refleksyjne, niepotrzebne wyznania.

WYWIAD: Pięknie fałszować trzeba umieć - T-Mobile Music

Piszesz, ale muzykę oddałeś właściwie w ręce kolegów z zespołu. Zgoda, tworzyli już wcześniej, ale na nowej płycie masz raptem dwa skomponowane numery. Jak wyglądało przekazywanie pałeczki?
Ścieraliśmy się na gruncie dźwiękowym, ale nigdy na osobistym. Zawsze starałem się, by w zespole byli ludzie, którzy dobrze się ze sobą czują. Brak wycieczek personalnych naprawdę ułatwia dyskusję na temat muzyki. W końcówkach oczywiście i tak musi być ostro - podczas decyzji, co ma na płycie być, a co zostaje wywalone, jak ostatecznie mają wyglądać poszczególne kawałki. Zacytuję maila od Stefana, podsumowującego dyskusję na temat wersji po masteringu: "Je**emy się z tym materiałem już dwa lata i spoko, a teraz jak coś zgrzytnęło przez ułamek sekundy w jednym kawałku, to się prawie zespół rozpadł". W Afro mamy ekstremalną demokrację i to nie ułatwia niczego. Nie tylko można mieć swoje zdanie, ale i można o nie walczyć. Nikt nie powie: "To mój zespół, będzie tak a nie inaczej". Z podziału na "szefa" i "nie-szefów" zrezygnowaliśmy po drugiej płycie. Na trzeciej każdy czuwał nad swoimi numerami. Teraz wszyscy decydowali o wszystkim. Miejscami było to strasznie męczące. Na szczęście mamy względnie podobny gust i mnóstwo dobrej woli. Nawet ja nauczyłem się chować ego do kieszeni. Zespół nadal istnieje.

I szczerze mnie to dziwi. Jak niby ludzie odpowiedzialni za tak różne projekty jak Nerwowe Wakacje, Excessive Machine, Emma Dax, Furia Futrzaków i Newest Zealand mogą wspólnie tworzyć?
Artur grał z Julią Marcell. Do tego dochodzi jeszcze Rubber Dots... I dziesiątki innych, w których maczaliśmy członki. Potencjał tego zespołu jest taki, że każdy z nas mógłby sam skomponować i wyprodukować płytę. W dodatku dla własnego zdrowia psychicznego potrzebujemy wychodzić z ram, ale każdy chciałby w nieco inną stronę. Bo każdy chce mieć z tego satysfakcję. Choćby dlatego, że to wszystko hobby. Po co ci takie hobby, które nie pozwala czuć frajdy, próbować nowego? Nam zarabianie na życie, żniwa i plenery nie wyznaczają rytmu pracy zespołu.

A twój perfekcjonizm mu nie szkodzi?
Już nie. Wcześniej było tak, że nie nagrywaliśmy równolegle. Chociażby dwóch instrumentów. Wszystko ciąłem, równałem, zanim wpuściłem kolejną ścieżkę. Dopiero teraz do mnie dotarło, że muzyka na tym może stracić i staraliśmy się możliwie dużo nagrywać na setkę, bez edycji i nakładek. Mogło to wyniknąć ze zmiany stylistyki. Bo ja nie mogę sobie wyobrazić hip-hopu zagranego nierówno. Drive w bicie ma być w punkt, inaczej nie ma rapu. W muzyce piosenkowej gówno mnie to obchodzi. Werbel się spóźnia? Akord gity niedograny? Fajnie, tak właśnie było, uchwyciliśmy moment, zrobiliśmy charakterne zdjęcie. Na chwilę obecną nie lubię muzyki chirurgicznej. Nie chciałbym w zespole człowieka ćwiczącego 12 godzin dziennie. A może to jest bardzo prosta zależność? Skoro ja śpiewam jak śpiewam, to panowie zagrajcie tak, jak ja śpiewam. (śmiech)

Ważniejsze jest to co śpiewasz, a nie jak to robisz. Twoje teksty wydają się być z tobą mocno zrośnięte. Próbowałeś pisania dla innych?
Tak, i dla innych pomimo wysiłków piszę gówno. A próbowałem ładnych kilka razy. Wyjątkiem jest tu Furia Futrzaków, ale przecież w tym wypadku doskonale znam osobę, dla której piszę. Gdy usiłuję wpasować się w obcą wrażliwość, nie zadowalam ani zleceniodawcy, ani siebie.  Ostatnio znalazłem na pendrive tekst naskrobany kiedyś dla Ali Boratyn. Rany boskie... Biedna Ala. Miałem ochotę wysłać do niej maila, że przepraszam.

Może chodziło o jakiś wewnętrzny mechanizm obronny?
Może. Ale do cholery, jak ktoś potrafi operować słowem - a ja PODOBNO umiem – powinien poradzić sobie też w takiej sytuacji. Będę próbował dalej.

A reszta Afro Kolektywu utożsamia się z twoimi tekstami? Są w stanie?
Tym razem było inaczej niż w wypadku "Połącz kropki", kiedy to zespół zauważył teksty dopiero na etapie miksów. Chłopaki bardzo interesowali się tym, co piszę. Ogólnie chwalili. Ale też wpie**alali mi się w teksty, co doprowadzało mnie do k**wicy, bo myślałem, że co jak co, ale tutaj to mam wolną rękę. A okazało się, że mam wierne, lecz upierdliwe audytorium wstępne. Kilka tekstów musiałem, zgrzytając zębami, przerobić. Jeden z nich nawet trzykrotnie. Na przykład Sztu postawił ultimatum – jeżeli nie wywalę słów "Adolf Hitler" z "Żałosnego wieczoru", on wywali kawałek z albumu. Remkowi nie podobał się "Krawat", kazał mi poskracać zdania, uregulować frazę. I co gorsza miał rację.

Masz cierpliwość. Niejeden już by chwytał za grzywę i wyprowadzał na zewnątrz.
Mam się bić ze Sztu albo Remkiem? Przecież bym ich zabił! (śmiech) Chociaż jak na planie klipu do "Mężczyzn" kazali nam udawać że się bijemy, to Remek wykazał dużą determinację i mocno mnie podrapał...

Zdaje się, że rywalizujecie na boisku piłkarskim.
Ten wypad – przy okazji kolejnego klipu, do "Hymnu…" – był raczej jednorazowy, ale mega przyjemny. Okazało się od razu, kto jest najlepszym piłkarzem w zespole – Stefan. I kto najgorszym – nie powiem... Zawsze dobrze się bawimy, jak się spotykamy. Na ostatniej, trzygodzinnej próbie, dwie godziny przegadaliśmy.

No, to dlatego potem na koncertach jesteś taki pobudzony i punkrockowy. Tuszujesz brak prób. (śmiech)
Na scenie, i pod nią, jest się po to, żeby coś przeżyć.

Na przykład występ.
Poważnie. Nadawca nie jest księdzem, który odprawia mszę, a odbiorca masą wiernych, powtarzającą mechanicznie "pokój niech będzie z wami". Zawiązująca się interakcja powinna być nieprzewidywalna i niepowtarzalna. W tym cała atrakcyjność koncertów. Ciekawsze od tego, co zespół gra, jest to, co robi na scenie i co robi publiczność. Wyjaśnijmy sobie: nienawidzę podejścia "w muzyce muzyka interesuje mnie średnio", wcale nierzadkiego. Ja w muzyce szukam wyłącznie muzyki. Kombinacji nut, słów i brzmień. Na okładce jest swastyka? Artysta pasjami gwałci dzieci? Jeśli nie słyszę tego w utworze, a ten jest znakomity, to jest znakomity i kropka. Występ to z kolei absolutnie jedyny moment, gdy muzyka może zejść na dalszy plan. Otoczka liczy się bardziej. Nie chodzi mi tu o oprawę, tylko o obopólne przeżycie. Nie ma dwóch takich samych koncertów, trzeba to wykorzystać. Łbem w przód, bo to być może jedyna okazja. Ale nie zapominając oczywiście o jakości wykonania...

Jako piewca seksizmu, alkoholizmu i osoba obrażająca uczucia religijne spotkałeś się już zapewne z żywiołową, po nadwiślańsku pieniaczą reakcją na swą twórczość?
Nadmienię tylko, że moje opiewanie alkoholizmu ma wymiar głęboko samokrytyczny i już odpowiadam: nikt mi nigdy nie dał w mordę.

No, z "Piosenkami po polsku" nie będzie tego problemu. Używasz słów tak wykwintnych, jak "gorset", "dżentelmen", "pryncypia" i "euforia".
Co zrobić, tym razem wulgaryzmy nie pasowały do tekstów. Czasem na siłę starałem się je wstawiać. Za cholerę nie chciały się zgrać. Ale istnieją jeszcze inne brutalne słowa...

Show w smokingach wam więc jeszcze nie grozi?
Dlaczego?! Że niby nas nie stać?

Tego nie powiedziałem.
No, ale nie stać. (śmiech)

Bo grać trzeba! Gdzie byście chcieli najbardziej?
Wszędzie. Za wyjątkiem konwencji partii politycznych.

OCEŃ: 39 0
Autor: Marcin Flint
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 16.02.2012
    dodany przez: Jezu
    Gość
    Wywiad zajebisty, wiadomo, ale ta sesja zdjęciowa jest fatalna :)
  • 12.02.2012
    dodany przez: zelu
    Gość
    i to jest kurwa wywiad! chyle czola przed autorem. no i erudycja afrojaxa of course. moze nawet zaczne sluchac tej nowej plyty...