Opinie
A A A
06.02.2012

Ja, moja muzyka, mój kot

Oto Lilu - wokalistka, raperka, ale w żadnym razie feministka. Osoba krucha i silna zarazem. Idealna rozmówczyni. Rozmawiamy więc o życiu w trasie, pisaniu pod wpływem emocji i łódzkiej otwartości muzycznej. Spotykamy się przy okazji dwóch wydarzeń artystycznych – premiery jej drugiej płyty "C/A" i mini-trasy z Foreign Beggars.

Nie ma drugiej takiej Lilu jak ja – dumnie obwieszczała na początku swojego pierwszego albumu.  Słuchacze wiedzieli o tym jeszcze przed oficjalnym, wydanym w 2008 roku, debiutem. Artystka wyróżniała się bowiem na tle większości sceny, gdzie kobiety brzmiały tak, jakby nikt im nie powiedział, że nie są mężczyznami albo celowały w gimnazjalną egzaltację, nieśmiało popiskując.

Ja, moja muzyka, mój kot - T-Mobile Music
zdjęcia: MaxFloRec

Ją tymczasem cechowała lekkość i myślenie w kategoriach muzycznych, nie osiedlowych. Szybko docenili to zarówno najważniejsi reprezentanci podziemia (Dinal, Jimson, Szybki Szmal), jak i oficjalna rapowa forpoczta (Łona, Cisza i Spokój, Afro Kolektyw). Lilu miała też okazję pokazać się w programie Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Ba, wystąpiła na jednej płycie z samym Michałem Urbaniakiem!
A jednak album "LA" Polską nie zatrząsł. Czy winna była nienajlepsza promocja ze strony wydawnictwa MaxFloRec, czy może to ta (zaprezentowana ku zaskoczeniu wielu) drapieżna wersja kobiecości, która nad Wisłą wciąż nie może się przyjąć? Albo przekorny wręcz eklektyzm? Tak czy siak, krążek - idący od wyzywającej pewności siebie do poezji, od r'n'b, dancehallu i disco po bardziej eksperymentalną elektronikę Spaso i Dawida Szczęsnego - nie zyskał należytego uznania.

Biorąc pod uwagę fakt, że wydane końcem grudnia "C/A" jest równie niedopromowane, do tego zaś jeszcze bardziej zróżnicowane, postanowiłem podjąć środki zaradcze. Odwiedziłem Lilu w jej rodzinnym mieście.

Miałem szczęście. Jeżeli dziewczyna akurat nie pracuje kilkunastogodzinnymi blokami, jako meteorolog, to jest w rozjazdach między Łodzią, Warszawą i Katowicami. To w jej życiu  prawdziwy trójkąt bermudzki.
- Żebyś wiedział, że wszystko jest w rozsypce. Właśnie zdążyłam pozmywać, bo tu było wstyd człowieka wpuścić. Kiedy wyjeżdżam na dwa dni, mam problem z kotem. Chłopcy się co prawda śmieją, że kiedy mnie nie ma, on otwiera sobie puszkę i zapala cygaro, mrucząc przy tym "nareszcie wolność", ale jeszcze nie jest w stanie wszystkiego sobie sam ogarnąć - mówi mi drobna blondynka. Wygląda młodziej niż można by wywnioskować z jakiejkolwiek metryki. Żartuje, że to używki tak ją odmładzają. - Życie spędzam w trasie. Jak policzyłam w wakacje, więcej godzin spędziłam w samochodzie, niż we własnym domu. Idzie się przyzwyczaić, choć właśnie zlikwidowali mi spod domu dworzec.

Tak naprawdę rozjazdy Lilu zafundowała sobie sama, wybierając wydawcę ze Śląska i producenta z Mazowsza. Wybór labela sama zainteresowana kwituje krótko. - Wciąż przedkładam układanie się z kimś na płaszczyźnie przyjacielskiej, nad jego komercyjne, piarowe możliwości.
Ale dobór człowieka za konsoletą to już dłuższa historia. - Wiedziałam, że tę płytę chce zrobić z jednym producentem, bo będzie mi łatwiej. Poza tym jeszcze tak nie pracowałam. Dlatego wybrałam sobie Ola Mothashippa, najlepszego gościa jakiego tylko mogłam wymyślić. Najpierw zrobił utwór na "LA", po którym uznałam, że w tym kierunku artystycznym chcę iść, choć również dzięki temu, co robił z innymi artystami dało się zauważyć, że to świetny fachowiec. Pierwszy, który jest muzykiem, a nie bitmejkerem. Fajne było to, że mówiłam mu: "Wiesz co, zagraj tu funkcję molową, a nie durową", albo "Dodaj tu septymę, żeby było bardziej jazzowo" i on potrafił to zrobić. Poza tym, gdy spędzasz z kimś tydzień, po 12 godzin dziennie przesiadujesz w jednym miejscu, nie można go nie lubić. A ja wiem, że z Olem mogę sobie pożartować. Kiedy zaś trzeba, wymyślić coś na szybko.

Ja, moja muzyka, mój kot - T-Mobile Music

Lilu bez oporów przyznaje, że jej twórczość charakteryzuje brak świadomości tego, co może się wydarzyć za chwilę. A Olo pozwolił na to, by na "C/A" znalazło się wiele bardzo odmiennych pomysłów, umożliwił zrealizowanie najśmielszych wizji.
- Mówimy o albumie dojrzalszym muzycznie, zrobionym w profesjonalnym studiu, przy udziale takich instrumentalistów, że o Jezus… Tym razem komponowałam piosenki,  usiadłam nawet do pianina. Grałam co prawda na nim trzema palcami i Olo był potrzebny, by zrobić z tego coś normalnego, ale jednak – mówi Lilu.

Zadbała o to, by producent się nie nudził. "Poczekaj na mnie" to numer w stylistyce triphopowej, za którą sama Lilu nie przepada, ale jej koleżanka, znana z nagrań dla Reno czy Spinache’a Adrianna Kaźmierczak, jest fanką, toteż utwór powstał specjalnie z myślą o niej. "Nie bo nie" dziwi stopą uderzającą jak w klasycznym techno. Zaskakujące, ludowo-jazzowe "Matulu" zrobione jest w metrum na trzy. "C/A" czerpie też z hip-hopu i brytyjskiej muzyki klubowej. Przy pierwszym przesłuchaniu wydaje się, że króluje tu chaos, ale z czasem wszystko układa się w całość. Może dlatego, że inspiracje wypływają naturalnie z życia artystki. 
- Wychowywano mnie tak, bym spróbowała w życiu wielu rzeczy. Grać w tenisa i grać na skrzypcach. Jeździć na łyżwach i konno. Rodzice pchali mnie w różnych kierunkach, żebym znalazła sobie swoją drogę życiową. Bardzo im za to dziękuję. Miałam styczność z różnorodnością w wielu aspektach, również w muzyce. Hip-hop skleił się ze mną, a ja z nim, bo przypadł na okres mojego dorastania. Musiałam jeszcze borykać się z klasyką i za kontrapunkt służył mi na przykład Onyx. Dziś gdzie nie pójdę, jestem u siebie. Ale nadal opieram się - choćby to był najmniejszy palec u stopy - na hiphopowym podłożu. Na "C/A" mocno odeszłam od rapowej konstrukcji tekstów, ale mam wrażenie, że gdzieś tam się ona odbija, choćby w sposobie formułowania myśli.

W klubowych fascynacjach Lilu swoją rolę odegrała natomiast silna drum'n'bassowa pozycja Łodzi.
- Robiliśmy na Fast Trackerze bity hiphopowe, a zaraz potem drumy. Były imprezy, kiedy pod mostem rozcinano obcęgami kłódkę i wstawiano wyjęty z poloneza agregat. A ja na nich – wspomina Lilu. Obycia z elektroniką nabrała też przy okazji zaangażowania w "garażowo-tustepowo-dancehallowy" soundsystem Ruffsoundz. Do dziś żałuje, że nic więcej z tego nie wyszło. Jak sama przyznaje, była wtedy za młoda, żeby wiedzieć, że projekty się finiszuje.
Ale tam gdzie jedno się kończy, drugie się zaczyna. Słuchacz z pewnością zwróci uwagę na kończący "C/A" okołodubtepowy utwór, sygnowany jako EMILYROSE. To wspólna inicjatywa Lilu i Emilii, zapoczątkowana podczas "okraszonego sporą ilością alkoholu i spotkań artystycznych" wyjazdu na koncert we Lwowie.
- Przebiła się zajawka na dubstep. Ja jestem z elektroniką na cacy i choć nie byłabym w stanie wytrzymać słuchając tej muzyki do zmywania i odkurzania, to stwierdziłyśmy z Emilią, że nagrywamy idącą w takim kierunku płytę – wyjaśnia Lilu.

Jej przedsmak można poczuć na czteroetapowej trasie koncertowej, granej wraz z Foreign Beggars, która od Wrocławia (9.02) dotrze przez Kraków (10.02) i Warszawę (11.02) do Gdańska (12.02). Krążek powinien być gotowy przed wakacjami. Póki co dziewczyny intensywnie pracują nad odpowiednią twórczą chemią. - Jak Emilia do mnie przyjeżdża to i wódeczka jest, i obiadek sobie ugotujemy, i potańczyć pójdziemy nagrywając w międzyczasie jakiś teledysk. Tak rodzi się prawdziwa kooperacja.

Ja, moja muzyka, mój kot - T-Mobile Music

Czujny obserwator zauważy, że Lilu lubi współpracować z dziewczynami. Razem z poznańską producentką i wokalistką Kadą nagrała mini-album "103%", wpadła z wizytą na mixtape warszawskiej raperki WdoWY, z którą (jak również z czterema innymi koleżankami po fachu) spotkała się wcześniej w utworze warszawskiego hiphopowca Temzkiego. W opisie "C/A" przygotowanym przez wydawcę, czytamy, że płyta zawiera "tematy przefiltrowane przez umysł kobiecy i przede wszystkim dla kobiecych umysłów". Ale Lilu nie zgadza się z tym, że jej druga płyta jest dla obywatelek Wenus.

- Nie jest. To bardzo zły temat, który poprowadzi do dyskusji na temat tego, czy jestem feministką. Nie, nie jestem! Piszę od siebie, a dalej to już można tylko walić banałami. "Piszę pod wpływem własnych emocji" - wow! "Piszę z perspektywy kobiety" – niemożliwe! Jak to robisz! – ironizuje. - Piszę dla obu płci, a wręcz czasem prościej mi skomunikować się z facetem. Najbardziej rzewne utwory, które mogłyby zostać zinterpretowane jako te kierowane do kobiet, a może nawet dziewcząt, prowokują chłopów do tego, by dzwonić i mówić, że trafiłam w sedno. Poza tym silny charakter u kobiety jest tutaj wciąż czymś nowym. Mnie po prostu tak wychowano. Co nie znaczy, że nie lubię, jak facet otwiera mi drzwi, podsuwa krzesło i podaje kurtkę. Bardzo lubię! Mężczyzna musi być mężczyzną, tyle, że taką jak ja, trudno zdominować.

W twórczości łodzianki spotykają się zresztą dwie różne dziewczyny – jedna jest silna i zdecydowana, druga zaś krucha, wrażliwa, czasem potrzebująca wsparcia. Ponoć dlatego, że nawet najbardziej pewny siebie człowiek ma momenty zwątpienia. I że twórczość ma wypływać ze skrajnych emocji – żadnego "piję kawę, zrobiłam sobie śniadanie, idę dzisiaj do pracy la la la". Kto zna Lilu z "LA" mógłby się więc mocno zdziwić jej występem w koncercie "Morowe panny". To inicjatywa mająca przedstawić Powstanie Warszawskie w historiach młodych kobiet. Wokalistka cały koncert przepłakała.

A zwykle nie marnuje łez na próżno. Na stres pomaga jej rodzina Łódź, jej "bezpieczne miejsce", w którym może się zrelaksować, przez cały dzień oglądać filmy, odciąć się od wszystkiego albo ładować baterie w towarzystwie ponoć bardziej otwartego, niż wszędzie indziej środowiska artystycznego. Jako że na zaistnienie w wyuczonym zawodzie – aktorstwie – ma raczej małe szanse, nagrywa wiele różnych rzeczy. EMILYROSE to nie wszystko, bo do skończenia pozostał jej, w dużej części już gotowy, tym razem w całości rapowy album. I tylko gościnnych występów będzie mniej niż kiedyś. - Dawniej nie odmawiałam nikomu, bo miałam z tego ogromną radość. Teraz najpewniej też bym nie odmawiała, ale nie mam czasu. Dopadła mnie dorosłość. To nie są czasy, kiedy siedzi się u rodziców, a pod nosem jest pełna lodówka. Owszem, miałam taki epizod, że siedziałam w domu przez pół roku nie robiąc zupełnie nic. Studia mi nie podeszły, trzeba było poczekać, żeby zmienić kierunek. Nic, tylko siedzieć i nagrywać. Teraz pilnuję rachunków, kota i swojej muzyki.

OCEŃ: 16 -3
Autor: Marcin Flint
Tagi: Lilu, Emilyrose
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.