T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Dysfunkcja gustu
Steven Wilson od zawsze rozczarowywał fanów. W końcu zawiódł sam siebie.
Jeśli geniuszem nazwać kogoś, kto jest niewiarygodnie dobry w określonej dziedzinie lub jest dobry w niewiarygodnie wielu dziedzinach, to Steven Wilson podpada pod tę drugą definicję. Nie dokonał rewolucji w żadnym gatunku, ale był rewelacyjny w wielu.

Tak myślałem o Wilsonie dziesięć lat temu, gdy zasponsorował mi zabieg poszerzania horyzontów muzycznych. Przed Wilsonem słuchałem głównie męskiego rocka i żeńskiego popu, łagodnej elektroniki i "Bolera" Ravela. Po Wilsonie wyznawałem również ambient (za sprawą jego solowego projektu Bass Communion), awangardę (za sprawą jego solowego projektu I.E.M.), taneczny pop (wczesne no-man – czyli duet Wilsona z wokalistą Timem Bownessem), zapatrzoną w soul plądrofonię (środkowe no-man), wyrafinowany post-rock nieopodal wielkiego finału Talk Talk oraz dojrzałego Davida Sylviana (późne no-man), eksperymentalną psychodelię (bardzo wczesne...), house, techno i faktycznie progresywny rock progresywny (…i wczesne Porcupine Tree), eklektyczną alternatywę spod znaku Radiohead, tyle że przed Radiohead ("Signify" i "Stupid Dream" Porcupine Tree), szlachetny akustyczny pop (i "Lightbulb Sun" oraz "Recordings" tej samej ekipy), wreszcie radykalny skandynawski metal (Wilson wyprodukował trzy z czterech najlepszych płyt Opeth), kameralny skandynawski pop (wyprodukował też najlepszą płytę Anji Garbarek), eksperymentalny jazz (współpraca z flecistą i saksofonistą Theo Travisem) oraz trzydzieści siedem innym gatunków, które wyliczał wśród inspiracji, samplował i promował w swoich podsumowaniach płytowych roku. Przy okazji: ilu muzyków publikuje własne podsumowania roku?
Podobne epifanie były standardem u tych, którzy głębiej wchodzili w dyskografię Wilsona – a jest w co, bo samych płyt autorskich nagrał około setki, a pełny wykaz jego aktywności wykonawczo-producenckich zajmuje ponad 300 stron. Pamiętam, jak obrzydliwie przystępny debiut Blackfield – poprockowego duetu Wilsona i Aviva Geffena – zajął drugie miejsce w zestawieniu najlepszych płyt 2004 roku według słuchaczy Nocy Muzycznych Pejzaży, progrockowej audycji Piotra Kosińskiego. Albo jak po wspólnej trasie koncertowej Porcupine Tree i Opeth na koncertach tych drugich pojawiły się kolory inne niż czerń. W serwisie RateYourMusic lista "Popular In" w profilu Anji Garbarek zaczyna się od polskiej flagi raczej za sprawą Wilsona niż udziału Roberta Wyatta. "Gdyby nie Steven Wilson, to nie odkryłbym techno, trance'u, ambientu, kraut-rocka, shoegaze'u i IDM" – stwierdził kilka dni temu znajomy producent. – "Prawdopodobnie nie zająłbym się też sam tworzeniem muzyki. To właśnie Wilson ze swoim DIY wytworzył mnie pasję tworzenia dźwięków, a nie tylko ich pasywnego słuchania. Tym bardziej szkoda, że mistrz zszedł w rynsztok".
Mocno powiedziane. Sam jednak też smęcę tyle na temat przeszłości, by uniknąć właściwej recenzji. Bo druga płyta Wilsona wydana pod jego własnym nazwiskiem, okazuje się tak samo nieudanym dwupłytowym tasiemcem jak ostatnie wydawnictwo Porcupine Tree. Najlepsze momenty "Grace for Drowning" to tylko cień najlepszych momentów PT czy Blackfield (notabene nowa płyta duetu także poraża miałkością). Najgorsze momenty sugerują, że Wilson zatracił poczucie dobrego smaku. W połowie drugiego CD musiałem zapauzować płytę z niedowierzaniem, że człowiek odpowiedzialny za "Signify", "Returning Jesus" i "16 Second Swarm" – ambientowe arcydzieło porównywalne w mojej ocenie tylko z "An Ending (Ascent)" Briana Eno – mógł dopuścić się utworu "Raider II". Bo przez tandetne wejścia klawiszy na początku i na końcu nudnawego skądinąd "Secretarian" i przez godny Coldplay patetyczny finał "Postcard" – zdołałem jakoś przebrnąć. Klimatyczny środek "Raider II" to niemal kradzież z King Crimson (których klasyczny dorobek Wilson odświeżał ostatnio na potrzeby wydania 5.1). "No Part of Me" rozpoczyna się przepięknie, ale kończy hardrockowymi autocytatami z poprzednich płyt PT i pierwszej solówki Wilsona. Freejazzowe wstawki saksofonu? Było. 15 lat temu.
Kwestia gustu – powie ktoś. Przecież zastępy zblokowanych stylistycznie słuchaczy obrażały się na Wilsona, ilekroć zmieniał styl. (Czyli średnio raz na rok). Oskarżano go o zdradę ideałów alternatywy przy okazji każdego singla Porcupine Tree, zapominając przy okazji, że no-man od zarania celowało w listy przebojów. Za konszachty z diabłem dostało mu się przy okazji kontraktu z Warnerem. Oddanych wrażliwców zniechęcił swoją fascynacją metalem. Historia Wilsona to historia ciągłych rozczarowań jego fanów. Oprzyjmy się więc na guście samego Wilsona: jego kręgosłupie artystycznym, gdy nagrywał najważniejsze płyty Porcupine Tree, no-man, debiut Blackfield czy znakomitą trylogię Opeth. Z błotem równał wówczas cały nurt neoprogowy. Kpił z wioślarzy-wyczynowców. Zabraniał nazywać się wokalistą czy gitarzystą – wolał być producentem. Tępił puste solówki i nadęte suity. Gdy "Russia on Ice" wygrało w "Trójce" plebiscyt na najlepszy utwór Porcupine Tree, było mu głupio, bo szalenie żałował umieszczenia na lekkim "Lightbulb Sun" tego 13-minutowca. Na pytania o Pink Floyd, odpowiadał Milesem Davisem i Abbą, Beatlesami i Brianem Wilsonem, od którego uczył się miksować wokale. Do tego grona świętych miał ambicję – jakkolwiek naiwną, to całkowicie słuszną – kiedyś dołączyć. Jak to tych marzeń ma się dwupłytowe monstrum neosymfoniczno-progrockowe z bezlikiem solówek i dłużyzn?
Czy nie od takich właśnie skojarzeń od połowy lat 90. usiłował się uwolnić? Progfani wystawią mu za "Grace for Drowning" pomnik, tylko że dotąd Wilsonowi chodziło o pomników obalanie. Cała nadzieja w tym, że czasowe dysfunkcje gustu przechodzili swego czasu i Miles, i Brian, i Paul.
Steven Wilson "Grace for Drowning", KScope
-
8.04.2012dodany przez: Funnykris
http://www.bernafon.pl/Consumers.aspx
Panie Mariuszu. Podobno te aparaty słuchowe są dobre. -
1.04.2012dodany przez: Milena
Raider II ma niesamowity klimat. Aranżacja faktycznie zerżnięta z King Crimson, ale można to chyba wybaczyć komuś, kto dopiero co miksował ich płyty. Ale że za długie, nudne... No cóż, może czas przerzucić się na wielkie gwiazdy współczesnej sceny popu? A ilość nigdy nie miała złego wpływu na jakość muzyki tego geniusza. -
14.01.2012dodany przez: Kuba
Album roku. A dysfunkcję gustu to ma chyba sam autor. -
Panie Igorze,
po lekturze drugiego akapitu recenzji nie powinien mieć Pan wątpliwości co do dwóch rzeczy: że autor tego akapitu zwykł bardzo, bardzo przykładać się do twórczości Stevena Wilsona oraz że nie ma powodu "szukać kija na psa", bo temu psu zawdzięcza zbyt wiele, by mieć do tego rodzaju nastawienie.
I tak, przywoływane fragmenty "Raider II", "Secretarian" czy "Postcard" to dla mnie poziom Areny czy Pendragon, i to najsłabszych płyt w wypadku tego drugiego.
Artysta ma prawo iść, gdzie mu się żywnie podoba - oczywiste. Z radością przeszedłem z Wilsonem przez kilka, może nawet kilkanaście gatunków i nie miałem z tym problemu. Bo nie w rodzaju muzyki problem, ale w jej klasie. -
3.11.2011dodany przez: Igor
Witam, przepraszam za pomyłkę w imieniu, oczywiście zwracam się do Pana Mariusza. -
3.11.2011dodany przez: Igor
Zastanawiam się, czy autor recenzji w ogóle słuchał tej płyty. Czy może inaczej - ile razy jej słuchał? Bo piękny zestaw pretensji, którymi raczy czytelnika w ostatnich akapitach jest radujący serce. Tak to jest, Panie Łukaszu, jak się artyście dorabia gombrowiczowską gębę, na podłóg własnych wyobrażeń. Smuci się Pan, że Wilson przestał "obalać pomniki"? To może przestać oczekiwać rozkoszy zadowolenia, z tego jak ktoś spełnia zachcianki, a zaakceptować, że Artysta robi co lubi i na co ma ochotę. A to wyszło mu znakomicie, czego można wysłuchać na Grace For Drowninig. I konia z rzędem temu, kto usłyszy na tym albumie neo-prog (naprawdę niedaleko wg. Pana tej płycie do muzyki Areny, czy Pendragon?). Chociaż, zgodnie ze starym przysłowiem, jak ktoś chce, to na psa kija znajdzie, albo z zapałek ustruga. Pozdrawiam -
2.11.2011dodany przez: Obserwator
T-Mobile Music tak sobie swobodnie linkuje materiały do YouTube, z których część narusza prawa autorskie artystów będących podmiotem artykułu? Ciekawe, przecież już teraz kilka Pana odnośników zostało zablokowanych przez podmiot prawny reprezentujący Wilsona. Rozumiem zamiar uatrakcyjnienia recenzji poprzez dodanie materiałów interaktywnych, ale odnośnik do wideo lub audio na Tubie niewiadomego pochodzenia to chyba nie najlepsza metoda. -
2.11.2011dodany przez: Obserwator
T-Mobile Music tak sobie swobodnie linkuje materiały do YouTube, z których część narusza prawa autorskie artystów będących podmiotem artykułu? Ciekawe, przecież już teraz kilka Pana odnośników zostało zablokowanych przez podmiot prawny reprezentujący Wilsona. Rozumiem zamiar uatrakcyjnienia recenzji poprzez dodanie materiałów interaktywnych, ale odnośnik do wideo lub audio na Tubie niewiadomego pochodzenia to chyba nie najlepsza metoda. -
komentarz
