Opinie
A A A
16.11.2011

WYWIAD: Mamy więcej w głowach

U Kumki Olik sporo się dzieje. Zespół pożegnał się Universalem, zaprzyjaźnił z Wojciechem Waglewskim i wystąpił na największej imprezie muzycznej w Europie (a podobno i na świecie). Gdzieś pomiędzy muzycy nagrali swoją trzecią płytę. Bracia Holakowie opowiedzieli nam, jak tego dokonali.

Właśnie wydaliście swój trzeci album w ciągu trzech lat. Niewielu artystów decyduje się na takie tempo.
Mateusz:
Chyba tylko Polsce. Czytałem niedawno wywiad z Jackiem Whitem, w którym powiedział, że według jego obserwacji rynku, obecnie płyty tak szybko przestają być czymś nowym, że gdyby chciał zadowolić słuchaczy, musiałby wydawać je co pół roku.


fot. Olga Ozierańska

Myślicie, że uda wam się utrzymać ten rytm przez najbliższe lata?
Kuba:
Wszystko zależy od tego, co wydarzy się po tej płycie. Czy zainteresowanie wokół niej będzie trwało dłużej, czy może w trzy miesiące rozegramy single i tyle. Z czysto artystycznego punktu widzenia, to wiem, że Mateusz pisze już piosenki na nową płytę. Mamy pewne plany odnośnie tego, co będziemy robili za pół roku czy rok. Nie mogę cię zapewnić, że nowa płyta ukaże się w roku 2012 czy 2013, ale na pewno będziemy pracować tak ciężko jak do tej pory. Może się zdarzyć tak, że przez rok będziemy w trasie i nie znajdziemy czasu na nagrywanie, a może być inaczej i wydamy krążek przyszłej jesieni. Zobaczymy.

"Nowy koniec świata" to pierwsza wasza płyta w nowej wytwórni, którą jest Isound. Dlaczego pożegnaliście się z Universalem?
Kuba:
Od dłuższego czasu było nam nie po drodze. Nie chodziło o problemy natury artystycznej, tylko komunikację między nami a wytwórnią. Realizacja naszych niekonwencjonalnych pomysłów zawsze kończyła się na tym, że któryś z dyrektorów stwierdzał "mamy inne priorytety". Wielu rzeczy nie mogliśmy robić na własną rękę, bo obowiązywał nas kontrakt, który ma 50 stron i uwzględnia każdą sytuację. Pojawiła się okazja, żeby go zerwać bez żadnych konsekwencji prawnych i finansowych, więc z niej skorzystaliśmy. Nową płytę chcieliśmy wydać sami, w końcu stwierdziliśmy jednak, że pomoc mniejszej wytwórni nam się przyda i się przydała.

Miksy i mastering płyty powierzyliście Benowi Findlay’owi. Jakie było wasze pierwsze wrażenie kiedy dostaliście od niego gotowy materiał?
Kuba:
Ciężko mówić o takiej sytuacji, bo z Benem robiliśmy wszystko na bieżąco. Mogliśmy słuchać wszystkiego co stworzył za pośrednictwem internetu. Jeśli jakaś gitara miała brzmieć o dwa decybele głośniej, to łączyliśmy się na skype i mówiłem mu o co chodzi. Kiedy przysłał gotową całość nie było żadnego szoku. Chociaż przeżyliśmy go, gdy usłyszeliśmy pierwszą wersję naszego singla "Szukam się". Brzmiał zupełnie inaczej niż to, co mu oddaliśmy. Wyciągnął z tych śladów więcej niż my moglibyśmy zrobić w Polsce.

Skoro o singlu mowa, to celnie wymierzyliście z jego premierą. Początek października to czas, w którym wiele par musi radzić sobie z rozstaniami…
Mateusz:
To, że jest tak wycelowany to zasługa wytwórni, która zauważyła, że dla wielu właśnie wtedy rozpoczyna się edukacja i przeprowadzki, a ta piosenka w pewnym sensie o tym opowiada. Z naszej strony to wyglądało tak, że utwór nie powstał specjalnie na tę okazję, ale był zainspirowany podobnymi wydarzeniami. Jest zwyczajnie szczery.

Jakie są wasze ulubione numery na tej płycie?
Mateusz:
Żadne. (śmiech)
Kuba:
Moim ulubionym jest "To wszystko czego się boję", przedostatni numer.
Mateusz:
Chyba "Przypadki", drugi utwór. W zasadzie to on się nie nazywa "Przypadki", tylko "Na dobry koniec", chyba właśnie zdradziłem roboczy tytuł. Typuję ten utwór, bo powstał jako ostatni i wydaje mi się bardzo świeży. W każdym utworze mam część którą lubię i z tego jestem zadowolony, bo nie z każdą płytą tak było. Wcześniej niektóre piosenki potrafiły mi się znudzić jeszcze przed ich wydaniem.


fot. materiały promocyjne

Mateusz jesteś kompozytorem wszystkich piosenek zespołu. Czy pozwalasz kolegom w nie ingerować?
Mateusz:
Przy każdej płycie wyglądało to inaczej. Tym razem działaliśmy bardzo zespołowo. Myślę, że każdy z członków grupy może czuć się odpowiedzialny za jej ostateczny kształt. Do mnie należały głównie melodie i kierunek płyty. Ogólny styl, partie instrumentów wynikły z indywidualnych upodobań każdego z nas, brzmień jakich używa, tego co oczekuje od zespołu.

Jak układała się twoja współpraca kompozytorska z Wojciechem Waglewskim, który pojawił się na waszej nowej płycie?
Mateusz:
Kiedy wpadliśmy na pomysł, by zaprosić na płytę gościa i to tak zacnego, to stwierdziliśmy, że nie będziemy mu niczego sugerować, bo sam najlepiej odnajdzie się w piosence. Po prostu zaproponowaliśmy mu jeden z utworów. Po wysłuchaniu wersji demo stwierdził, że my ją nagramy, a on się po prostu dogra w taki sposób, jaki uważa za słuszny.

Czy Waglewski był jedyną osobą którą braliście pod uwagę?
Mateusz:
Nie. Wybraliśmy pana Wojciecha ponieważ jesteśmy mocno zajarani tym co robi, zwłaszcza na ostatniej płycie Voo Voo. Poza tym przeczytaliśmy wywiad, w którym pan Wojtek wypowiadał się bardzo pochlebnie o nas, mimo, że wcześniej zupełnie się nie znaliśmy, więc można przypuszczać, że zrobił to całkowicie szczerze.

Uważacie, że dzięki temu zainteresuje się wami nieco starsza publiczność?
Kuba:
Szczerze mówiąc wątpię, bo jeden refren i jedna gitara nie zmieni całego postrzegania zespołu. Chodziło po prostu o to, że chcieliśmy urozmaicić naszą muzykę. Chcieliśmy mieć gościa, który nadałby tej płycie trochę koloru. Nie zastanawialiśmy się, czy zyskamy dzięki temu fanów powyżej trzydziestego roku życia. Pan Wojtek powiedział coś bardzo fajnego przy naszym pierwszym spotkaniu, że tak naprawdę to my jesteśmy młodzi, mamy energię, głowy pełne pomysłów itd., a on ma doświadczenie i o to nam chodziło. Nie zastanawialiśmy się nad tym, czy pan Wiesław, który normalnie kupuje płyty Voo Voo i Pink Floyd, gdy w sklepie zobaczy na naszej płycie napis "gościnnie Wojciech Waglewski", to pobiegnie z nią do kasy.
Mateusz: Pewnie znajdą się takie osoby, ale raczej nikt nie kupuje płyt w ciemno.

Nie da się jednak ukryć, że dzięki występom na takich imprezach, jak Przystanek Woodstock, czy Męskie Granie, macie spore szanse na to, że ludzie zaczną was traktować poważnie.
Kuba:
Mamy nadzieję. Robimy to wszystko na poważnie. To, że ciągnie się za nami metka produktu, to jest trochę wina naszych relacji z Universalem, gdzie nikt nie zadbał o nasz wizerunek. My sami nie jesteśmy specjalistami od PR, a w Universalu są specjaliści od zespołów dla nastolatek, więc tylko tak umieli to zrobić. Mam nadzieję, że słuchacze wezmą nas na serio, ale nie pojawiliśmy się na tych koncertach z misją, żeby ktoś nas zaczął uważać za stuprocentowy zespół. Po prostu pewnego dnia pan Owsiak zadzwonił osobiście do naszego menedżera i zaprosił na Woodstock. Tyle, nie ma w tym żadnej większej filozofii. Trzeba grać i robić swoje.
Mateusz: Sporo osób krytykuje nas, mimo tego, że nie słyszeli naszej drugiej płyty. Jest także grupa osób, która kibicuje nam od samego początku i kupuje nasze płyty. Traktują nas poważnie na tyle, na ile da się zespół rockowy traktować poważnie. Fajnie poszerzać to grono, ale nie ma sensu robić tego na siłę. Nie planowaliśmy występów na tych imprezach. Oczywiście chcieliśmy kiedyś zagrać na Woodstocku, ale nikt nie pomyślał, że to pójdzie tak łatwo, że ktoś do nas zadzwoni i zaprosi. Tak samo było z panem Waglewskim. Udało się nam razem nagrać utwór, ale wybraliśmy go dlatego, że jest jednym z niewielu takich artystów w Polsce, którzy w jakimś sensie do nas pasują. Mimo że wiele nas dzieli, wydaje mi się, że również bardzo dużo łączy. Super, że mogliśmy zrobić coś razem. Nikt nie myślał wtedy czy to musi być bardziej poważne czy nie.

Nie wyszło zbyt poważnie.
Kuba:
Tak naprawdę, gdy nagraliśmy tę piosenkę, sądziliśmy, że udział pana Waglewskiego doda temu utworowi powagi, ale kiedy dostaliśmy ją z powrotem, pomyślałem, że ta piosenka brzmi jeszcze bardziej szczeniacko niż przedtem.
Mateusz: Trzeba sobie uświadomić, że pan Wojtek wcale nie jest starym dziadem. Jak ktoś bywał na jego koncertach czy przeczytał chociaż jeden wywiad, to do razu pozna, że to jest człowiek młody duchem. Za kulisami Męskiego Grania wydawał się bardziej gibki niż my.


fot. materiały promocyjne

Wróćmy do Przystanku Woodstock. Każdy zespół wynosi z tej imprezy inne wrażenia, jak było z wami?
Kuba:
Byliśmy tą sytuacją bardzo podbudowani, ale też niepewni, wiesz jaka jest publiczność woodstockowa. Z jednej strony jest bardzo akceptująca. Pamiętam jak w 2003 roku grała na głównej scenie orkiestra filharmoniczna i wszyscy byli tak podekscytowani, jakby grało co najmniej Iron Maiden. Mimo to wychodzisz na scenę i nie wiesz jak to się skończy. Przez pierwsze dwa numery poznawaliśmy się wzajemnie, pokazaliśmy widzom, że nie jesteśmy jakimiś laleczkami z dużej wytwórni tylko prawdziwym zespołem, z krwi i kości. Dzisiaj, kiedy oglądam rejestrację z tego koncertu, to widzę, że wyglądało to świetnie, odbiór publiczności był niezły. Dla mnie to był najfajniejszy koncert w historii tego zespołu. A sam festiwal najfajniejszym wydarzeniem w sensie społecznym w jakim braliśmy udział.

Macie dobre porównanie – zagraliście na większości polskich festiwali muzycznych.
Kuba:
Faktycznie udało nam się wystąpić na większości dużych festiwali. Nie chcę tutaj powiedzieć, że Przystanek Woodstock jest lepszym festiwalem od na przykład OFF Festival, to zupełnie inne miejsca. Na świecie działają Primavera i Rock Am Ring, w Polsce jest OFF i Woodstock. To są zupełnie różne miejsca, ale nie da się ukryć, że na Woodstocku jest bardzo specyficzna atmosfera. No i zagraliśmy dla znacznie większej publiki.

Jak z perspektywy czasu oceniacie wasz debiut?
Kuba:
Z jednej strony wiele spraw poukładało się wtedy dobrze. To tak jak z każdą życiową sytuacją, która jest dla ciebie ważna. Za każdym razem wyciągasz z niej milion wniosków i pewnie rzeczy zrobiłbyś inaczej. Nie wiem czy gdybyśmy nie podpisali kontraktu z Universalem i zrobili płytę dla małej wytwórni, to bylibyśmy tak rozpoznawalni jak dziś. Fakt, że wielu ocenia nas na zasadzie 50 procent zespołu autentycznego, a 50 procent zespołu z wytwórni, ale nie wiem czy to dobrze, że zespół startuje z pozycji totalnie undergroundowej. To skomplikowane. Wolę o tym nie myśleć, niech sprawy toczą się naturalnie. Dla nas najważniejsze jest to, co robimy teraz.
Mateusz: Płyty są zapisem tego jak zespół się rozwija. Myślę, że nasza nowa płyta pokazuje, że mamy więcej w głowach niż wtedy. Poza tym, jak sam zauważyłeś, wydajemy płyty bardzo często i pokazujemy przez to, że ta pierwsza nie do końca nas satysfakcjonuje.

Pytanie na koniec: Kto częściej pożycza płyty – wy od ojca, czy ojciec od was?
Kuba:
Tata jest totalnym kolekcjonerem. Poza tym jest najszczęśliwszą osobą w Polsce, w związku z prowadzeniem iTunes. Ma setki płyt. Za każdym razem jak przyjeżdżam na weekend to przeglądam to, co ma i wybieram najciekawsze krążki. Tata ma charakter kolekcjonera i odkrywcy, a my nie mamy zupełnie na to czasu.

OCEŃ: 11 -2
Zrob Glosniej Nowa Edycja The Cinematic Orchestra Galeria Dreadsquad - O Sobie Samym

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.