Opinie
A A A
12.01.2012

PODSUMOWANIE 2011: Japonia

Oto 11 najlepszych płyt z arcytrudnego japońskiego roku.

Potrójny cios, jaki przyjęła w minionym roku Japonia – trzęsienie ziemi, tsunami, Fukushima – na kilka miesięcy zdestabilizował także rynek muzyczny. Wstrzymywane były premiery płytowe, a imprezy muzyczne odwoływano lub zmieniano w zbiórki funduszy na rzecz ofiar tragedii. Z koncertowania w Japonii zrezygnowała większość gwiazd zagranicznych, w tym tacy zuchwalcy jak Ke$ha, Avril Lavigne czy Anthrax (odwagą dla odmiany wykazały się Lady Gaga, Kylie Minogue i uwielbiana przez Japończyków Cyndi Lauper). Bardzo cenione warsztaty Red Bull Academy wyemigrowały do Madrytu, chociaż od marcowej tragedii dzieliło je pół roku. Jedna z tokijskich telewizji naliczyła ponad 1100 koncertów, które z powodu tragedii anulowano lub przeniesiono na późniejszy termin – a dziennikarze uwzględnili wyłącznie te, w których swój udział zapowiadały gwiazdy spoza Japonii. Na szczęście bez przeszkód odbył się listopadowy Festiwal Nowej Muzyki Polskiej w Tokio, na którym naszą improwizację reprezentowali Mikrokolektyw, Slug Duo, LXMP, Jacek Kochan i duet Sza/Za.

Najcięższy japoński rok od zakończenia II wojny światowej w powszechnej świadomości zdominowała 92-osobowa zgraja nastoletnich dziewcząt o inspirowanej motoryzacją nazwie AKB48. Ich piosenki – a bardziej teledyski i raczej nie ich, lecz rządzącego stadkiem 55-letniego kompozytora, producenta i biznesmena Yasushiego Akimoto – zajęły wszystkie pięć miejsc w pierwszej piątce Oriconu.


AKB48   fot. Georges Seguin

Osiągnięcie to tym większe, że przyszło im zmagać się także z konkurencją zagraniczną. Rok temu rychłą dominację w Japonii wieszczono koreańskiemu girlsbandowi Girls Generation - po tym, jak opanował fasadę kolebki młodzieżowych subkultur - domu handlowego Shibuya 109. Koreanki były lepiej wytrenowane (kilka lat kontra kilka miesięcy ćwiczeń w tańcu i śpiewie), bardziej zaokrąglone (bo bliższe pełnoletności), nowocześniej kręcone i takoż aranżowane. A ponadto błyskawicznie opanowały język importera. W pierwszej kolejności miały odbić żeńską część publiczności AKB48 zmęczoną już sprowadzaniem ich do roli lolitek rodem z fantazji otaku. Że tak się nie stało, nie sposób wyjaśnić wyłącznie tym, że fani AKB48 potrafili zaopatrzyć się nawet w kilka tysięcy egzemplarzy pojedynczego singla. W tym niezwykłym obyczaju nie chodzi tylko o namacalny dowód miłości wobec idolki. Każda zakupiona płyta oznacza po prostu dodatkowy głos w typowaniu kandydatek do następnego teledysku AKB48. Chcesz mieć pewność, że znów ją zobaczysz? Płać.

Popularność AKB48 podsycały takie pomysły marketingowe jak stworzenie specjalnej aplikacji, która każdemu wielbicielowi formacji pozwala sprawdzić, jak wyglądałoby jego dziecko spłodzone z ukochaną członkinią. Te zresztą zaczęły się ostatnio syntetyzować. Mimo niepodważalnej hegemoni AKB48, o wyhamowaniu koreańskiej inwazji na Japonię nie może być jednak mowy. Girls Generation oraz ich rodaczki z kwintetu Kara zmieściły się w pierwszej dziesiątce Oriconu. Ich śladem podążają już After School (osiem dziewcząt), T-ara (obecnie siedem), Rainbow (podobnie) czy 2NE1 (kwartet). A Japonia może być dla nich jedynie wprawką przed podbojem potężnego rynku chińskiego, w który celuje już notabene także AKB48.

Czy dominacja jednopłciowych wschodnioazjatyckich bandów oznacza, że Azja Wschodnia spóźnia się o dekadę względem Zachodu, który podobny boom przeżywał pod koniec lat 90.? A może K-Pop wyprzedza globalne trendy, jak sugerowałoby rosnące zainteresowanie fenomenem Girls Generation na świecie? Wszak fanowskie fora i blogi zamieniły one w tym roku na największe światowe media. Odpowiedź poznamy być może w roku 2012. A teraz już czas na wisienki spoza list przebojów. Jeśli wydadzą się wam mało egzotyczne, to odsyłam do Yasutaki Nakaty. Producent znany między innymi z Capsule (z powodu marcowej katastrofy musiał przemianować nową płytę duetu z "Killer Wave" na "World of Fantasy") oraz tria Perfume (listopadowy album "JPN" rozczarował jako całość, ale miewa momenty wybitne) przygarnął ostatnio niejaką Kyary Pamyu Pamyu. A tę rozsławiła niesłychana piosenka "PonPonPon".

JAPONIA - 11 płyt roku

Wokalistyka niekonwencjonalna: Salyu x Salyu "S(o)un(d)beams" (Toy's Factory)
Gdyby Kate Bush rozwinęła ptasie eksperymenty z albumu "Aerial", być może spotkałaby się kiedyś z Salyu na tej samej składance z niekonwencjonalną żeńską wokalistyką. Skrzyżowanie piosenki z eksperymentem wypełnia czwarty album 30-letniej piosenkarki z Kanagawy – chwilowo podpisującej się mianem Salyu x Salyu. Niesztampowym ciągotom strun głosowych Salyu towarzyszą równie niesztampowe aranże Corneliusa (Keigo Oyamady). Instrumentarium akustycznemu każe on przepychać się z pianinem elektrycznym i średnio zaawansowaną elektroniką, a chwytliwym refrenom z zapożyczoną z jazzu chromatyką. Odgłosy natury łączy ze smyczkowym dronem, a rytmy funkowe z house'ową stopką. A wszystko to okazuje się zupełnie przystępne. Przygodę z Salyu warto zacząć od promującego "S(o)un(d)beams" singla "Tadano Tomodachi", którego teledysk można sobie zresztą własnoręcznie zmiksować.

J-Beat & J-Scratch: ShinSight Trio "Moonlight Sunrise" (Teichiku)
Urodzony na południu Honsiu, ale stacjonujący w Tokio Shin-Ski (Shinsuke Taoka) to producent z dyplomem kompozycji klasycznej uważany przez wielu za najlepszego beatmakera w całej ojczyźnie sake. O własnym zespole mówi: "Najbardziej chory w dziejach Japonii". Drugim fundamentem grupy jest znany i kochany za dorobek Y Society bostoński raper Insight (Andre Todma), a trójkąt domyka Ryow (Ryo Yoshihara), czyli didżej z krwi, kości i Nagoi. Żeby utrzymać trójkowy nastrój dodajmy jeszcze, że to trzecia płyta tria, a słychać na niej pół tuzina języków - oprócz dominującego angielskiego pojawiają się także japoński, niemiecki, francuski, chiński w odmianie tajwańskiej... Jedyną wadą tej pogodnej, wielobarwnej, przyjemnie bujającej płyty jest to, że oficjalnie ukazała się tylko w Japonii.

J-J Dilla: Nujabes "Spiritual State" (Hydeout)
Nie tylko przedwczesną śmiercią w wypadku samochodowym na początku 2010 roku Nujabes zasłużył na miano japońskiego J Dilli. W minionej dekadzie eleganckimi produkcjami wyznaczał aranżacyjne standardy dla hiphopowców w kraju oraz w jego bezpośrednim sąsiedztwie. Uznanie poza Azją przyniósł mu z kolei genialny wkład w równie genialną serię anime "Samurai Champloo". Jego pierwszym i jakoby ostatnim pośmiertnym albumem jest wydane na początku grudnia "Spiritual State". W większości instrumentalna, płyta nosi znamiona dzieła niedokończonego, godnego jednak postawienia przy klasycznych już, poprzednich longplayach. Szczególnie piękne "Sky is Tumbling" z powściągliwą pętlą perkusyjną, fortepianowym wodospadem oraz wtrętami dętymi stanowi kwintesencję stylu Nujabes.


Tokyo Jihen    fot. EMI

Rock wielokanałowy: Tokyo Jihen "Daihakken" (EMI Music Japan)
Jeśli poprzednie płyty Tokyo Jihen były programami telewizyjnymi, tym razem ktoś skacze po kanałach: od melodramatu po science-fiction, od czarno-białego noir, aż po pstrokaty musical (patrz załączony obrazek). Błędny eklektyzm jednej z najbardziej zasłużonych kapel rockowych Japonii objął tym razem także teksty, wyśpiewywane tudzież wykrzykiwane przez Shiinę Ringo. Są tutaj dwudziestopierwszowieczne utrapienia człowiecze, są kosmici, jest i wesoły anglojęzyczny singel "Nowa westernizacja" ("Atarashii Bunmeikaika"). No i rzewne "Miasto bez świateł" ("Denki-no nai toshi"), jedno z pierwszych fonograficznych ech marcowego trzęsienia ziemi.

Drone partyturowy: Toshio Hosokawa "Landscapes" (ECM New Series)
Instrumentowi o nazwie shō, rodzajowi ustnych organów sprowadzonych do Japonii z Chin jeszcze w głębokim średniowieczu, zawdzięcza swoją specyfikę muzyka 56-letniego Hosokawy. Kompozytor z Hiroszimy wykorzystuje shō do generowania ospale wędrujących drone'ów, dzięki czemu twórczość Hosokawy ma tyleż z partyturowego sonoryzmu, co z zachwaszczonego dysonansami, a bywa że mikrotonami ambientu. Wydane przez ECM "Krajobrazy" zbierają cztery kompozycje Hosokawy, w tym dwie całkiem nowe, bo ukończone w 2008 roku. I ta właśnie para wydaje się najciekawsza: podczas gdy dwudziestominutowe "Cloud and Light" konfrontuje shō z kompletem muzyków Münchener Kammerorchester, krótka "Sakura für Otto Tomek" pozostawia wirtuozkę instrumentu Mayumi Miyatę w zupełnej samotności. Co do jakości nagrania: dość powiedzieć, że osobiście czuwał nad nią Manfred Eicher.

Songwriting eksportowy: Caroline "Verdugo Hills" (Temporary Residence)
Urodzona na Okinawie, szkolona w Bostonie, zamieszkała w Kalifornii Caroline Lufkin dość wcześnie zrezygnowała z podążania śladem J-popowej kariery swojej siostry Olivii. Artystyczny celownik skierowała na Amerykę i Europę, stylistyczny na miękką, nastrojową elektronikę podpartą ciepłymi wokalami. Jej druga płyta studyjna "Verdugo Hills" to rzecz równie zachodnia, co nastrojowa: anglojęzyczna, wyprodukowana według wzorców anglosaskiego dream popu i wolna od stylistycznego rozkojarzenia. Być może jednak Caroline zaskoczy nas wkrótce przewrotem upodobań. Wyleczyła się już bowiem z niechęci do japońskich list przebojów. "W J-popie melodie nie są tak repetytywne jak w popie amerykańskim, ciągle ewoluują" – stwierdziła niedawno. – "To niesamowite, że mainstream akceptuje tak zawiłe tematy". Jeśli tak spojrzeć na sprawę, to póki co Caroline pozostaje dla japońskiego mainstreamu zbyt prosta.

J-step: Himuro Yoshiteru "7th Shapeshifting" (Bedroom Research)
Brytyjczykom Rustie zmontował efekciarskie "Glass Swords". Amerykanów Kuedo przesycił swoim "Severant". Japończyków po schedzie po dubstepie oprowadza Himuro Yoshiteru. I jak to Japończycy mają w zwyczaju, producent z Fukuoki wszystko robi bardziej od swoich anglosaskich kolegów: łamie częściej, lepi więcej i przekracza więcej granic gatunkowych. W jednym utworze potrafi zestawić hiphopowy beat z efekciarskim wobble, ośmiobitową melodyjką w duchu klasycznego Nintendo, gorzką rapowanką i rytmiczną asymetrią wonky, spuentowaną wjazdem klasycznego drum'n'bass. Nawet jeśli brzmi to cokolwiek kuriozalnie, takie właśnie jest "7th Shapelifting". Na granicy dobrego smaku i – z nielicznymi wyjątkami – poza tolerancją większości osób zatrudnionych na etacie. Ale taka też jest specyfika owego cyfrowego maksymalizmu, który osobiście wolałbym nazywać laptopowym ADHD.

Post-mrok: Vampillia "Alchemic Heart" (Important)
Hardcore'owym Arcade Fire okrzyknięto ich po marcowym występie na teksańskim festiwalu SXSW, ale oni wolą mówić o sobie: brutalna orkiestra. Owa orkiestra liczy 11 osób, rezyduje w Osace i pomimo teatralnego wizerunku potrafi tworzyć całkiem powściągliwy post-rock na przedłużeniu tego, co dziesięć lat temu wyczyniała familia Godspeed You! Black Emperor – A Silver Mt. Zion, tudzież Mono. Dorzućmy inspiracje klasyczne (smyczki i echa śpiewu operowego) i przesterowane gitarowe drone'y oraz z wolna budowany patos ("Alchemic Heart" to dwa utwory trwające po 25 minut) i tak oto stajemy przed charakterystyczną dla gatunku swobodą interpretacji: podczas gdy u jednych ospałe stąpanie Vampilii po molowych akordach pobudzi receptory piękna, innych wystraszy. Lub rozśmieszy.

Papużki rozłączki: Alva Noto + Ryuichi Sakamoto "Summvs" (Raster-Noton)
Smutno żegnać się z tym berlińsko-tokijskim, laptopowo-fortepianowym duetem. Piąte studyjne spotkanie Noto z Sakamoto ma być zarazem ich ostatnim. I chociaż "Summvs" nie dorasta do poziomu "Vrioon" (2002) czy "Insen" (2005), do niepowtarzalnego brzmienia tej pary można się było zwyczajnie przywiązać. W dyskografii Noto+Sakamoto "Summvs" (połączenie słów summa oraz versus) okazuje się płytą na swój sposób najbardziej radykalną. Sakamoto zaopatrzył się w archaiczny fortepian – podobno jeden z piętnastu istniejących na świecie – który stroi się według zaleceń szesnastowiecznych. Z kolei Nicolai wyraźnie pofolgował romantycznym ciągotom swojego partnera. Kopiuje i wkleja ładniej i melodyjniej, niż kiedykolwiek przedtem, stroni od topornych bitów i ekstremalnych częstotliwości, kontrasty buduje zaś tempem i harmonią, a nie (tylko) dynamiką. Jest jakaś symbolika w tym, że panowie aż dwukrotnie dekonstruują tutaj kompozycję "By the River" pochodzącą z płyty "Before and After Science" nie kogo innego, ale Briana Eno.

J-rap: Coppu "Twilight" (In Ditch)
Problemy z interpretacją tekstów Coppu miewają nawet jej rodacy. Barierę językową można więc potraktować jako szansę, by docenić jej powściągliwe flow, a szerzej: walory niezwykle rytmicznego języka japońskiego w wydaniu rapowanym. "Twilight" to także przykład charakterystycznego dla J-rapu upodobania do dźwięków fortepianu, mniej ("Sayonara eien" – żegnaj na zawsze) lub bardziej ("Ashioto" – ślady stóp) rozsypanych. Co docenić o tyle łatwo, że Coppu nie zajmuje zbyt wiele miejsca na pierwszym planie, a zdaniem niektórych pozostawia wręcz zbyt wiele przestrzeni oszczędnym i przeważnie sennym aranżom. Czegóż jednak innego oczekiwać po płycie zatytułowanej "Półmrok" i promowanej utworem pt. "Drzemka"?


Toshimaru Nakamura    fot. Yibo Hu

Między stacjami: Toshimaru Nakamura "Maruto" (Erstwhile)
Zestawiając ekstremalne wysokości z głębokimi dołami w taki sposób, by słuchacz jednocześnie odczuwał lęk wysokości i klaustrofobię, Nakamura zasłużył sobie na miejsce w naszym japońskim podsumowaniu za rok 2010. Tym razem wirtuoz onkyo – radykalnej japońskiej mikstury muzycznej, w której skład wchodzą free, drone, noise i ambient – wkracza w krainę szumu. W jednej 46-minutowej improwizacji przedziera się przez wszelkie możliwe częstotliwości, faktury, metody wydobywania i kontrapunktowania, czyszczenia i brudzenia dźwięków o nieokreślonej wysokości. Dopiero po dłuższej chwili na 20 minut stawia je na basowym, pozorującym tonikę fundamencie. "Maruto" jest spełnieniem marzeń wszystkich, którym od czasu do czasu zdarza się zatrzymać pokrętło radioodbiornika między stacjami.

OCEŃ: 11 0
Zrob Glosniej Nowa Edycja The Cinematic Orchestra Galeria Dreadsquad - O Sobie Samym

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.