T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Witajcie w małpiarni
Modeselektor biją pokłony.
Bogactwo trzeciego albumu Modeselektor chciałoby się wytłumaczyć tym, że powstawał między innymi w Berlinie, Londynie i Detroit, w których to miastach Gernot Bronsert i Sebastian Szary nazywany Charliem wdychali atmosferę lokalnych klubów i gdzie tańczyli do najbardziej aktualnych i połamanych rytmów, by powróciwszy nad ranem do hotelu upychać to wszystko w pamięci laptopa. Ale to nieprawda. "Monkeytown" duet zarejestrował w domu, za jednym zamachem, podobno w niecałe dziesięć tygodni.

Różnorodność stylistyczna płyty to jedno. W stopniu nie mniejszym Niemcy zaskoczyli mnie ostentacją, z jaką składają hołd swoim idolom. Kłaniają się im w pas w rozmowach – Bronsert w niedawnym rendez-vous z Martynem na zmianę komplementował holenderskiego producenta i przepraszał go za komplementy nietrafione – nieustannie ślą też laurki ze studia. W "Evil Twin" na przykład nie mówią Aphex Twinowi: "Potrafimy lepiej", jak przystało na następców. Przyjmują raczej postawę naśladowców: "Lepiej niż on nikt nie zdoła. Nagrajmy to tak samo". Byłby tytuł niniejszego longplaya wyrazem samoświadomości i dystansu?
Inspiracje Bronserta i Szarego są więc tyleż rozległe, co ewidentne. Dubstep tu ("Berlin"), UK funky tam ("German Clap"), przetykane 8-bit music ("Grillwalker") i hip-hopem wspieranym przez niezgorszą inżynierię wokalną (Otto Von Schirach w "Evil Twin" czy zmontowane wspólnie z Anti-Pop Consortium "Humanized"). Dzięki Modeselektor mogą spotkać się stylistyki pokrewne, bo klubopochodne, rzadko jednak widywane na tych samych imprezach. Co dla oceny niniejszego procederu jest kluczowe, to że owoce stylistycznych eskapad Niemców często dorównują wyczynom mistrzów owych (mikro)gatunków. Włączenia "Blue Clouds" na ubiegłoroczny longplay nie odmówiłby Skream. Magnetic Man nie mieliby problemu z adopcją "Berlin", a średnią "4everevolution" Roots Manuvy wydatnie podniosłoby "Pretentious". Autorstwo "Shipwreck" dorzuconego na koniec "The King of Limbs" nie budziłoby podejrzeń nawet tych, którzy dorobek Radiohead zwykli oglądać przez szkło powiększające. Swoją drogą Thoma Yorke'a panowie musieli w końcu zaprosić do studia, skoro on tyle razy zapraszał ich na scenę.
Jakość i tempo zmian scenerii "Monkeytown" wyraźnie spada po intensywnych czterech utworach. Stąd nie dziwią mnie słuchacze, którzy wyłączają płytę przed niezbyt udanym "German Clap". Powinni jednak skoczyć przynajmniej do przedostatniego "This", w którym głos Yorke'a posłużył za wkład do samplera i znakomicie się w tej roli odnalazł. Warto również zahaczyć o zupełnie popowe "Green Light Go" z żywą perkusją dzięki uprzejmości Gordona Boergera z PVT. A to już w sumie ponad połowa płyty – całkiem niezły wynik jak na zwykłe małpowanie.
Modeselektor "Monkeytown", Monkeytown
