Opinie
A A A
01.02.2012

WYWIAD: Joy Divison wracają do domu

Kiedy Peter Hook odkurzył kultowy debiut Joy Division i ruszył z nim w trasę, wielu fanów łapało się za głowę. Dziś muzyk ma za sobą kilkadziesiąt koncertów i wiele pochlebnych recenzji. Już 11 lutego pojawi się w Warszawie. Jak sam przyznaje, ta wizyta ma dla niego wyjątkowe znaczenie.

Ze swoim nowym zespołem The Light koncertujesz grając utwory Joy Division. Wielu fanów ostro cię za to krytykuje. Dlaczego zdecydowałeś wrócić do tamtych piosenek?
Wszystko zaczęło się po rozpadzie New Order. Spojrzałem wtedy na Joy Division z innej perspektywy. Tak się złożyło, że zostałem zaproszony w 2010 roku, by poprowadzić obchody 30. rocznicy śmierci Iana w jego rodzinnym Macclesfield. Organizatorzy zwrócili się do mnie i Stephena Morrisa o pomoc w organizacji imprezy. Stephen odmówił, a ja zacząłem zastanawiać się dlaczego nie miałbym wziąć w tym udziału? W ciągu wielu lat, które spędziliśmy wspólnie w New Order, nigdy nie świętowaliśmy żadnej rocznicy związanej z Joy Division. Uznałem, że najwyższa pora to zmienić. Zaprosiłem kilku muzyków do współpracy, spotykaliśmy się w moim klubie w Manchesterze i graliśmy muzykę Joy Division. Przeczytałem wtedy inspirujący wywiad z Bobbym Gillespie z Primal Scream, który opowiadał o trasie, w ramach której zamierzał zagrać album "Screamadelica" w całości. Pomyślałem, że mogę zrobić to samo – wykonać na żywo "Unknown Pleasures" od początku do końca. Zagraliśmy  więc płytę na koncercie w klubie Factory. Okazało się, że występ zebrał świetne recenzje, postanowiliśmy więc wyruszyć w trasę, która trwa do dziś. Granie tej płyty sprawia mi wielką przyjemność. Zwłaszcza gdy widzę, jak początkowo negatywnie nastawieni fani wychodzą z koncertów pozytywnie zaskoczeni.

WYWIAD: Joy Divison wracają do domu - T-Mobile Music
fot. materiały promocyjne

Zagraliście z The Light trasę w Stanach Zjednoczonych. Wiemy, że z Joy Division w 1980 roku byliście blisko zagrania serii koncertów w USA. Niestety z wiadomych powodów do tego nie doszło. Czy lecąc teraz do Ameryki miałeś w pamięci tamten czas?
Jak najbardziej. Szczęśliwie wszystko co robię w moim życiu jest związane z muzyką. Do tej pory realizowałem się w wielu grupach – Joy Division, New Order, Revenge, Monaco i Freebass. Niestety, żaden z tych projektów dziś już nie istnieje. Musiałem więc znaleźć nowy sposób na tworzenie muzyki. Teraz gram z The Light i muszę przyznać, że od dawna nie czułem się tak dobrze w zespole. Bardzo mi tego brakowało. W końcu możemy zaprezentować muzykę Joy Division w wielu miejscach, do których grupa nie dotarła, jak chociażby USA. Cieszę się zwłaszcza z grania piosenek z płyty "Closer". Album ukazał się po śmierci Iana, nie zdążyliśmy ograć tych utworów na koncertach. Teraz nadarzyła się ku temu okazja.

Podczas występów w Stanach towarzyszyło wam na scenie kilku gości, w tym Moby, Billy Corgan i Perry Farrell. Jak udało ci się ich zaprosić?
Po prostu się przyjaźnimy. Billy Corgan nagrywał z New Order i towarzyszył nam na trasie, podobnie Moby. Perry Farrell jest wielkim fanem Joy Division, mój syn spotkał go kiedyś i zaproponował mu udział w projekcie. Uwielbiam ich muzykę, oni uwielbiają Joy Division. Udział każdego z nich w koncertach był wielkim ukłonem w stronę zespołu. Świetnie się  z nimi współpracuje. W przeciwieństwie do mnie są zawodowymi wokalistami.

Jeśli o wokalistach mowa, to skąd pomysł, by zaprosić do współpracy Rowettę? Nie obawiałeś się, że kobiecy głos zniszczy utwory Joy Division?
Kiedy postanowiłem ruszyć w trasę z "Unknown Pleasures", nie chciałem śpiewać. Miałem na oku kilku wokalistów, ale żaden z nich nie był wystarczająco dobry, poza Rowettą. Próbowałem przekonać ją, że powinna zaśpiewać z nami. Początkowo odmówiła tłumacząc, że to przecież piosenki przeznaczone dla faceta. Powiedziała do mnie: "Musisz to zrobić samemu Hooky", a ja na to: "Cholera". Przystałem na to. Wtedy okazało się, że potrzebujemy jeszcze dodatkowego basisty, ale na szczęście mój syn grał na basie.

Więc twój syn też ma w planach zawodowo zająć się muzyką?
Tak, ale to trochę moja zasługa. Chodził jeszcze do szkoły, kiedy zaczynaliśmy z The Light i miałem obawy czy nie rzuci całkowicie nauki. Musieliśmy spróbować, bo na basie gra bardzo dobrze. Zanim stał się fanem Joy Division, słuchał sporo Rage Against The Machine i Queens Of The Stone Age. Teraz jest fanem Joy Division i gra prawie tak dobrze jak ja.

Prawie?
Nikt nie gra tak dobrze jak ja. (śmiech) Dlatego New Order nie może istnieć beze mnie.

Wracając do Rowetty, ostatecznie pojawiła się na waszej epce "1102-2011", gdzie zaśpiewała w trzech nagranych na nowo utworach Joy Division. Czy byłeś zadowolony z efektu?
Bardzo. Stephen Morris był negatywnie nastawiony do Rowetty. Wydawało mi się to bardzo niesprawiedliwe. Chciałem zrobić tę epkę i udowodnić mu, że Rowetta wydobyła z tych piosenek zupełnie nową energię. Jej głos brzmi pięknie. Niestety, nie może występować z nami poza Wielką Brytanią. Przyjemność obcowania z jej głosem jest zarezerwowana tylko dla Anglii.

Na wspomnianej epce pojawia się jeden nieznany utwór Joy Division "Pictures In My Mind", który postanowiłeś dokończyć i nagrać. Jak do tego doszło?
"Pictures In My Mind" to piosenka, która wróciła do mnie wraz z taśmą, którą przed laty skradziono mojemu menadżerowi. Nie słyszałem tego utworu przez 33 lata. Kiedy w końcu trafił w moje ręce pomyślałem, że można go łatwo skończyć i nagrać. Ian Curtis miał bardzo wyraźne zasady co do pisania piosenek: powinieneś skończyć każdy utwór, ponieważ zawsze może znaleźć się jedna osoba, która go pokocha. Uwielbiałem w Ianie to podejście. To była główna zasada, jaką kierowaliśmy się w zespole. Nawet jeśli jakiś numer kompletnie nam się nie podobał, robiliśmy wszystko, by go skończyć. "Pictures In My Mind" udało nam się dokończyć w jakieś 10 minut.

Dzięki dyscyplinie o której mówisz, mimo zaledwie kilku lat działalności, Joy Division zostawiło po sobie całą masę piosenek.
Dokładnie. Kiedy jesteś młody i zaczynać grać w zespole, pisanie utworów traktujesz jak przygodę. I ponieważ nie musisz porównywać swoich numerów z tym, co nagrałeś wcześniej, idzie ci to bardzo szybko. W New Order, kiedy mieliśmy za sobą 200-300 piosenek, pisanie kolejnych przychodziło nam z trudem. Kiedy byliśmy młodzi tworzyliśmy jeden kawałek na tydzień, dziś jesteśmy w stanie spędzić nad jednym utworem sześć lat. Nagrywanie "Waiting For The Sirens Call" zajęło nam trzy lata.

Czy masz w zanadrzu więcej niewydanych piosenek z okresu działalności Warsaw lub Joy Division?
Tak, niedawno ukończyłem przesłuchiwanie taśm, które powstały podczas sesji nagraniowej "Closer". Znalazłem bardzo dużo nowej muzyki, której nikt dotąd jeszcze nie słyszał. Fani Joy Division będą zaskoczeni, to naprawdę dziwaczny materiał. Mam też w zanadrzu taśmy z wersjami demo utworów z "Closer". Przede mną trudne zadanie, muszę się zastanowić, jak to wszystko opublikować. To nie takie proste. Mam nadzieję, że kiedyś się to uda.

WYWIAD: Joy Divison wracają do domu - T-Mobile Music
fot. Medium

Wielu uważa twoją grę na basie za bardzo nowatorską. Zgodzisz się z tym?
Wszystko, co robię w życiu, staram się wykonywać najlepiej jak potrafię. Dzięki temu udało mi się stworzyć charakterystyczne brzmienie gitary, które wpłynęło na brzmienie całego zespołu. Rzadko zdarza się, by basista był innowacyjny. Mi się to udało.

W jaki sposób do tego doszedłeś?

Bardzo naturalnie. W sali prób miałem bardzo słaby wzmacniacz, więc musiałem grać na wysokich dźwiękach, tak żeby inni mogli mnie usłyszeć. Kiedy Ian zobaczył jak gram, bardzo mu się to spodobało. Za każdym razem, gdy pisaliśmy piosenkę mówił: "Hooky, graj wysoko" - i tak już zostało. Bez tego nie byłoby takich kawałków, jak "Twenty Four Hours", "Insight", "She Lost Control" czy "Digital". Traktuję to jako dar od Boga.

Masz jakąś ulubioną linię basu z Joy Division?
Wydaje mi się, że "She Lost Control". Jest ich tak wiele. Z New Order wybrałbym "Age Of Consent".

A co z "Love Will Tear Us Apart"? Skąd wziął się ten riff?
Riff powstał w ciągu kilku godzin. Nie należy do moich ulubionych, jest zbyt popowy. To po prostu dobry kawałek ze znakomitym tekstem. Ian nadał mu ponadczasowego charakteru, brzmi aktualnie nawet po 30 latach. Ian miał dar, jeśli chodzi o pisanie tekstów. Jak widać każdy z nas miał jakiś talent.

Czy gdyby kariery Joy Division nie przerwała śmierć Iana, to na kolejnej płycie zabrzmielibyście jak New Order?
Z całą pewnością tak. Bernard i Stephen byli bardzo mocno zainteresowani nowoczesnymi technologiami, muzyką elektroniczną. Bez względu na wszystko Joy Division poszłoby tą samą drogą co New Order. Ian na pewno zaśpiewałby w "Blue Monday".

Wyczytałem gdzieś, że planujesz napisać książkę o Joy Division. To nadal aktualne?

Właśnie oderwałeś mnie od pracy nad nią. Mam ją przed sobą na komputerze. Aktualnie opisuję okres związany z "Unknown Pleasures". To będzie historia pokazana od samego początku, od czasu kiedy w wieku 11 lat poznałem Bernarda Sumnera. Cieszę się, że ktoś zainteresował się wydaniem moich wspomnień. Moja poprzednia książka o klubie Hacienda ["The Hacienda: How Not to Run a Club" – przyp. autora] przyniosła mi wielką ulgę. Mam nadzieję, że tym razem będzie podobnie.

To będzie najlepszy dokument o Joy Division?

Piękno jest w oku patrzącego. (śmiech) Wiele osób pewnie tak ją potraktuje, ale wiele pomyśli, że to gówno. Tacy są ludzie. Przekonamy się o tym wkrótce. Książka powinna ukazać się we wrześniu.

Jak odebrałeś film "Control"?
Byliśmy zaangażowani w produkcję "Control" na długo zanim Anton Corbijn został reżyserem filmu. Kiedy w końcu zaangażował się w projekt, byłem bardzo szczęśliwy. Znaliśmy się bardzo dobrze, jest perfekcjonistą i mieliśmy pewność, że zrobi porządny film. Tak też się stało.

Poza muzykowaniem jesteś znany także jako producent i didżej. Która z tych aktywności przynosi ci najwięcej radości?
Produkcja to bardzo ciężka praca. Przestałem udzielać się jako producent, bo wiąże się to z ogromną odpowiedzialnością. Musisz czuwać na procesem powstawania płyty od początku do końca. A to bardzo skomplikowane. Bycie didżejem jest dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. Odkąd gramy trasy z The Light zajmuję się tym rzadziej, ale na pewno kiedyś wrócę do bycia didżejem. To druga najlepsza robota na świecie.

Wkrótce wystąpisz w Warszawie, mieście które posłużyło za pierwszą nazwę Joy Division. To dla ciebie ważne wydarzenie?
Jestem bardzo podekscytowany. Nazywaliśmy się Warsaw i mieliśmy piosenkę pod tym samym tytułem. Wygląda na to, że Joy Division wraca do swojego duchowego domu. Nie mogę się tego doczekać. Polacy to bardzo ciepli i przyjacielscy ludzie. Jesteście wdzięczną publicznością. W zasadzie każda publiczność, która nie rzuca w ciebie niczym podczas koncertu jest dobra.

OCEŃ: 10 0
Autor: Marcin Bieniek
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.