T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Na co te przechwałki?
Każdy ma prawo do marzeń, w które wierzy z całego serca. Ja na przykład marzyłem o tym, żeby nowy materiał Commona znów pretendował do miana klasyka. I wierzyłem w to.
Singlowe nagrania oraz piosenki wrzucone do sieci przed premierą (w ogóle co to za straszna moda, żeby pół płyty upowszechniać przed czasem?!) nakazywały wręcz zawiesić przed raperem poprzeczkę naprawdę wysoko. Doskonale wróżyła też zapowiedź, że za produkcję "The Dreamer/ The Believer" będzie w całości odpowiadał No I.D., który z Commonem współpracował jeszcze na początku lat 90., gdy scena hiphopowa w Chicago przypominała raczej pustynię, niż żyzne pole. Niestety, po wysłuchaniu całego albumu o wybuchu entuzjazmu nie mogło być mowy.

Common zawsze nam się jawił jako twórca mądry, zaangażowany w sprawy społeczne, chętny do pouczania i głębokich refleksji. Gdy rapował o drogich samochodach to raczej podkreślając, że nie należy do nich dążyć za wszelką cenę. Teraz się nimi chwali. Gdy próbował bazować na mocnych wersach, to mierzył nimi w osoby, które jego zdaniem źle reprezentują hip-hop, nadając mu za bardzo materialistyczny wyraz. Teraz bawi się konwencją bragga dla samej zabawy i ukazania, jakim to wybitnym twórcą nie jest. Wychodzi mu bardzo średnio. I chociaż wciąż nie sposób odmówić mu umiejętności stricte raperskich (akcentowanie, flow, głos), to treściowo nie jest to album stojący na takim poziomie, jakiego należało oczekiwać. Za mało w Commonie jest Commona, za dużo próby bycia pozornie wyluzowanym, zarobionym gościem. Fajnie, że wciąż kocha i szanuje kobiety, że ma w sobie dużo pozytywnej energii i chce motywować młodych do walki o marzenia i związane z nimi profity, ale mnie akurat tym razem nie kupił.
Dobrze się za to słucha bitów No I.D. Zaserwował on nam hip-hop brzmiący klasycznie, soulowo, przyjemnie. Dobrze wykorzystuje żywe instrumenty, nie kombinuje. Sampluje tuzów sprzed lat (Electric Light Orchestra, Curtis Mayfield), stawiając na ciepło, od dawna kojarzące się z muzyką Commona. Tyle że podobne rzeczy słyszeliśmy na kilku poprzednich płytach artysty, by wymienić choćby "Be", "Finding Forever" czy "Like Water For Chocolate" - i wtedy robiło to znacznie większe wrażenie. Szczególnie gdy zmierzymy "The Dreamer/ The Believer" z ostatnią z wymienionych pozycji.
Taki jest główny problem z tym nowym Commonem. Wszystko tu ładne, wymuskane, pełne smaczków, dobrze dobranych gościnnych wokali (John Legend!), ale bez pieczęci oznaczającej coś wyjątkowego, świeżego. A już zmiany wizerunku z buntownika-myśliciela na rozbijającego się Astonem Martinem konesera francuskiego szampana zupełnie nie rozumiem. Czyżby jeszcze przed czterdziestką rozpoczął się u niego kryzys wieku średniego?
Common "The Dreamer/ The Believer", Warner Music
