T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Fotel i kapcie
Kolejny album Willa Oldhama to cygaro, szklaneczka burbonu, kominek i… nudny wieczór.
Nie, żeby takie nastroje w przypadku Bonniego Prince’a Billy’ego były jakimkolwiek zaskoczeniem. Oldham od ścigania się po listach przebojów z Lady Gagą od zawsze wolał swoją wyelegantowaną wersję śpiewania ogniskowego. Latka lecą, włosy wyłażą, brzucho rośnie. W takich warunkach nie rewolucje się tworzą, ale podagra. Płyta "Wolfroy Goes to Town" jest więc zachowawcza, a punktem odniesienia jest dla niej "I See Darkness". I podobnie jak wtedy, tak i teraz muzyce towarzyszą teksty o everymanach, którzy zmagają się z problemami i dylematami życia codziennego. Billy wzorem Faulknera dowodzi, że postaci niczym z antycznego dramatu, nie muszą zaludniać ruin Akropolu, ale łatwo można je znaleźć na najciemniejszym zadupiu Kentucky.

Nie da się ukryć, że Oldhamowi blisko do wiochy, a z jego butów dumnie sterczy słoma. Jest to jednak słoma dokładnie przystrzyżona, co widać i na planie tekstowym, i muzycznym. Minimalizm i konsekwencja stylizacji, jak zwykle u niego, przydają tyko płycie szlachetności, czyniąc z niej ekwiwalent tonącego w sepiach rodzinnego zdjęcia. Bo pomimo całego mroku, ciepło rodzinnego domu daje się tu wyczuć. Szczególnie w momentach, kiedy Bonniego wokalnie wspiera Angel Olsen. Swoją drogą, wokale są jednym z mocniejszych atutów płyty. Delikatne jak welur, doskonale sprawdzają się w oszczędnych, opartych jak zwykle na akustycznej gitarze songach. To one niosą praktycznie cały ładunek emocjonalny, choć uczuć to gama jednak dosyć skromna.
I tu wykwita największy zarzut, jaki można postawić "Wolfroyowi…" - ale i praktycznie całej dyskografii Oldhama. Otóż nawet największe wolty muzyczne, jak choćby "Metal Machine Music" Lou Reeda, zawsze pozostawały w pewnej relacji do poprzednich dokonań nagrywających je artystów. Logiczne to i naturalne. Jednak w przypadku nowego Bonniego relacja ta jest na tyle bliska, że człowiek zastanawia się, czy nie puścił przez pomyłkę jakiegoś starszego albumu, albo czy artysta nie chwieje się na wąskiej krawędzi autoplagiatu. Fanom, którzy na swój sposób genialnej, autystycznej wrażliwości Oldhama dali się porwać raz i na zawsze, "Wolfroy Goes to Town" sprawi przyjemność, niczym grubemu dziecku baton – co do tego wątpliwości nie ma. Znów będą zachwyceni anielskimi harmoniami, klimatem snującym się jak dym z paleniska. Będzie to dla nich jak powrót do domu z zimowego mrozu. Ci natomiast, którzy za Bonniem jakoś szczególnie nie przepadają, mogą nową płytę odpuścić – tę śpiewkę słyszeli już nieraz.
Bonnie Prince Billy "Wolfroy Goes to Town", Drag City
