T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Piękne panie na ekranie
W okresie zimowym rynek koncertowy na chwilę zamiera. Długie wieczory to dobry czas, by sprawdzić muzykę na kinie domowym.

Zaczynamy od Adele i DVD z zapisem występu w The Royal Albert Hall. Niestety rewelacji na miarę oczekiwań nie ma. Adele co prawda budzi szacunek skromnością i naturalnością, ale jej występowi zabrakło ognia. Nie widać, że nasza gwiazda jest wciąż młodziutką, pełną energii kobietą. Wygląda i często brzmi raczej jak Celine Dion w trakcie jednego z setnych występów za krocie w Las Vegas. Wybrany repertuar nie zaskakuje, ale też zaskoczyć nie mógł, bo Adele wydała przecież dotąd raptem dwa albumy. Na koncercie dodała jedynie dwa covery ("If It Hadn’t Been For Love" The SteelDrivers oraz "I Can’t Make You Love Me" Bonnie Raitt), wykonane bardzo przyzwoicie, ale nic ponad to. W zasadzie to samo można napisać też o samej muzyce (piękna konfekcja, żadnych popisów i ekstrawagancji) oraz realizacji materiału. Wszystko na "Live At The Royal Albert Hall" jest do bólu przyjemne, takie w sam raz na piątkowy relaks po pracy przy herbacie. Nie nastroi was to do wyjścia w miasto czy zaproszenia znajomych, a raczej do poszukania kołdry i wygodnej poduszki. Bez dwóch zdań, liczyłem na więcej.
Adele "Live At The Royal Albert Hall", Sonic Records, ocena: 6
Znacznie korzystniej wypada "Live at Roseland: Elements of 4" Beyoncé. Szczególnie jeśli nie widziało się jej poprzedniego DVD "I Am... Yours: An Intimate Performance at Wynn Las Vegas". Występ dzieli się na dwie części. Pierwsza to pełna dynamicznych przejść retrospekcja z czasów Destiny's Child oraz poprzednich solowych albumów artystki, zawierająca aż 16 nagrań (niektóre fragmentaryczne). W tle widzimy archiwalne filmy (m.in. przesłuchanie zespołu z 1990 roku, gdy nazywał się on jeszcze Girl's Tyme), Beyoncé wspomina swoje największe inspiracje, ze szczególnym uwzględnieniem The Jackson 5, opowiada o wizycie u Baracka Obamy. Najważniejsze, że wszystko czyni z klasą, nie przegaduje występu. Imponuje naturalnością, seksapilem, a nade wszystko udowadnia, że głos ma po prostu wspaniały. Nie popisuje się nim na siłę, nie stara się zdominować muzyków.

Oceniając całość, czyli również i drugą część, na którą złożyło się wykonanie niemal wszystkich piosenek z albumu "4", wystawiam piątkę z plusem. Brzmienie jest wspaniałe, a podzielone na dwie części - jazzy-soulową oraz bliską oryginałowi - "Crazy in Love" porywa bez reszty. Klasa, po prostu! Idę o zakład, że "Single Ladies", "Best I Ever Had" śpiewane wspólnie z publicznością czy też poruszające "Rather Die Young" na długo zostaną w waszej pamięci. Realizacja DVD również nie pozostawia nic do zarzutu. Jest dynamiczna, eksponuje nie tylko główną gwiazdę, ale też jej niesamowite tancerki czy członków zespołu. A Beyoncé w każdej sekundzie dowodzi, że z wyczuciem sceny, z nieziemskim talentem po prostu się urodziła. Rzuci na kolana każdego faceta, rozkocha w sobie każdą dziewczynę, bo nie jest rozkapryszoną divą tylko skromną, pracowitą dziewczyną, która twardo zapracowała na sukces. W dodatku przez cały czas widzimy ją tylko w jednej sukience. To nie moda i image rozgrywają show. Tutaj najważniejsza jest muzyka. Dlatego całość jest bliska ideału, warta wielokrotnego obejrzenia.
Beyoncé "Live at Roseland: Elements of 4", Sony Music, ocena: 9
Na deser największa gwiazda muzyki pop z Ameryki Południowej, czyli kobieta o wspaniałej figurze i oryginalnym głosie - Shakira. "Live from Paris" to zapis jej dwóch występów w paryskiej hali Palais Omnisports de Paris-Bercy z czerwca 2011 roku. Warte podkreślenia jest to, że zanim obejrzymy występ, możemy zrobić sobie dzień z Shakirą, oglądając kilka filmików pokazujących jak gwiazda spędza czas w trasie i pomiędzy koncertami. Ten dodatek znajdziemy w każdym wydaniu. Nic rewelacyjnego, ale dla fanów z pewnością coś miłego i co najważniejsze nie przesłodzonego do granic możliwości.

Pora na występ. Na początku Shakira wygląda jak Różowy Kapturek, który chyba pomylił bajki, ale chwilę potem za sprawą skórzanych, obcisłych, połyskujących spodni pokazuje już swoje największe atuty (mówimy o tym, co dla oczu) i dynamicznie wchodzi w "Why Wait". Kolejne dwie piosenki podtrzymują wysokie tempo, którego kulminacją jest zaaranżowane na rockowo "Whenever, Wherever". Pod koniec kawałka Shakira wybrała kilka dziewczyn z widowni i możemy zobaczyć naukę tańca z intensywnym wykorzystaniem bioder. Atmosfera robi się dla odmiany podniosła podczas poprzedzonego elementami niemal filmowymi wykonania coveru "Nothing Else Matters". Sam kawałek wrażenie robi takie sobie, aczkolwiek moment zmysłowego zwolnienia i odpoczynku jak najbardziej się przydaje. Tak już będzie do końca. Kilka szybszych numerów, kilka wolniejszych. Regularne przebieranie się, elementy scenicznego show, tancerki, maraton hitów, konfetti… Po godzinie poczułem się odrobinę zmęczony rozmachem tego wszystkiego. Shakira wyszła bowiem z założenia, że warto iść na całość i zaprezentować się tak wszechstronnie, jak to tylko możliwe. Muzykom pozwala na wiele, więc łączą oni pop, rocka, elementy tzw. muzyki świata, a nawet dance. Do selekcji nagrań nie można mieć zastrzeżeń, bo są tu w zasadzie wszystkie hity kolumbijskiej gwiazdy, niektóre zaaranżowane na nowo.
Nieźle się to ogląda, słucha również z przyjemnością, ale naprawdę gorąco musi być, gdy jest się tam w środku. Może więc zamiast gapić się w telewizor lepiej sięgnąć głębiej do sakiewki i wybrać się na koncert gorącej Latynoski gdzieś do Europy? Do Polski raczej szybko, niestety, nie wróci...
Shakira "Live from Paris", Sony Music, ocena: 7
-
28.12.2011dodany przez: krista
ktos to redagowal??? "Realizacja DVD również nie pozostawia nic do zarzutu.", (...) "która twardo zapracowała na sukces", "Kolejne dwie piosenki podtrzymują wysokie tempo", " Może więc zamiast gapić się w telewizor lepiej sięgnąć głębiej do sakiewki" i tak dalej, i tak dalej -
komentarz
