Opinie
A A A
14.01.2012

PODSUMOWANIE 2011: Partytury

Muzyka naprawdę współczesna. Żadnego muzealnictwa.

PODSUMOWANIE 2011: Partytury - T-Mobile Music
David Lang   fot. materiały promocyjne

David Lang "This Was Written by Hand" (Cantaloupe)
"Żeby sprawdzić, jak na muzykę wpłynie oderwanie się od klawiatury i myszki" - mówił nam niedawno David Lang, zapytany o powód powrotu do odręcznego komponowania w erze edytorów nut. "Z ołówkiem w dłoni decyzje estetyczne podejmowałem nieraz na podstawie tego, jak łatwo będzie dany pomysł zanotować. Nietrudno o elaboraty muzyczne i gęste faktury, kiedy dysponuje się funkcją kopiuj-wklej. Tym razem wychodziłem od złożonych koncepcji, a następnie przycinałem je do minimum. Byłem zbyt leniwy, by z gumką w ręku nanosić, wycierać i poprawiać nuty" - mówił Lang.
Czarny koń ostatniego Sacrum Profanum, zdobywca muzycznego Pulitzera za nieziemską "Pasję dziewczynki z zapałkami" i jeden z najczęściej wykonywanych żyjących Amerykanów, po raz pierwszy wydał materiał jednolicie fortepianowy. Swoje odręczne partytury oddał młodemu brytyjskiemu pianiście Andrew Zolinsky'emu. Na trzy czwarte albumu składa się cykl krótkich utworów, napisanych ku pamięci zmarłych przyjaciół, m.in. kompozytorów Johna Cage i Jacoba Druckmana oraz pianisty Yvara Mikhashoffa. Sercem albumu jest jednak dziesięciominutowy utwór tytułowy "This Was Written by Hand". Z charakterystycznym dla Langa falującym, stopniowo pogłębianym i modulowanym tematem wciąga słuchacza w rozpadającą się z taktu na takt strukturę kompozycji. A co do śladu ołówka, to wydaje się nim stosunek liczby dźwięków do wygenerowanego piękna, który mógłby służyć za wzorzec muzycznej wydajności.

Paweł Mykietyn "Pasja wg św. Marka" (NInA)
Premiera "Pasji" była symbolicznym początkiem XXI wieku w polskich filharmoniach. Dokładnie trzy lata po debiucie na festiwalu Wratislavia Cantans ten półtoragodzinny gigant, obojętny na podziały gatunkowe (klasyka, awangarda, rock, noise, poezja czytana) i zwyczajowe (sztuka wysoka spotyka niską) ukazuje się na plastiku w oprawie godnej swojej zawartości. Trudna to płyta, nienadająca się zupełnie do słuchania mimochodem, bo jęki saksofonowe i ludzkie spotykają się tu z cykadami, hebrajskojęzycznym chórem, recytującym Stuhrem (Maciejem) i mikrotonami (które Mykietyn programował sobie na anachronicznym keyboardzie Casio).
Nic więc dziwnego, że dzieło wydało się zrazu kulminacją Mykietynowego eklektyzmu. Okazało się jednak zaledwie jego początkiem. "Począwszy od «Pasji» fascynują mnie większe, rozbudowane formy" - mówił mi kilka miesięcy temu, gdy pokazywał inspirowaną elektroniką, trip-hopem i rockiem "III Symfonię". I tuż przed tym, jak na krakowskim Sacrum Profanum kazał biczować fortepiany przy jednym z wierszy Miłosza. Z kolei na nadchodzącą, dziesiątą edycję festiwalu szykuje operę na sześciu raperów. Ale jaką inną drogę mógł wymyślić sobie kompozytor, którego najwcześniejszymi muzycznymi fascynacjami były koncerty fortepianowe Beethovena i muzyka Beatlesów, a pierwsze kroki wykonawcze stawiał na zmianę w punkrockowym garażu i na partyturze Kurpińskiego?

Donnacha Dennehy "Grá Agus Bás" (Nonesuch)

40-letni irlandzki kompozytor Donnacha Dennehy, tak jak Mykietyn, jest obieżyświatem i to nie tylko muzycznym. Studiował w Dublinie, Illinois oraz na paryskim IRCAM (założonym przez Bouleza), a w swoich artystycznych poszukiwaniach zahaczał już o tradycyjną muzykę celtycką, elektronikę, minimalizm, awangardę i operę. Na płycie inaugurującej jego współpracę z wytwórnią Nonesuch Irlandczyk umieścił dramatyczny 25-minutowy monolit "Grá agus Bás" ("Miłość i śmierć") oraz sześcioczęściowe "That the Night Come". W tym pierwszym zderza tradycję ojczyzny z filharmoniczną współczesnością. Centralną partię wokalną oparł na dawnym irlandzkim śpiewie sean-nós i powierzył ją wyspecjalizowanej w tej dziedzinie Iarli Ó Lionáird. Otoczył ją jednak mechanicznymi repetycjami Crash Ensemble pod batutą Alana Piersona. Przez cały utwór pozostają całkowicie obojętne na melizmaty Ó Lionáird, a jednocześnie pozwalają jej swobodnie błądzić w określonych harmonią ramach.
Wielobarwny cykl pieśni "That the Night Come" bazuje z kolei na poezji W.B. Yearsa. Śpiewa amerykańska sopranistka Dawn Upshaw, a warstwę instrumentalną Donnehy skonstruował według dominujących zasad post-minimalizmu. Mniej ekscentryczna i zarazem bardziej przystępna kompozycja już tak nie fascynuje, za to skutecznie koi nerwy po burzliwym "Grá agus Bás". Choć ostatecznie i ona pozostawia nas ze wspomnieniem dramatycznego finału.

Nico Muhly - Seeing Is Believing (Decca)
Nico Muhly to ambasador coraz gęściej zaludnionej ziemi niczyjej, pomiędzy muzyką popularną a partyturową (nie mylić z crossoverem, ani domową neoklasyką). Prócz tego, że świadczy usługi aranżacyjne na rzecz Björk, Grizzly Bear, Antony and the Johnsons, Jónsiego czy Sama Amidona, od dziesięciu lat prowadzi także poważną karierę kompozytorską - a ledwie dobił trzydziestki. Album "Seeing Is Believing" składa się z 25-minutowego tytułowego koncertu skrzypcowego, w którym zelektryfikowanym smyczkom towarzyszą dęte, a także garści krótszych utworów (wśród nich dwa są jednoznacznie barokowe) oraz 17-minutowej kody "Step Team". Wszystko to w wykonaniu młodej Aurora Orchestra z równie młodym solistą Thomasem Gouldem.
Dwa elementy są u Muhly'ego niemal wszechobecne: wędrujące akcenty rytmiczne w ramach minimalistycznej struktury, które przypominają tyleż Glassa i Reicha, co Strawińskiego oraz rozkoszne melodie. Mnogość nawiązań do mistrzów i przystępność sprawiają, że "Seeing Is Believing" pozostawia po sobie wrażenie dzieła bardziej przyjemnego niż odkrywczego. Stąd też że nie dziwią ani krzywe spojrzenia części krytyków, ani sympatia publiczności niepoważnej, której personalne konotacje Muhly'ego i pogoda jego muzyki pozwalają pokonać filharmoniczną fobię. Choćby dla przepięknego tematu skrzypiec, który otwiera płytę, posłuchać warto.

NOW Ensemble "Awake" (New Amsterdam)
Absolwenci Yale School of Music i założyciele znakomitej nowojorskiej wytwórni New Amsterdam już swoją nazwą oraz tytułem debiutanckiego albumu z 2008 roku ("NOW") sygnalizowali, że mimo klasycznego wykształcenia wykonywanie muzyki starszej od nich zupełnie ich nie bawi. Stanęło na  tym, że członkowie ośmioosobowego NOW Ensemble utwory komponują sobie sami. Umiejscawiają się wówczas zupełnie niedaleko Nico Muhly'ego - czyli w cieniu amerykańskich minimalistów – ale na "Awake" korzystają także z dorobku Seana Friara (rocznik 1985) oraz Mizzy Mazzoli, kumpeli z czasów Yale. Przy generalnie stałym instrumentarium (kameralny standard oraz gitara elektryczna, plus gamelan w tytułowym "Awake") różnorodność źródeł poszerza skalę barw i nastrojów generowanych przez ośmioosobowy kolektyw. Znakomita okazja, by sprawdzić, co i jak gra się TERAZ. No i kręcą teledyski.

Toshio Hosokawa "Landscapes" (ECM New Series)

Instrumentowi o nazwie shō, rodzajowi ustnych organów sprowadzonych do Japonii z Chin jeszcze w głębokim średniowieczu, zawdzięcza swoją specyfikę muzyka 56-letniego Hosokawy. Kompozytor z Hiroszimy wykorzystuje shō do generowania ospale wędrujących drone'ów, dzięki czemu jego twórczość ma tyleż z partyturowego sonoryzmu, co z zachwaszczonego dysonansami, a bywa że i mikrotonami, ambientu. Wydane przez ECM "Krajobrazy" zbierają cztery kompozycje Hosokawy, w tym dwie całkiem nowe, bo ukończone w 2008 roku. I ta właśnie para wydaje się najciekawsza: podczas gdy dwudziestominutowe "Cloud and Light" konfrontuje shō z kompletem muzyków Münchener Kammerorchester, krótka "Sakura für Otto Tomek" pozostawia wirtuozkę instrumentu Mayumi Miyatę w zupełnej samotności. Co do jakości nagrania: dość powiedzieć, że osobiście czuwał nad nią Manfred Eicher.

Kronos Quartet / Kimmo Pohjonen / Samuli Kosminen "Uniko" (Ondine)
Co łączy islandzką grupę múm, konkurs Eurowizji, gwiazdy oraz manipulacje akordeonowymi samplami? Samuli Kosminen. Fiński muzyk bębnił z tymi pierwszymi. Ścigał się w tej drugiej o względy publiczności w 1998 roku jako członek fińskiej grupy Edea. Gwiazdy dlatego, że Kosminen po fińsku znaczy – jakże trafnie – "kosmiczny". A jeśli chodzi o sample, to materiału źródłowego dostarczył mu rodak Kimmo Pohjonen, który do swojego akordeonu podchodzi równie niekonwencjonalnie, co Samuli do wszystkiego innego. Dodajmy do tej egzotycznej dwójki najbardziej kosmiczny kwartet smyczkowy na Ziemi i już wiemy, że mamy do czynienia z rzeczą – znów trafnie dobrany tytuł – unikatową. Bardzo świeża i piękna płyta, którą powinni sprawdzić fani ścieżek dźwiękowych Clinta Mansella, szczególnie tej do filmu "Źródło" Darrena Aronofsky'ego.

PODSUMOWANIE 2011: Partytury - T-Mobile Music
Philip Glass  fot. Medium

Philip Glass "The Concerto Project Vol. IV" (Orange Mountain)
W 2000 roku Philip Glass zainaugurował cykl wydawnictw, który miały objąć osiem jego koncertów wydawanych po dwa na raz. Najnowsza odsłona serii jest już czwartą i prawdopodobnie ostatnią – przynajmniej tak zamierzył sobie wstępnie kompozytor. Utworem zupełnie nowym jest tutaj półgodzinne "Double Concerto for Violin, Cello and Orchestra", bo powstało niespełna dwa lata temu. Znakomite studium kontrapunktu skrzypcowo-wiolonczelowego z kilkoma nośnymi tematami i – nawet w częściach wolnych – niespodziewanie optymistycznym nastrojem okazuje się większym walorem płyty, niż wypełniające drugą połowę albumu "Tirol Concerto for Piano and Orchestra". Ten z kolei kompozytor pisał na przełomie wieków, chyba nieprzypadkowo nawiązując do dominujących wówczas trendów w muzyce filmowej (linii fortepianu trudno na przykład nie skojarzyć z Yannem Tiersenem). Niezobowiązujący charakter koncertu wynika być może z tego, że fundatorem kompozycji była... Tyrolska Rada Turystyczna.

PODSUMOWANIE 2011: Partytury - T-Mobile Music
Meredith Monk    fot. Froman

Meredith Monk "Songs of Ascension" (ECM New Series)
Hardcore'owe eksperymenty wokalne przetykane smyczkowymi "klasterami" sugerują album tylko dla najwytrwalszych. Błąd. Dzięki kojącym "wariacjom sezonowym" i miniaturom tak przystępnymi jak "Shift", wariactwa Monk oraz jej zespołu przyswajają się szybko i bezboleśnie. 67-minutowa, 21-częściowa kolekcja rozmaitych brzmień i nastrojów jest potężną bazą potencjalnych pomysłów, zarówno dla tych śpiewających piosenki (niejeden moment skojarzy się wam z "Aerial" Kate Bush"), jak i tych piszących arie. A dla zwykłego słuchacza? Godna przeżycia przygoda, która grozi zmianą rozumienia frazy "pięknie śpiewać".

Steve Reich "WTC 9/11" (Nonesuch)
Umiarkowanie udaną kompozycję Reicha wypada mimo wszystko poznać ze względu na kontekst. Chodzi oczywiście o rocznicę zamachów na World Trade Center, aczkolwiek tytułowy skrót "WTC" Reich rozwija także w wypowiedziane pod koniec utworu retoryczne pytanie o przyszłość - "World to Come". Strukturę podobną do słynnego "Different Trains" z 1988 roku (na kwartet smyczkowy i taśmę) Reich wypełnił tym razem samplami z momentu tragedii oraz wspomnieniami jej świadków: kontrolerów lotów, nowojorskich strażaków, ale także kompozytora i swojego przyjaciela Davida Langa. Wypowiedzi są bazą dla tematów imitowanych przez muzyków Kronos Quartet. Co ciekawe, to oni zamówili zarówno utwór ten, jak i wspomniane "Different Trains".
"WTC 9/11" trwa tylko kilkanaście minut. Resztę albumu Reich wypełnił trzyczęściowym "Mallet Quartet" z 2009 roku na dwa wibrafony i dwie marimby w wykonaniu So Percussion oraz "Dance Patterns" z 2002 roku na parę wibrafonów, ksylofonów i tyleż fortepianów. I tutaj już Reich jest Reichem najbardziej klasycznym.

OCEŃ: 17 -1
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.