Opinie
A A A
07.12.2011

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II

Druga część zestawienia moich ulubionych płyt minionego dziesięciolecia.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

150. Madvillain "Madvillainy" (2004)
Najbardziej spektakularna kolaboracja dekady w rapowym undergroundzie. Doom i Madlib wymiatali wielokrotnie i pod wieloma pseudonimami, ale zgodnie uznano, że to opus magnum w dorobku obu panów. Nigdy nie podzielałem hajpu w stu procentach, bo szukałem tu oczywistszego punktu zaczepienia. Gdzie są pełnokrwiste, epickie hiphopowe bangery? Co drugi track się tak zapowiada i wygasa nim zapłonie dużym ogniem. Ale to właśnie szaleńcza metoda narracyjna, polegająca na kalejdoskopowym sprincie po urywanych, jakby niedokończonych miniaturach. Poza tym Madlib jest w stanie zsamplować cokolwiek i brzmi to cudownie, a Doom to jeden z najlepszych offbitowych MC w dziejach.

149. Basement Jaxx "Kish Kash" (2003)
Jedyny chyba jednoznacznie artystowski album Buxtona i Ratcliffe'a – mniej nastawiony na zasięg komercyjny i demokratyczny parkiet, a raczej zmajstrowany pod gusta erudytów i krytyków. Wspaniali goście (między innymi Dizzee Rascal, JC Chasez z N'Sync, Siouxsie Siux i dwukrotnie Meshell Ndegeocello) pozwalają zakwitnąć tym ryzykownym, karkołomnym, czasem mrocznym mieszankom gatunkowym. Chociaż trafia się też stare dobre Jaxx – przecież "Hot 'n Cold" to jeden z najseksowniejszych kawałków duetu, mimo zaaranżowania go, między innymi, na wiertarkę.

148. Jim O'Rourke "The Visitor" (2009)
Jim jako "Pat Metheny światka indie" po prostu kontynuuje pozytywistyczną pracę Tortoise, Jamesa Blackshawa i Jaga Jazzist w poszerzaniu horyzontów środowiska, bo łączy sielski cień americany z kameralistyczną instrumentacją i jazzowo-progresywną świadomością kompozycji. Genealogia, kwiecistość formy i przemawianie uniwersalnym językiem (rzecz mogłaby powstać wiele dekad temu). Niedawno w podobne rewiry zapuścił się Sandro Perri.

147. Brian Wilson "That Lucky Old Sun" (2008)
O tym panu na stronach T-Mobile Music i nie tylko pisałem już w tym roku za dużo, więc ograniczę się do stwierdzenia, że to podium solowych prac Briana.

146. Body Language "Speaks EP" (2009)
Czasami znikąd spada takie cacko i wymyka się systematyce. Czy projekt Body Language zmieni bieg elektronicznego popu i zainspiruje miliony naśladowców? Hm, nie. Ale czy "Speaks" to zapięte na ostatni guzik mini-dziełko z dziecinną łatwością sięgające od skromnego bedroom-dance'u ("Work This City") przez cyfrową balladę na modłę Junior Boys ("At a Glance") po nieuleczalne popowe schorzenia (genialny cover "Sandwiches")? Tak, zdecydowanie.

145. Rhys Chatham "A Crimson Grail" (2007)
Zdarzyło mi się wspomnieć Chathama przy okazji przeglądu najważniejszych minimalistów. "A Crimson Grail" to częściowy zapis premierowego wykonania tej kompozycji, rozpisanej na czterysta gitar. Teoretycznie potężna faktura z pewnej odległości zlewa się jednak w (niepo?)kojącą, ambientową masę. Udana profanacja sfery sacrum.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

144. Clinic "Internal Wrangler" (2000)
Próbowano ich klasyfikować jako brytyjski avant-pop w duchu Stereolab albo garażowy rock na modłę Velvet Underground, a wokaliście zarzucano, że kopiuje Thoma Yorke'a (kwartet występujący w maskach chirurgicznych supportował Radiohead w 2000 roku). Tymczasem "Internal Wrangler" to trochę osobna bajka, bo jak tu postawić hałaśliwe wyładowania "The Return of Evil Bill" czy "CQ" obok programowanego bitu singla "The Second Line" czy ubarwionej trąbką ballady "Goodnight Georgie"? I co ma do tego okładka parafrazująca Ornette'a Colemana? Szkoda, że – jak w przypadku wielu olśniewających zjawisk ubiegłego dziesięciolecia – ich gwiazda zgasła niedługo później.

143. Jay-Z "The Blueprint" (2001)
Są tacy, co mówią o "The Blueprint" – "kolekcja samych hitów, istne the best of". Nie mogę się zgodzić... "Jigga That Nigga", "Hola Hovito", "Renegade" są na mój gust za mało melodyjne na przeboje. Natomiast całkiem prawdopodobne, że nie było w omawianych latach płyty, na której raper oznajmiałby z taką bezczelnością i pewnością siebie, że jest królem, władcą, imperatorem – w dodatku mając rację. Moje trzy ulubione momenty – francuskie wyznanie miłości w "Girls Girls Girls", bas na początku "All I Need" i "come on!" Jima Morrisona w "Takeover".

142. Animal Collective "Strawberry Jam" (2007)
Przepraszam, ale na pewnym etapie temat został tak wyeksploatowany przez rodzime środowisko indie, że rozkładam bezradnie ręce i uchylam się od komentarza. Ale wiadomo, znakomite kawałki.

141. Kobiety "Kobiety" (2000)
Świat, który Ania Lasocka i Grzegorz Nawrocki przedstawili na debiucie Kobiet zawsze wydawał mi się nierealny w sposób retro – jakby teleportowano go z nieokreślonego, pomorskiego, prowincjonalnego PRL-u (weekendowe wycieczki z Gdańska na łono natury?), z dala od metropolii, nowoczesności i lansu. Wielu krajowych artystów alternatywnych próbowało podobnych klimatów, ale chyba nigdy z takim czarem i klasą. Ogromny szacunek, choć każda kolejna płyta projektu leżała mi już coraz mniej.

140. Annie "Anniemal" (2004)
Samej zainteresowanej nie przeszkadza chyba wieczna etykietka "alternatywnej Kylie", bo jeśli dobrze kojarzę, chwaliła muzyczne dokonania sławnej Australijki. Przygotowany na przestrzeni aż pięciu lat, z różnymi producentami i pozbawiony kiepskich kawałków longplay przyszedł do mnie i wielu podobnych mi odbiorców w idealnym momencie – bardzo chcieliśmy słuchać słodkiego żeńskiego synth-popu, ale nadal bliżej nam było do ideałów indie, niż bezdusznego mainstreamu. Najczęściej wracam do hipermelodyjnego "Me Plus One", romantycznego "No Easy Love" i cholernie wzruszającego "Greatest Hit", opartego na samplu z nieśmiertelnego debiutu Madonny.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

139. Primal Scream "Exterminator" (2000)
Na papierze koncept grafomański do bólu – anty-systemowa protest-płyta, stosująca retorykę militarną. Nie wiem jak, ale udało im się – i to po raz kolejny, od kompletnych podstaw, bo z klubową psychodelią "Screamadeliki" prawie nie ma to styczności. Może dlatego, że linie basowe Maniego mkną niczym dźwiękowe pomniki ("Kill All Hippies", "Blood Money"), nawijki Gillespiego na tle tanecznych bitów mordują ("Pills", "Swastika Eyes"), gitarowe petardy suną jak glam na rozkręconych do maksimum przesterach ("Accelerator"), a gościnnie swojego geniuszu użycza Kevin Shields ("MBV Arkestra")?

138. Daft Punk "Discovery" (2001)
"Za niskooo!" – słyszę w tej chwili wasz krzyk. Cóż, nigdy nie ukrywałem, że moim zdaniem ci kolesie są zaledwie genialnymi didżejami – wiedzą co z czym skleić, kiedy podbić stopę, jak obrobić pasmo i umieją to potem sprawnie zmiksować. Niestety, nie napisali tych w większości kapitalnych hymnów (bo słabsze też się zdarzają – jak słusznie zauważył Ben Jacobs, takie "Veridis Quo" to trochę porażka). Ich rola ogranicza się do kompilacji cudzych riffów, skrawków motywów, zapętlanych zwykle całymi taktami (wolę "Cola Bottle Baby" w oryginale, sorry). Ale mimo, że bardziej lubię inny album pod tytułem "Discovery", to ta godzinna składanka przeważnie rządzi – na drugą setkę dekady w sam raz.

137. Alexandre Varlet "Dragueuse De Fond" (2003)
Jeżeli szukaliście połączenia między Sergem Gainsbourgiem, smutnymi barowymi bardami i epickim indie rockiem spod znaku "Perfect From Now On" Built to Spill, to nie zaszkodzi wam skosztować poetyckich rozprawek Varleta. Przyznaję bez bicia, że nic o tym Francuzie nie wiem i nie znam żadnej innej pozycji z jego dyskografii. A mimo to mam go w głowie zaszufladkowanego w folderze "najlepsi singer/songwriterzy" minionej dziesięciolatki.

136. Dismemberment Plan "Change" (2001)
Zamiast kombinować jak tu uzupełnić "Emergency & I", skoro nie ma nic do uzupełniania, ten "inny zespół z Waszyngtonu", zgodnie z tytułem zmienił podejście i nagrał swoje najlżejsze, najładniejsze, najbardziej przestrzenne dziełko. Jak myślę o tym elastycznym, police'owskim soundzie opartym na kontrapunktach sekcji, klawiszowych plam i gitarowych cięć, to mam ciarki, ale kilka słabszych kawałków w środku tracklisty ("Secret Curse" pasowałoby do Pearl Jam) obniża ocenę.

135. Gas "Pop" (2000)
Takie albumy powinno się komentować obrazem. Niestety nie umiem malować. Słowa pozostają bezbronne i bezradne wobec rzeczy w rodzaju trzeciego indeksu tutaj. Jedyny zarzut: ta długa, błoga i cierpliwa medytacja jak dotąd nie kończy się u mnie iluminacją, chyba z powodu nieco odstającej strony B.

134. Róisín Murphy "Ruby Blue" (2005)
Plastyczny głos Irlandki był w Moloko wykorzystywany raczej jednowymiarowo i schematycznie. Matthew Herbert rzucił jej zupełnie nowe światło na relację wokal-podkład. Chemia między nimi dwojgiem onieśmiela. Kubistyczna jazz-elektronika rzadko bywała równie atrakcyjna i zwiewna.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

133. Ellen Allien "Berlinette" (2003)
Paradoksalne, że na albumie zasłużonej didżejki, wieloletniej animatorki berlińskiej sceny klubowej, tkwi parę genialnych sztuczek stricte popowych – jak pierwsze wejście wokalu w "Alles Sehen" (ach ten język niemiecki – w odpowiednim kontekście bywa podniecający), zalotny śmiech przerywający nagle narrację w "Push" czy przełamanie na drugiej minucie w "Augenblick". W rankingu wszelakich organicznych symbioz klubowych bitów i  człowieczeństwa, "Berlinette" zajmuje wysoką lokatę. Nigdy wcześniej ani później eksperymentalne techno panny Fraatz nie było tak przystępne.

132. Stars Of The Lid "And Their Refinement of the Decline" (2007)
Mało kto zauważył tę woltę – Wiltzie i McBride zrobili wielki krok naprzód zaopatrując swój medytacyjny ambient w akustyczną instrumentację i w efekcie ocierając się o poważkę (z takim "Apreludes In C Sharp Major" nie ma żartów). Panowie przemierzają kosmos na gigantycznych szczudłach. Wydaje się, że ich muzyka tkwi nieruchomo, ale każdy ruch to tysiące kilometrów.

131. Röyksopp "Melody A.M." (2001)
Z pewną nieufnością podchodziłem do Norwegów, gdy ich debiut się ukazywał – te hity downtempo były dla mnie za łatwe. Dość szybko jednak oprzytomniałem. Dziś już wiem, że łatwość wcale nie implikuje banału – a czasem jest wręcz cnotą. Hej wy, naigrywający się, że to muzyka do windy i soundtrack do scen erotycznych – nagrajcie swoje "Sparks", "Remind Me" czy "Eple"! W tej konkretnej niszy Berge i Brundtland byli nie do pobicia. "So Easy", faktycznie.

130. Sleater-Kinney "One Beat" (2002)
Nieistniejący już band nie należał chyba bezpośrednio do ruchu riot grrrl, ale nie znam lepszej dziewczęcej kapeli okołopunkowej. Sleaterki miały na koncie płyty prostsze i bardziej skomplikowane, ale tu zaprezentowały się najkorzystniej pod wszystkimi względami. Tytułowy numer naprawdę ma jeden bit (i to jaki!), a urodziwie zwichrowane riffy "Combat Rock" czy "Prisstiny" każą wierzyć w plotkę, że mimo braku basistki panienki tętnią głębszym groovem, niż większość męskich składów z regularną sekcją rytmiczną.

129. Basement Jaxx "Rooty" (2001)
Hity – wiadomo – moc. Ale zauważmy, że od "I Want U" czy "Crazy Girl" biją autentyczne uczucia i nagle okazuje się, że pod przykrywką całego tego demonstracyjnego hedonizmu tkwi "emocjonalny miękisz". Miło wiedzieć, że te dumne single po szalonych nocach nasyconych seksualnymi aluzjami płaczą w poduszkę (finałowe "All I Know" – mam dreszcze). Mimo pozerki, lansu i sztucznych uśmiechów na fotkach ("my mamy fajnie, a wy nie"), poczucie mięty pozostaje poczuciem mięty. I to mnie wprost rozczula.

128. Destroyer "Your Blues" (2004)
Siedem lat temu indie-tłumek nie był jeszcze do końca gotowy na Bejara nurkowanie w midi-orkiestracjach. Doceńmy więc jego odwagę. Facet przeczuł intuicyjnie, czego potrzebują jego teatralne interpretacje – zamoczenie ich w syntezatorowym sosie urodziło dziwadło, ale dla mnie zasługuje ono na miano ewidentnego artystycznego triumfu. Najambitniejsze aranżacyjnie, zaskakująco melodyjne i natchnione dzieło Dana.

127. Dungen "Stadsvandringar" (2002)
W wersji winylowej znana jako "Dungen 2", ta płyta szwedzkich psychopopowców nie zapowiada jeszcze ostrych gitar z "Ta Det Lugnt" czy organowo-rhodesowych krajobrazów z kolejnych albumów. Dominują niezobowiązujące, folkowe w smaku, akustyczno-gitarowe piosenki z harmoniami wokalnymi i to wystarcza, żeby zdobyć moje serce (chociażby w "Har du vart' i Stockholm?", "Stock och sten", czy "Andra sidan sjon"). Ciepło myślę o "Stadsvandringar" również dlatego, że moją książeczkę zdobią autografy wszystkich Dungenów oraz z powodu języka, do którego mam sentyment od dziecka.

126. Broken Social Scene "You Forgot It in People" (2002)
Po latach zdecydowanie bliżej mi do łagodniejszych fragmentów ("Pacific Theme", "Looks Just Like the Sun", "Anthems...", "Lover's Spit", "I'm Still Your Fag"), niż rockerów wprost zapożyczonych z Dinosaur Jr. ("Cause = Time", "Almost Crimes", "Stars and Sons"), więc mam mieszane uczucia. Ale ostatecznie za dużo tu fajnych melodyjek, żeby się obrażać, no i swoje wspomnienia z "You Forgot..." też posiadam. A "KC Accidental" to hymn.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

125. Ghostface Killah "Supreme Clientele" (2000)
Ghost to raper, który ma za dużo słów i w dodatku ciągle wymyśla nowe. Kiedy jego leksykalna obsesja spotyka niepowstrzymane flow z zaawansowanym ADHD, a bity przygniatają funkowym drivem ("Nutmeg", "One", "Buck 50") albo skrywają tajemnicę ("Ghost Deini", "Mighty Healthy", "Malcolm"), dzieje się coś niesamowitego. Z prywatnych anegdot – dziewczyna pół roku mówiła do mnie "Deini" po tym, jak pokazałem jej tę płytę.

124. Murcof "Martes" (2002)
Fernando Corona pozostaje w czołówce dźwiękowych iluzjonistów parających się swataniem poważkowych instrumentacji i elektronicznych struktur. Meksykanin debiutował już po trzydziestce – nic dziwnego, że ton jego kompozycjom nadają dojrzałość, świadomość i filozoficzne wątpienie. Jeśli ktoś zachwyca się pracami Michała Jacaszka, a nie zna tego, to niech sam zobaczy różnicę.

123. Interpol: "Interpol EP" / "Turn on the Bright Lights" (2002)
Dziś granica między trzyutworową epką, a longplayem powoli się zaciera w zbiorowej pamięci, choć ja w 2002 roku dość poważnie rozczarowałem się długogrającym wydawnictwem, bo "Specialist", "PDA" i "NYC" zapowiadały coś znacznie mocniejszego. Po latach, gdy histeria minęła i nie trzeba już akceptować istnienia wielu nietrafionych diagnoz "Turn on the Bright Lights", zostają archetypicznie nowojorskie, pogrążone w wielkomiejskim spleenie, epickie piosenki – i one same wciąż rezonują z potężną siłą. Televisionowe rozmowy gitar i precyzyjna sekcja pozwalają Banksowi malować sugestywne obrazki tonem Jima Morrisona czy Iana Curtisa i rzucać wstrząsającymi linijkami, jak "you're so cute when you're frustrated". Oczywiście był to zespół jednego pomysłu na granie – w 2002 wyeksploatowanego do cna. Potem grupa dosłownie zbankrutowała artystycznie.

122. Prefuse 73 "One Word Extinguisher" (2003)
Nie tak przełomowa rzecz jak debiut "Vocal Studies...", ale nadal imponująca – zwłaszcza w zakresie utrudniania tego co ładne. Ale o tym właśnie jest ta płyta – o zmaganiach po rozstaniu, o rozliczaniu przeszłości w skrawkach wspominek i w końcu o mozolnym godzeniu się z sytuacją. Scott Herren streszcza te wątki szczegółowo za pomocą muzyki – chwała mu za to. Przy okazji – policzy ktoś metrum w "90% of My Mind is With You"?

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

121. Super Furry Animals "Rings Around the World" (2001)
Najlepsze melodie z "Rings..." to plagiaty, ale w konkurencji zaprzęgnięcia ich do roli "wielkich refrenów" Walijczycy tradycyjnie spisali się na medal. Ponadto tak eklektycznych, rozhasanych po stylistycznej mapie świrów (ach ten Cian Ciaran!) nigdy dość. To pewnie będzie ich ostatni duży album.

120. Hot Hot Heat "Make up the Breakdown" (2002)
Płyta bardzo doceniana przez muzyków – i nie bez przyczyny. Często redukowani do roli zwykłej kapeli z cyklu "new rock revolution", Kanadyjczycy tasują tu każdą piosenkę formalnie, nierzadko za nic mając zwyczajowy schemat zwrotka-refren. Outro może przerodzić się pięciogłową bestię, a refreny wcale nie dominują w zakresie chwytliwości. To jedna z niewielu płyt, na których mój ulubiony moment właściwie zakrawa na reggae (sławne "don't worry now" w "Bandages") – inną jest na przykład "Cupid & Psyche" Scritti Politti. A potem był wielki upadek – rekord Guinessa w obniżeniu poziomu z płyty na płytę.

119. Animal Collective "Merriweather Post Pavilion" (2009)
Obserwując ewolucję sceny indie z lotu ptaka, rok po roku i dekada po dekadzie, można się nieźle zdziwić, że środowisko słuchaczy dopiero pod koniec lat dwutysięcznych zaakceptowało samplowanie w funkcji budulca utworów. Na oko 90 procent materiału "Merriweather…" zostało wyklikane w żmudnej obróbce przed komputerem. Tym większy szacunek budzi rezultat – wybuchający naturalnym żywiołem wspólnego jamowania, osadzonego w przemyślanych, dopracowanych formułach. Tradycyjnie ekstatyczne wokale też dodają iskry tym piosenkom. Mimo kilku przestojów w trackliście, cenię tę efemeryczną wizję. "Brothersport", "Lion in a Coma", "Also Frightened", "Summertime Clothes" – ciężko zestawić z czymkolwiek innym.

118. Necks "Drive By" (2003)
Australijskie jazzowe trio upodobało sobie stopniowe przetwarzanie prostych, acz szlachetnych motywów, dokładnie według receptury minimalistycznej. "Drive By" trwa ponad 50 minut, a kiedy się kończy, to zahipnotyzowany pytam, czemu to tak szybko minęło. Dla miłośników podobnych fuzji są to iście niebiańskie doznania.

117. Hood "Cold House" (2002)
Zapomnianemu projektowi braci Adamsów z Leeds udało się pogodzić liryczny post-rock Bark Psychosis czy Mogwai z klasycznym synth-popem lat 80., awangardowymi aspiracjami Marka Hollisa, powyginanymi bitami á la Warp i plumkaniem wrażliwców-samotników. Co ciekawe – udało się bez popełniania żadnego kompromisu. Gościnny udział raperów Doseone'a i Why? z wytwórni Anticon poszerza spektrum oryginalnej ekspresji, a standardowe, zwarte, konkretniejsze numery ("You Show No Emotion At All", "I Can't Find My Brittle Youth") bronią się ładunkiem emocjonalnym.

116. Supersilent "6" (2003)
Sprzeciwiam się gloryfikacji improwizacji jako metody twórczej. Nie oszukujmy się, prawie zawsze improwizacja to wielka przyjemność dla muzyków i nudy wywołujące ziew u słuchaczy. Natomiast raz na parę lat trafia się zjawisko zaprzeczające tej tezie – albo wyjątek od reguły. Norweski kolektyw na "6" demoluje moje uprzedzenia do improwizacji. Czerpiąc z krautrocka, muzyki konkretnej i awangardowego jazzu, panowie drwią sobie z gatunkowych barier i mkną w nieznane praktycznie po samych rewelacyjnych tropach – a ja stoję jak wryty w ziemię i podziwiam.

115. Boards of Canada "Geogaddi" (2002)
Są takie dni – szaro za oknem, mgła, trochę pokropi, wietrznie, na ulicach pusto, bo nikt się nie pałęta bez potrzeby. Muzyka szkockiego duetu zawsze kojarzyła mi się dokładnie z taką scenerią i jeżeli na "Music Has the Right to Children" trafiały się jeszcze promyki słońca, to przy "Geogaddi" Sandison i Eoin koncentrują się na samych zachmurzeniach. Obłąkane analogowe syntezatory i opętane serpentyny bitów brzmią niczym ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego o astrofizyce – teoretycznie zbyt trudne zagadnienia, ale jak się wsłuchać, to całkiem wciąga.

114. Clearlake "Cedars" (2003)
Żeby docenić "Cedars" warto posłuchać pierwszej płyty formacji – "Lido" z 2000 roku. Przyjemnej, ale tuzinkowej. Na "Cedars" koledzy grają już w innej lidze. Muzycznie ubarwiają swojego smutnego rocka smyczkami i klawiszami, a tekstowo Jason Pegg kandyduje do miana nieco mniej cynicznego, niszowego Morrisseya. "The Mind Is Evil" spaja oba elementy doskonale – nie wiadomo czy lepsza kompozycja, czy słowa.

113. Michael Mayer "Immer" (2002)
Okrzyczany najlepszym miksem microhouse'owym i obsypany różnymi nagrodami, "Immer" wcale nie zabiega o popularność. To zimna, gotycka, mroczna opowieść o zakamarkach ludzkiej duszy. Mistrzostwo Mayera polega na reżyserii – odpowiednim ułożeniu zebranych segmentów i wypreparowaniu z nich narracji. Ale pojedyncze tracki też powalają – "Gamma Limit" Audision czy "Psychometry" Akufena błyszczałyby w każdym towarzystwie.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

112. Yo La Tengo "And Then Nothing Turned Itself Inside-Out" (2000)
Już na płytach z lat 90. zdarzały się Yo La Tengo wycieczki w rejony spokojniejsze, ale ogólnie ujmując była to grupa preferująca hałaśliwy, dysonansowy indie rock – jak Sonic Youth, My Bloody Valentine czy Dinosaur Jr. W 2000 roku trio wykonało obrót o 90 stopni i postawiło na misternie opracowane ballady – z pozoru proste, a w istocie niezwykle mądre w swojej oszczędności, zahaczające wręcz o slowcore'ową ascezę Low. Setki wykonawców – także u nas – próbowało z takiego przynudzania zrobić sztukę i... nic. Bo najpierw trzeba napisać "Last Days of Disco", "Saturday" albo "The Crying of Lot G", żeby startować w tej konkurencji. Wady: jedyny ślad dawnego jazgotu (co symptomatyczne) w "Cherry Chapstick" i przydługie "Night Falls on Hoboken".

111. Luomo "The Present Lover" (2003)
Okładka tej płyty to perfekcyjne wprowadzenie. Hologram wyniosłej chłodnej modelki z uciętą ręką reprezentuje wizualną ułudę wielkiego świata. Jeśli "Vocalcity" medytuje nad zagubionymi cywilizacjami, to "Present Lover" błąka się po ekskluzywnych nocnych klubach, w których stali bywalcy –  modelki, aktorzy, celebryci – udają, pozują, grają, a ostatecznie i tak są rozczarowani. Blichtr i melancholia jako dwie strony tego samego medalu. Nieopisywalny klimat – after po imprezie dla VIPów, ty przysypiasz, dostałeś wejściówkę, przyglądasz się zmanierowanym, zmęczonym lansem gwiazdom. Masz rozmyte wizje – wszystko jakieś odrealnione... Sasu Ripatti nie tylko produkuje dźwiękowe ilustracje takich chwil, ale i umiejętnie nazywa je słowami. W "Visitor", bodaj najpiękniejszym nagraniu Fina, słyszymy rozkoszny damski śpiew, ale padają takie zdania jak: "I'm boiling in your cold" i "When i visit you I miss you".

110. Jaga Jazzist "What We Must" (2005)
Zderzenie jazzowej krainy łagodności Pata Metheny z przytulną ścianą dźwięku My Bloody Valentine i inteligencją Tortoise musiało zaowocować czymś, co pokochałem. Miałem pecha, że przygodę z norweską załogą zacząłem od "The Stix", najsłabszej pozycji w ich dyskografii. "What Me Must" jest najlepsza, ale "Lithuania" z albumu "A Livingroom Hush" też się domaga oklasków. Temat przewodni "All I Know Is Tonight" – choć zapewne bezczelnie ściągnięty z jakiegoś standardu (nie wierzę w wymyślanie tak doniosłych motywów w latach dwutysięcznych) – mieni się kolorami tęczy i pokazuje, że progresywna muzyka może poruszać serce, nie tylko umysł.

109. Solex "The Laughing Stock of Indie Rock" (2004)
Kto wie, czy to nie najmniej efektowna regularna płyta z czterech, jakie popełniła Elizabeth Esselink – a i tak ociera się o moją setkę dekady. Holenderka konsekwentnie wymyka się wszelkim klasyfikacjom, a przecież takie "A Round Figure" to czystej wody pop. O co chodzi? Temat postaram się rozwinąć w dalszej części zestawienia.

108. Spring Heel Jack "Amassed" (2002)
Obok Supersilent bodaj jedyna ekipa z minionej dekady, której free wywołuje u mnie gęsią skórkę. Pomijając zachwycającą ewolucję stylu od jungle do avant-jazzu, zauważmy też zgromadzenie dream-teamu z Parkerem, Shippem i Jasonem "J. Spacemenem" Piercem na czele. Ich przejścia od statycznych, podskórnie nerwowych pejzaży á la "In a Silent Way" do wściekłych wybuchów kakofonii nie mają sobie równych. Taki jazz rzadko fajny jest, ale tu właśnie obezwładnia.

107. Joanna Newsom "The Milk-Eyed Mender" (2004)
Jak dotąd wolę Joannę w tej kameralnej, intymnej osnowie, od rozbuchanej Joanny z orkiestrą i trzypłytowym albumem. Jasne, że cenię jej ambicję, ale kiedy śpiewa "I slept all day / Awoke with distaste" w "Sprout and the Bean" z akompaniamentem harfy, to jej niezaprzeczalny geniusz jest niewymuszony, roztkliwiam się i nie potrzebuję epickich kilkunastominutowych suit. Cudowne dziecko, a i owszem.

106. Muchy "Terroromans" (2007)
Debiut, który już w chwili premiery brzmiał jak składanka "greatest hits" + jeden koncertowy szlagier. W czasach internetowych nagłe zjednoczenie tak pokaźnej liczby słuchaczy to duży sukces. Powód? Od niemal każdej strony te piosenki są mocarne, a zespół robi wrażenie skonsolidowanego i gotowego na podbój kraju. To wystarczyło.

SAMA TREŚĆ: 200 płyt dekady 2000-2009, cz. II - T-Mobile Music

105. DJ Sprinkles "Midtown 120 Blues" (2009)
Terre Thaemlitz bywa spłycany do roli politycznie zaangażowanego transwestyty, rzecznika praw seksualnych mniejszości, "queer philosophera" na scenie house. Przyznam szczerze: mnie ten aspekt jego twórczości, ponoć kluczowy i bardzo istotny dla odbioru, interesuje najmniej. Wkładu osiadłego w Japonii Amerykanina upatruję raczej w zdolności do malowania niezwykle sugestywnych ambientowych pejzaży, odwołujących się w równym stopniu do intersubiektywnego poczucia nadchodzącego kresu (całość przesiąknięta subtelnie apokaliptycznym posmakiem), co do osobistych, najskrytszych wrażeń zmysłowych. W rezultacie wyczuwam tu rodzaj odrętwiałej retrospektywy na silnym haju. Kilka fragmentów - "Brenda's $20 Dilemma", "House Music Is Controllable Desire You Can Own" albo "Ball'r (Madonna-Free Zone) – to muzyka wręcz irytująca swoim prostodusznym, ciepłym pięknem.

104. Books "Thought for Food" (2002)
Mija już dziewięć lat od ukazania się tego debiutu i nikt do tej pory nie próbował pójść w ślady Zammuto i de Jonga. Ich sukces polegał na udowodnieniu, że jesteśmy wszyscy ograniczeni obowiązującymi formatami w muzyce rozrywkowej i przez to skazani na przewidywalność. Żonglerka samplami z użyciem ciszy jako integralnego składnika kolażu – powoli, cierpliwie i bez popisywania się – pomogła w stworzeniu nowego stylu. Ale powtarzam – nikt nie chciał podjąć wątku i nawet sami The Books po niemal równie udanym "The Lemon of Pink" woleli odpuścić, sięgając po wytarte folkowe klisze. I właśnie wtedy wygrali płytę roku w "The Wire"! Czasem nie rozumiem świata.

103. Cassie "Cassie" (2006)
Ryan Leslie zrobił lifting digitalnemu r'n'b, wykorzystując nadzwyczajnej urody barwę głosu Cassandry w roli kolejnego instrumentu. Ani skali, ani możliwości technicznych to ona nie ma. Ale ma wygląd (to zawsze rozbudza wyobraźnię) i ten aksamitny timbre. Jest taki czerstwy żart, że prawdziwy meloman to mężczyzna, który słysząc kobietę śpiewającą w kąpieli przykłada do dziurki od klucza ucho. I to jest właśnie sekret Cassie. Jej drugi album od dawna figuruje wśród najbardziej oczekiwanych premier r'n'b.

102. Function "The Secret Miracle Fountain" (2006)
Matt Nicholson prowadzi za rączkę ten kolektyw, niedawno przechrzczony na Outshine Family. Przemierzamy ambientowe morza cywilizacyjnej refleksji, co i raz trafiając na wysepkę w postaci pięknej gitarowej piosenki. Majaczenie, zakrzywienia czasoprzestrzeni i próby odpowiadania na pytania, na które nie ma odpowiedzi. Wymuskana, staranna muzyczna fabuła – już chyba nie do powtórzenia.

101. Bird and the Bee "Ray Guns Are Not Just the Future" (2009)
Chwalę Grega Kurstina przy każdej możliwej okazji, ale co poradzę – jestem fanatykiem talentu tego gościa. A osobowość Inary George też nie pozostawia wiele do życzenia (przekaz "Diamond Dave" – polecam). The Bird and the Bee pozostają zespołem niezrozumianym, pozbawionym targetu i chyba pomylili epoki. W latach 80. ich kunsztowne kawałki kładłyby na łopatki jakieś dziesięć razy więcej słuchaczy, niż teraz.

OCEŃ: 21 -3
Autor: Borys Dejnarowicz
Do góry
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 7.12.2011
    dodany przez: eupe
    Gość
    w tych 34 pozycjach, ja lepszego od change nie wychwyciłem, coś mi umknęło przez lata? i merri > jam? c'mon
  • 7.12.2011
    dodany przez: Krzyś
    Gość
    "bardzo miło sie czyta Pańskie wszelkie teksty
    gratulóje talętu i zazdroszcze"