Opinie
A A A
23.01.2012

WYWIAD: Doświadczenia nie z tej ziemi

Bilety na finałowy koncert ostatniej brytyjskiej trasy Death In Vegas wyprzedano z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. 15 grudnia 2011 znajdującą się w londyńskiej dzielnicy Camden salę Electric Ballroom wypełniła spragniona wrażeń publiczność. Kilka godzin wcześniej Richard Fearless podjął na tyłach klubu wysłannika T-Mobile Music. A już w sierpniu, Death In Vegas zobaczymy w Katowicach na OFF Festivalu.

Pierwszy album Death In Vegas ukazywał się jeszcze pod koniec lat 90. Już wtedy przykuwałeś uwagę błyskotliwym połączeniem elektroniki i alternatywnego rocka. Jak w kontekście tego, co robisz, te dwa muzyczne bieguny zmieniły się na przestrzeni ostatnich lat?
Jeśli mam być szczery, nie widzę wielkiej różnicy w samej istocie takiego mariażu. Pamiętasz projekt Suicide? Co byś powiedział o ich muzyce – to elektronika czy gitarowy rock? Death In Vegas nigdy nie opowiadał się po żadnej ze stron. Kocham The Stooges dokładnie tak mocno, jak twórczość Derricka May’a. Niezmiennie wyznacznikiem pozostaje dana piosenka. Jeśli wymaga elementu syntetycznego – nadaję jej bardziej elektronicznego sznytu. Tak to działa. Jeżeli pytasz o czysto muzyczną jakość tego, co ma dziś do zaoferowania rynek, odpowiem, że powstaje mnóstwo frapujących nagrań.

WYWIAD: Doświadczenia nie z tej ziemi - T-Mobile Music
fot. Spun Out Agency

Spróbujmy jednak spojrzeć na sytuację, w jakiej obecnie są oba gatunki. Twoja muzyka wydaje się bardziej kompatybilna z psychodeliczną gitarową alternatywą w stylu Spiritualized, która święciła triumfy kilkanaście lat temu, niż dzisiejszym tzw. indie rockiem. Ten nie dostarcza zbyt wielu powodów, by cenić go bardziej niż ofertę zwykłych boysbandów. Gdzie się podziały arcydzieła?
Jasne, że na tym polu zaszła zmiana. I winiłbym przede wszystkim duże media. Cały ten syf, który pokazuje telewizja. Kulturę supermarketów, w których kupić możesz jedynie pierwszą dwudziestkę najlepiej sprzedających się albumów. Powstaje trudna do przeskoczenia presja. Dlaczego kiedyś powstawało więcej świetnych longplayów? Bo twórcy szanowali format długogrający. W którymś momencie powiedziano im, że zarabia się przede wszystkim na singlach. Ale ludzie przecież nie przestali słuchać muzyki. W tym biznesie potrzebne są głębokie zmiany, bo tworzenie przestaje na siebie zarabiać. Traktuję te kwestie z ogromną atencją, bo sam odczułem wpływ obecnego klimatu. Do każdego utworu podchodzę jak do elementu całego albumu, części wielkiego obrazu.  Jestem artystą i interesuje mnie proces twórczy, a nie kombinowanie przy rachunkach.

Muzyka taneczna czy, generalnie, elektronika chyba także przestała polegać na dużych płytach? W latach 90. na Wyspach ukazywały się wspaniałe longplaye Orbital, Underworld czy The KLF. Niczym kiedyś płyty Kraftwerk – przenosiły do innego świata, opowiadały większą historię. Czy kultura klubowa zmierza do całkowitego podporządkowania ordynarnym dyskotekowym bitom?
To, mimo wszystko, zbyt pojemna szufladka. Jakieś 90 procent elektronicznej muzyki to, moim zdaniem, dno. Niemniej, na przykład na scenie house działa grupa producentów, których uwielbiam. Są też twórcy czegoś, co nazwałbym dźwiękowymi rzeźbami. Tworzą porywające tekstury, zupełnie genialne. Znajdziesz ich na scenie techno – kolektywy takie jak Basic Channel czy Maurizio. Produkują tak interesujące nagrania, że śmiało możesz nazwać ich artystami. Z drugiej strony: wystarczy, że pojedziesz na Ibizę – jeśli tam będziesz szukał elektroniki, szybko powiesz: "Nie, dzięki".

WYWIAD: Doświadczenia nie z tej ziemi - T-Mobile Music
fot. Smile Entertainment

Liam Gallagher, Iggy Pop, Paul Weller, Bobby Gillespie... Nie starczy palców obu rąk, by zliczyć tych, którzy z Death In Vegas nagrywali. Którą z tych kolaboracji wspominasz najlepiej?
Zdecydowanie Dr. Subramaniama. Indyjskiego skrzypka, który ma w swoim kraju opinię jednego z największych żyjących muzyków. Przygotował całość aranżacji smyczkowych w zamykającym album "Scorpio Rising", dziesięciominutowym "Help Yourself". Nie da się go porównać do pozostałych gwiazd. Praca z nim okazała się doświadczeniem nie z tej ziemi. Prawdziwym duchowym przeżyciem. Przewodził grupie 65 skrzypków! Wykonywali jego polecenia z niezwykłym szacunkiem. Całą wyprawę do Indii wspominam absolutnie magicznie.

A z wokalistów?

...a zaraz po nim Iggy Pop. Jeden z moich bohaterów.

Na ubiegłorocznym albumie "Trans-Love Energies" nie ma żadnego dużego nazwiska. Co stało się z tradycją zapraszania do nagrań słynnych gości?
Problem polega na tym, że trudno potem zebrać tych wszystkich zawodników na trasę koncertową. Choć jeszcze większe znaczenie ma fakt, że znany wokalista skupia na sobie całą atencję prasy i twoja muzyka schodzi na dalszy plan. "Scorpio Rising" pisałem przez dwa lata, na płycie pojawiło się wielu znakomitych instrumentalistów. A potem numer z Liamem, jak gdyby nigdy nic, skupił na sobie całą uwagę.

Właśnie. Twój projekt otarł się wtedy czołówki singlowych list przebojów. Tytułowa piosenka zaśpiewana przez Liama Gallaghera okazała się w 2002 roku małym europejskim przebojem. Co zrobiłeś z zarobionymi w ten sposób pieniędzmi?
Kupiłem trochę sprzętu i mogłem na spokojnie szykować kolejną płytę. Tym się zajmuję, to moje życie

Nie mogę nie zapytać o absencję Tima Holmesa. Pierwszy raz od czasów debiutu nie pracował z tobą nad płytą Death In Vegas. Co się stało?
Rozminęliśmy się. Ja pojechałem do Nowego Jorku, Tim został w Londynie.

Przestaliście się dogadywać?
Nie doszło do żadnego sporu, jeśli to masz na myśli. Death In Vegas zawsze był moim zespołem. Kropka. Tim dołączył co prawda już po pierwszej płycie, ale byłby pierwszą osobą, która powyższe słowa potwierdzi. Gdy pojechałem do Ameryki, zacząłem pracować z różnymi ludźmi. Przedyskutowałem to z nim, bo jesteśmy przyjaciółmi. Miał nawet miksować nowy materiał, ale posłuchał nagrań i stwierdził, że nie musi nic dodawać. Był ze mnie dumny.

WYWIAD: Doświadczenia nie z tej ziemi - T-Mobile Music
fot. Smile Entertainment

Na koniec przenieśmy się myślami do dzisiejszego występu. Za chwilę wyjdziesz wraz z zespołem przed ponadtysięczny tłum. W jakim stopniu będziecie polegać na komputerach?
Koncepcja koncertów ulega w naszym przypadku zmianom. Wcześniej często korzystaliśmy z taśm, bo inaczej musielibyśmy zrobić coś nierealnego, niczym The Beatles grający na żywo "Sierżanta Pieprza". Tym razem stawiamy na kombinację. Miksuję wszystkie ścieżki na żywo, ale mam obok siebie kilkuosobowy skład, który na tle tych próbek gra regularny koncert. Mam z występów z tym zespołem solidną dawkę frajdy.

W takim razie nie mogę się doczekać. Dziękuję za rozmowę.
Świetnie! Chętnie poświęciłbym wam jeszcze więcej czasu, ale mam dziś mnóstwo obowiązków.

OCEŃ: 5 0
Autor: Marcin R. Nowicki
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.