T-MOBILE MUSIC
WYWIAD: Nie jestem strategiem
Od dawna myślałem o zmianie muzycznego uniwersum – mówi Nils Petter Molvaer. Właśnie wydał swoją najważniejszą płytę od 15 lat.
Czy ataki Andersa Breivika wracają jeszcze w codziennych rozmowach Norwegów?
Wciąż próbujemy zrozumieć tego człowieka. Co wydaje się niemożliwe, bo jak zrozumieć kogoś, kto strzela do dzieci, aby uratować Europę? Ale to zrozumienie jest niezbędne, jeśli podobna tragedia ma się już nigdy nie powtórzyć. Pod koniec lipca przebywałem akurat we Włoszech. Po powrocie od razu poszedłem do centrum Oslo, w okolice miejsca pierwszego zamachu. Ludzie na ulicach niby zachowywali się normalnie, ale miałeś świadomość, że 50 tysięcy osób myśli właśnie dokładnie o tym samym. Jestem za to dumny z reakcji władz, które zareagowały ze spokojem i otwartością - inaczej, niż można by się spodziewać. Niedawno mieliśmy w Norwegii wybory do samorządów i partie skrajne drastycznie straciły na poparciu.

fot. Hopper Management
Na przekór temu, co chciał osiągnąć zamachowiec.
Mam jeszcze nadzieję, że zdołamy obronić charakterystyczną dla naszego społeczeństwa empatię i tolerancję.
Tytuł twojego nowego albumu "Baboon Moon" skojarzył mi się z "Baloon Mood" twojej rodaczki Anji Garbarek.
Och, rzeczywiście brzmią tak samo. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Chyba nawet nie kojarzę tej płyty, chociaż znam Anję. Przypadek.
A skąd decyzja, by do nagrania "Baboon Moon" zatrudnić nowy zespół?
Sprowokował ją mój wieloletni gitarzysta Eivind Aarset, który coraz częściej wspominał o rozwodzie. Zresztą i ja od dawna myślałem o zmianie muzycznego uniwersum. Postanowiliśmy rozstać się w cywilizowany sposób, więc graliśmy wspólnie jeszcze przez cały rok. W międzyczasie występowałem solo na pewnym włoskim festiwalu. Był tam także Stian Westerhus z Jaga Jazzist. Poszedłem na jego koncert i okazało, że trafiłem w dziesiątkę, właśnie kogoś takiego szukałem. Porozmawialiśmy chwilę, a półtora roku później zadzwoniłem do niego z propozycją.
Przez chwilę graliście z innym perkusistą, teraz tria dopełnia Erland Dahlen.
I jestem zachwycony tym składem. To najlepszy zespół w całej mojej karierze. Cieszy mnie to tym bardziej, że nie jestem żadnym strategiem muzyki. Decyzje podejmuję na podstawie intuicji i dopiero po czasie przekonuję się co do ich słuszności. Ta okazała się trafna.

fot. Sony Music
Stian i Erland faktycznie pochodzą z innego świata niż ty, są raczej rockowymi eksperymentatorami. W rezultacie to, co gracie razem, nie ma już nic wspólnego z jazzem.
To prawda, ale nad tym także specjalnie się nie zastanawiałem, więc musi to być logicznym następstwem moich poprzednich płyt. Chociaż produkcję świadomie powierzyłem Stianowi. Dzięki temu całej naszej trójce łatwiej było dotrzeć w rejony, w które ja się nigdy dotąd nie zapuszczałem. Oficjalnie jestem współproducentem, ale w praktyce ograniczało się to do przytakiwania Stianowi. Mimo tego brzmienie oraz kształt płyty są dokładnie takie, o jakich marzyłem. Oprócz tego Stian, podobnie jak Erland, przyniósł do studia mnóstwo nietypowych instrumentów. Na koncertach nasza scena przypomina plac zabaw. (śmiech)
W singlowym "Mercury Heart" Stian gra na gitarze smyczkiem, jak Jónsi z Sigur Rós.
O tym też nie pomyślałem, ale bardzo ich lubię!
Za to prawie zrezygnowaliście z charakterystycznych dotąd dla ciebie loopów.
Nie tyle zrezygnowaliśmy, co utrudniliśmy sobie życie: większość zabiegów studyjnych realizowaliśmy analogowo. Doszliśmy nawet do momentu, gdy jak w poprzedniej epoce cięliśmy nożyczkami i kleiliśmy stare, jednocalowe taśmy. Wykorzystałem wprawdzie komputer do efektów nakładanych na trąbkę, ale tym razem potraktowałem go jako narzędzie, a nie jak samodzielny instrument.
Na studio wybrałeś podobno miejsce, w którym dorastałeś?
Tak, to przepiękna wyspa u wybrzeża, blisko mojego domu. Dalej nie ma już nic – a raczej następnym przystankiem są Wyspy Owcze. Sprzęt w studiu też jest dosyć szczególny. Konsola mikserska na przykład okazała się tą samą, na której zrobiono "OK Computer". Jest tam mnóstwo starych wzmacniaczy, mikrofonów. Niejako naturalnym wyborem było nagrać tam możliwie analogowy materiał. Samo to miejsce – malownicza wyspa, staroświeckie studio – istotnie wpłynęły na brzmienie "Baboon Moon".

fot. Sony Music
Pamiętasz, kogo słuchałeś wtedy, gdy jeszcze tam mieszkałeś?
Jimi Hendrix, Led Zeppelin, Crosby, Stills, Nash & Young, Marvin Gaye, Otis Redding, Isaac Hayes... Niewiele jazzu, prawdę mówiąc. W zasadzie nigdy nie słuchałem go zbyt wiele.
Jest na "Baboon Moon" kompozycja, którą uważasz za centralną dla całej płyty?
Pierwsza na myśl przychodzi mi "Mercury Heart". Album zaczyna się od niej, lecz nagraliśmy ją jako ostatnią. To bardzo intensywny utwór. Gdy skończyliśmy go miksować, musieliśmy pójść do pobliskiego baru odreagować.
A który był pierwszy?
Prawdopodobnie "Bloodline", bo to najstaranniej przemyślany fragment całego albumu. Aczkolwiek cała sesja nagraniowa wraz z miksowaniem trwała zaledwie dwa tygodnie, wiele utworów powstawało więc jednocześnie.
Twoja ulubiona kompozycja?
Nie mam takiej, bo zawsze patrzę na całość, myślę dużymi kategoriami. Z tego powodu kilka świetnych kawałków musiało zresztą wylecieć z "Baboon Moon", bo nie pasowały do całego obrazu.
A ten pawian w tytule i na okładce?
W Norwegii mamy znakomitego artystę o nazwisku Per Maning. Trzy lata temu współpracowałem z nim nad krótkometrażowym filmem "Perfect Stone". Dziwnym trafem w tym samym czasie wpadłem na pomysł tytułu "Baboon Moon" - pod wpływem pewnej duńskiej książki – oraz trafiłem na wystawę zdjęć Pera. I tam właśnie pokazywany był ten pawian. Per nie miał nic przeciwko temu.
