T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Popularność to skutek uboczny
Pierwsza nagroda Rafała Blechacza w prestiżowym Konkursie Chopinowskim w pewnym sensie sprawiła, że muzyka fortepianowa - zwłaszcza Chopina – znów stała się w naszym kraju popularna. Polacy, dumni z sukcesu rodaka, chętniej sięgali po jego płyty i przysłuchiwali się dokonaniom jego rywali. Sześć lat po słynnym zwycięstwie, przy okazji premiery jego nowej płyty, z Rafałem Blechaczem rozmawiamy o mediach, modzie na klasykę i o tym, czy muzyki współczesnej da się słuchać.
Nie może pan narzekać na brak zainteresowania ze strony mediów. Czy dla muzyka klasycznego, który większość swojego czasu powinien poświęcać na doskonalenie warsztatu, wypełnianie obowiązków promocyjnych jest trudne?
Z pewnością takie wydarzenie, jakie mamy teraz, czyli pojawienie się nowej płyty na rynku muzycznym, wymaga pewnej pomocy mediów. Miałem już kilka wywiadów, teraz w Berlinie czeka mnie dzień promocyjny. Oczywiście, stroną organizacyjną zajmuje się wytwórnia, ale wszelkie propozycje medialne są mi przedstawiane, więc ostateczny kształt promocji należy do mnie.

fot. Felix Broede
Podobno sam Krystian Zimerman udzielał panu rad dotyczących kontaktów z mediami?
Dzielił się ze mną swoimi doświadczeniami. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, że sytuacja, w której on się znalazł po wygraniu Konkursu Chopinowskiego, miała miejsce 30 lat temu. Od tego czasu świat się trochę zmienił, są inne media i inaczej się to odbywa. I potrzeba troszeczkę innego doświadczenia. Wydaje mi się, że przez te sześć lat, które minęły od mojego konkursu, udało mi się to doświadczenie nabyć.
Zainteresowanie mediów jest jednak dobrym objawem. Pana sukces w konkursie sprawił, że muzyką fortepianową zaczęła się interesować większa grupa ludzi.
Tak, to jest bardzo cenne zjawisko, zwłaszcza wśród ludzi młodych. Konkurs Chopinowski być może przyczynił się do tego, bo jest to jedno z największych muzycznych wydarzeń. Fakt, że odbywa się on tylko co pięć lat ma znaczenie, ponieważ jeśli coś odbywa się rzadko, ranga wydarzenia rośnie. Konkurs jest postrzegany jako bardzo prestiżowy, nie tylko w Polsce, ale w ogóle na całym świecie. Ale do tego rodzaju muzyki, poza samym konkursem, może też przyciągać twórczość Fryderyka Chopina. To jest ten magnes, który jednak przyciąga wielu ludzi.
Myśli pan, że w Polsce jest możliwe zjawisko, gdzie - podobnie jak w Stanach Zjednoczonych czy Japonii - muzycy klasyczni zyskują status celebrytów? Przykłady Sophie Mutter czy Joshuy Bella dowodzą, że na Zachodzie to możliwe...
Myślę, że nie jest u nas aż tak źle. Rzeczywiście, troszkę więcej ludzi mogłoby słuchać tej muzyki, ale jest to proces, który pogłębia się i idzie w dobrym kierunku. Dużo zależy też od prezentowanego materiału, od nagrywanych płyt i od ich promocji. Jeśli miałbym rozwinąć wątek popularności, to nie była ona nigdy celem mojej pracy. To taki skutek uboczny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, pracy jaką wkładam w przygotowanie utworów. Jeżeli to jest wynikiem naturalnego procesu, to jest to wtedy bardzo dobre. Ale jeśli staje się to celem pracy muzyka, to można mieć już pewne wątpliwości. Na pewno jeśli artysta jest lubiany, to jego muzyka trafia do większego grona odbiorców, na które ta muzyka zasługuje. W Japonii czy w Niemczech bardzo dużo młodych ludzi uczestniczy w koncertach muzyki klasycznej.
No tak, tylko często jest to bardziej kwestia promocji niż talentu. Jest wielu muzyków, którzy są bardzo zdolni, a nie mają takiego zaplecza promocyjnego, ergo trudno jest im trafić do szerszej publiczności. I na odwrót - ci, którzy potrafią mniej, ale lepiej się promują, mają większe grono odbiorców.
Są różne osobowości i to przede wszystkim zależy od indywidualnych cech. Są artyści, którzy nie są specjalnie zainteresowani promocją własnej osoby, ja też bym się zaliczał do tego grona - postępuję tylko tak, jak czuję, że jest to naturalne i zgodne z moją osobowością. Najważniejsze, by robić to, do czego jest się przekonanym. Jeżeli widzę duże zainteresowanie muzyką Szymanowskiego czy Debussy’ego na koncercie to myślę o nagraniu płyt z tym repertuarem, by to uwiecznić. Zwłaszcza myślę tu o Szymanowskim, którego muzyka jest stosunkowo nieznana w Europie. Jednym z powodów realizacji tej płyty jest chęć przybliżenia zachodniej publiczności muzyki Szymanowskiego.
Czy zestawienie Szymanowskiego i Debussy’ego na jednym krążku było podyktowane chęcią pokazania podobieństwa w fakturze fortepianowej i stylu obu kompozytorów, czy wręcz przeciwnie?
Raczej ostry kontrast między dwoma różnymi światami. Można oczywiście tak dobrać repertuar, by zagrać utwory Szymanowskiego z okresu impresjonistycznego, które rzeczywiście nawiązywałyby stylistycznie do muzyki Debussy’ego. Ale tutaj zadecydowała zasada kontrastów, pokazania różnych planet muzycznych - świata ekspresjonistycznego i impresjonistycznego. Jedynym warunkiem, który spaja te dwa światy jest element wirtuozowski. Chociaż i ten czynnik u tych dwóch kompozytorów znacznie się różni - u Szymanowskiego dominuje faktura oktawowa, akordowa, u Debussy’ego wirtuozerię osiąga się lżejszymi środkami, artykulacyjnymi, palcowymi.

fot. Felix Broede
W interpretacji utworów Debussy’ego skupia się pan bardziej na technice wykonania czy na aspekcie emocjonalnym i wrażeniowym jego malarstwa dźwiękowego?
Szczególnie w utworach Debussy’ego, ale w ogóle w mojej pracy, nie odcinam warstwy technicznej i muzycznej. Myślę o utworze jako całości, staram się bardzo głęboko wejść w jego logikę i przesłanie, żeby go jak najlepiej odtworzyć i przeżyć z nim przygodę. Z cyklem "L’Estamps" przeżyłem, można powiedzieć, dziesięć lat i fascynujące jest też to, jak przez ten czas zmieniło się podejście interpretacyjne. Oczywiście warstwa techniczna jest w utworze czymś absolutnie podstawowym i nie podlegającym dyskusji. To musi być opanowane, ale to musi być też nośnikiem emocji i przesłania. Kiedyś zapytano mnie, czy utwory Szymanowskiego są trudniejsze od utworów Debussy’ego. Trudno powiedzieć. Jeżeli analizowalibyśmy tylko i wyłącznie aspekt techniczny, to może tak, ale jeśli zaczynamy głęboko wchodzić w utwory Debussy’ego to pojawiają się inne trudności. Na przykład w wybalansowaniu akordów, w których właściwie każdy palec powinien mieć swój własny kolor. Ono nie polega na tylko i wyłącznie tym, by akcentować określony składnik, ale wyróżnić go także konkretną barwą. Bardzo często utożsamiamy kolor dźwięku z jego natężeniem. Mnie chodziło o bardzo adekwatne odzwierciedlenie nastroju poprzez barwę. Nie można powiedzieć, że utwory Debussy’ego są łatwiejsze - jest tam po prostu inna trudność.
Każdy utwór, każdy gatunek czy nawet epoka w historii muzyki, wymagają osobnych studiów, a przede wszystkim zrozumienia i poczucia danego utworu. Czy nie jest więc tak, że muzyk nie tyle nie może, co nie powinien, próbować wszystkiego? Że każdy powinien znaleźć taki moment w historii muzyki, który najbardziej odpowiada jego osobowości?
Trudno jest generalizować. Są w świecie muzycznym artyści i wykonawcy, którzy specjalizują się w muzyce klasycznej czy barokowej, a są też pianiści absolutnie wszechstronni, w których wykonaniu każdy gatunek i epoka są wielką muzyką. Jak powiedziałem, na pierwszym miejscu powinna być wrażliwość i przygoda z utworem. Bo jeżeli ja spędzę z nim dużo czasu, to już sporo o nim wiem - jak ta muzyka działa na mnie, jak ona jest przyjmowana. Dlatego tak ważną rzeczą dla mnie jest to, by wykonywać tylko te utwory, które mogę poczuć. Jak do tego dojść? Doświadczenie estradowe, prezentowanie utworu w różnych miejscach, na różnych fortepianach, po pracy z nimi i po przerwach w pracy nad nimi - po tych wszystkich etapach można sobie zadać pytanie: czy to już jest ten czas czy mogę wejść do studia i nagrać te utwory? Wydaje mi się, że taka droga jest logiczna. Zwłaszcza prezentowanie utworów drugiemu człowiekowi, bo przecież o to idzie w tym świecie, by dzielić się z innymi muzycznym pięknem. Reakcje słuchaczy na Szymanowskiego czy Debussy’ego, kontakt czy - nazwijmy to - energia działająca między muzykiem a publicznością, to są bardzo ważne, decydujące elementy.
Czy pan czuje się takim wszechstronnym artystą? Czy czuje pan, że - mówiąc kolokwialnie - nad każdym utworem może siedzieć tak długo, aż coś się z niego wykrzesze? A może istnieje kompozytor czy epoka, której nigdy pan nie poczuje?
Jeszcze nie próbowałem wszystkich epok stylistycznych i utworów. (śmiech) Przede wszystkim, kiedy analizuję cały przebieg mojej edukacji muzycznej, pierwsze koncerty i doświadczenia z publicznością, widzę, że byłem i jestem skoncentrowany na muzyce barokowej i klasycznej. Nurt klasyczny i impresjonistyczny był mi zawsze bardzo bliski, co zresztą pozwoliło mi też rozwinąć interpretacje chopinowskie, bo ten element kolorystyczny, wrażliwości na brzmienie i polifoniczny jest u Chopina bardzo istotny. Chopin też kochał Jana Sebastiana Bacha i podejście polifoniczne jest u niego widoczne. Na pewno duży wpływ miała na mnie też muzyka organowa, moja pierwsza fascynacja muzyczna. To takie cztery-pięć stylów, które staram się prezentować i czuję, że mogę je dobrze wykonać. I tylko wtedy, kiedy jestem w stanie naprawdę dobrze to poczuć. Bo publiczność od razu wyczuwa emocjonalny fałsz. Kiedy artysta nie jest do końca przekonany do tego, co robi, to też jego interpretacje nie będą trafiały do serc i umysłów ludzi. Jeżeli artysta wychodzi na scenę i czuje, że prezentuje swoją historię, to też jest inne wrażenie. Koncentruję się teraz na muzyce Szymanowskiego i na wielu recitalach po Konkursie Chopinowskim prezentowałem jego muzykę. Teraz pracuję też nad sonatą skrzypcową, w przyszłym roku będę miał okazję koncertować kameralnie i cieszę się, że nie tylko utwory fortepianowe będę przybliżał melomanom, ale również inną twórczość Karola Szymanowskiego.

fot. Felix Broede
Muzyka baroku, klasyczna czy romantyczna, w której prym wiodły melodia i harmonia, jest w pewnym sensie łatwiejsza w odbiorze dla niewykształconego słuchacza. Nieprzygotowanego na to, co działo się w dodekafonii czy postmodernizmie. Czy nie jest tak, że artysta sięgający po repertuar pododekafoniczny, atonalny czy punktualistyczny, ma trudniejsze zadanie z dotarciem do publiczności? Chopina powinien polubić każdy, kto ma minimum wrażliwości muzycznej, ale Szostakowicza czy Prokofiewa już niekoniecznie. Czy w tym przypadku też zadziała ta zasada, że jeśli muzyk faktycznie poczuje dany utwór i przedstawi go szczerze, to nawet nieprzygotowana publiczność łatwiej to przyjmie?
Muzyka dodekafoniczna jest muzyką trudną, tu się zgodzę. Tu faktycznie należy przygotować słuchacza, nakreślić jaka to jest technika pod względem kompozycyjnym etc. Wrażliwość jest oczywiście ważna, ale przy odbiorze Chopina również jest wymagana jakaś wiedza, nie tylko wrażliwość. Jestem pod wrażeniem tekstu Romana Ingardena, który pisze, że rola słuchacza, perceptorów w przeżyciu muzycznym, powinna być jednak aktywna. Jest to w dużej mierze zależne od wrażliwości, ale też pewnej wiedzy i nastawienia. Jeśli brakuje dobrej woli od strony perceptorów, chęci przeżycia czegoś pięknego czy czegoś, co może okazać się przeżyciem metafizycznym, to nie będzie dobrego efektu. Muzyka może też w jakiś sposób kształtować moralność, jeśli dysponujemy utworami religijnymi, np. kantatami Bacha, może nastąpić pewna przemiana osobowości słuchacza. Utwór muzyczny ma tę moc, nasuwa skojarzenia, wywołuje emocje, ukierunkowuje na pewne refleksje czy działania. Rola perceptorów w muzyce jest absolutnie ważna. W powołaniu artystycznym jest istotne, by mieć to na uwadze - gra się dla drugiego człowieka, jego serca, umysłu i w pewnym sensie, dla jego życia.
Czy zgodziłby się pan więc z teorią, że muzyka XX wieku jest bardzo elitarna? Że już w tym przypadku, utworów atonalnych, rozkładających system dur-molowy - który jest przecież zrozumiały naturalnie dla każdego człowieka - prymat zaczyna wieść rozum, dominując nad emocjami i wrażeniami?
Sfera racjonalności, intelektualna i emocjonalna to też zawsze pewna zagadka i wyzwanie do pokazania tego w muzyce, naturalnego wybalansowania tych elementów. Jeżeli chodzi o muzykę XX wieku, myślę, że trzeba poczekać. Historia zweryfikuje, jak ta sytuacja będzie dalej przebiegać. Utwory Jana Sebastiana Bacha też były przecież zapomniane, później dzięki m.in. Mendelssohnowi sytuacja się zaczęła zmieniać. Musi minąć czas, który zweryfikuje, czy dana muzyka znajdzie swoje miejsce w historii ludzkości.
Twórczość, która w pewnym sensie jest zaprzeczeniem pierwotnej idei muzyki, najbardziej naturalnej i bezpośredniej ze sztuk, jest dziś normalna? Może powinniśmy przyjąć do wiadomości, że to, co dzieje się w dzisiejszej muzyce - nie tylko profesjonalnej, poważnej - to po prostu odbicie naszej rzeczywistości, równie skomplikowanej i anormalnej?
Różne są podejścia. Zofia Lissa twierdzi na przykład, że zrozumienie dzieła muzycznego nie jest możliwe bez zrozumienia jego kontekstu, momentu, w którym dzieło powstało, przeżyć kompozytora itd. Na pewno to wzbogaca odbiór dzieła i jego interpretacje. Dla mnie wejście w utwór, jego logikę i przesłanie, jest czynnikiem najbardziej istotnym i w pewnym sensie niewymiernym. Utwór inaczej będzie działał na każdego człowieka i każde miejsce niedookreślone w utworze muzycznym wypełni jego osobowość. Nie można jednak pominąć faktu, że rzeczywiście - każde dzieło muzyczne jest w jakimś sensie odbiciem rzeczywistości w jakiej powstało.
