Opinie
A A A
03.10.2011

Esencja: 25 x hip-hop

2Pac, Jay-Z i Wu-Tang Clan jak najbardziej, ale już nie Kanye, Eminem, ani Beastie Boys. Poznajcie hiphopowe diamenty Andrzeja Cały.

Od wielu lat byłem zasypywany prośbami o sporządzenie rankingu moich ulubionych płyt hiphopowych. Zapierałem się przed tym oburącz i obunóż. Do czasu... Nadeszła pora na coming out. Na wielogodzinną burzę mózgu, przegląd domowych zasobów płytowych, otwarcie w głowie i pamięci klapek, aby wyznaczone sobie samemu zadanie wykonać jak najbardziej uczciwie. Najpierw lista liczyła grubo ponad dwieście pozycji. Potem na drodze eliminacji i dyskusji z samym sobą, skreślałem kolejne albumy. Zostało ich w końcu 25, czyli absolutne minimum. Z drugiej strony pomyślałem, że jakbym miał jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu wylądować na bezludnej wyspie, pewnie nie mógłbym zabrać ich więcej.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music
Tupac Shakur      fot. Medium

Zaznaczam od razu, że nie jest to lista najlepszych czy najbardziej przełomowych płyt hiphopowych. Nie opiszę ich tak głęboko, jak zrobiłby to Borys Dejnarowicz, ale zwyczajnie nie umiem i nie odczuwam takiej potrzeby, bo w rapie prostota szacunek budzi (no offence Borys, inne audytorium). Nie jest to zestawienie pozycji, które trzeba znać na pamięć, żeby móc pretendować do miana znawcy hip-hopu. Poniższy tekst będzie wyborem albumów (kolejność alfabetyczna), które dla mnie osobiście znaczą najwięcej i które z czystym sumieniem polecam każdemu, kto chce poznać ten gatunek od każdej strony.

Nie ma żadnego longplaya z Polski, Francji czy Niemiec. Nie ma żadnego krążka datowanego na lata 80. Jasne że warto poznać dokonania Big Daddy'ego Kane'a, duetu DJ Jazzy Jeff & The Fresh Prince czy Public Enemy, ale tak się składa, że do nich nigdy nie wracam. Liznąłem, posmakowałem i odstawiłem na półkę opatrzoną szyldem "Pozycje historyczne". Amen. To co znajdziecie poniżej to swoiste crème de la crème rapu, opisane słowami autora jednej z pierwszych pozycji książkowych na temat tego gatunku w Polsce, dziennikarza zajmującego się nim od dekady, ale przede wszystkim człowieka, dla którego hip-hop to coś więcej niż muzyka - to istotna część życia.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

2Pac "Greatest Hits" (1998)
To jedyna w zestawieniu pozycja typu największe hity, ale... Zawsze miałem problem z 2Pakiem. "All Eyez on Me" to album świetny, jeden z niewielu dwupłytowych, do których trudno mieć zastrzeżenia, ma jednak kilka wypełniaczy. Na "Me Against The World" znalazły się z kolei dwa-trzy kawałki, których znieść nie mogę. W efekcie w zasadzie tylko ta pośmiertna kompilacja jest wydawnictwem, bez którego obejść bym się nie mógł. Do rapera utożsamianego z obozem Death Row można mieć spory dystans, bo rzeczywiście po zabójstwie uczyniono z niego wręcz męczennika hip-hopu i niebezpiecznie zaczęto wynosić na ołtarze, a z drugiej strony wyznawcy rapowego podziemia i niezależności przestali dostrzegać jego liczne artystyczne zalety. Prawda jest natomiast taka, że 2Pac wielkim raperem był i basta. Doskonały tekściarz z zapadającym w pamięć głosem, talentem do kapitalnych refrenów, a przede wszystkim do opowiadania błyskotliwych historii. Można się brzydzić kolejnymi pośmiertnymi wydawnictwami, ale akurat ten blisko dwugodzinny składak nie ma słabego punktu i genialnie oddaje skalę jego talentu.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

A Tribe Called Quest "Midnight Marauders" (1993)
Długo głowiłem się, czy wybrać "Midnight Marauders" czy też wydane trzy lata później "Beats, Rhymes & Life". Stanęło na tym pierwszym, bo to jednak najlepsza płyta wybitnego trio z Nowego Jorku i bez wątpienia jeden z kamieni milowych hip-hopu. Począwszy od wybitnej okładki, inspirowanej "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" The Beatles, przez wybór sampli (jest nawet jeden z Urbaniaka!), aż po klimat oraz brzmienie, które do dziś nic a nic nie straciło ze swojego czaru. To taka płyta, którą włączasz i na blisko godzinę odpływasz, tracisz kontakt ze światem. Mądre teksty Q-Tipa dają wciąż do myślenia, zaś piękna muzyka będąca kwintesencją klasycznego hip-hopu o jazzowych i soulowych fundamentach przez wiele lat stanowiła wzór, punkt odniesienia dla tysięcy twórców. Numery, które bezwzględnie należy znać to "Award Tour", "Electric Relaxation", "Lyrics to Go" oraz... wszystkie pozostałe.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Blackalicious "Blazing Arrow" (2002)
Drugi longplay w karierze duetu Gift Of Gab (raper) - Chief Xcel (producent) to pozycja dla mnie wyjątkowa z wielu powodów. Takim najważniejszym jest fakt, że była to pierwsza recenzja, za którą mi zapłacono. A dostać dziewiczą wierszówkę za opisanie albumu, o którym pisanie było prawdziwą przyjemnością, to - uwierzcie na słowo! - chwila wyjątkowa. Blackalicious nie zajmą nigdy wysokiej lokaty w konkursie na najbardziej wyjątkową formację rapową, nie zobaczycie ich klipów w telewizji, nie usłyszycie numerów w radiu. Dla mnie jednak są w absolutnej czołówce, a skoro na "Blazing Arrow" dograli się m.in. Gil Scott-Heron, Questlove, Zach de la Rocha, Saul Williams, zaś kompozycji użyczył DJ Shadow, to znaczy, że nie tylko ja ich cenię. A cenię za szczerość i wrażliwość w tekstach, za niesamowite muzyczne pejzaże, za mądrość, dojrzałość. Za to, że w każdym z siedemnastu kawałków przemycili mnóstwo smaczków. W końcu za to, że obalają wszystkie mity na temat hip-hopu jako muzyki bezmyślnej, bezrefleksyjnej, hedonistycznej i prostej brzmieniowo. Nic z tego.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Clipse "Hell Hath No Fury" (2006)
Byli mądrzy Blackalicious, pora na cwaniaków z Clipse, czyli braterski duet Malice i Push T oraz ich opus magnum. Siła tego albumu to kosmiczne połączenie cwaniackiej, gangsterskiej tematyki z niesamowitą muzyką The Neptunes, którzy osiągnęli tutaj formę życiową, łącząc syntetykę z przebojowością oraz awangardowością zarazem. Minimalizm idzie w parze z eksperymentami, których nie powstydziliby się twórcy spod znaku niszowej, eklektycznej elektroniki. Płyta potwornie wciąga, często zaskakuje i mogłaby być idealną ścieżką dźwiękową dla współczesnej ekranizacji "Człowieka z blizną".

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Common "Like Water For Chocolate" (2000)
Nikt na przełomie wieków nie zespolił hip-hopu, soulu i funku w tak zniewalający sposób. Common długo przebijał się do rapowej czołówki, ale po tym albumie nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to artysta wybitny, w dodatku ze świetnym uchem do bitów. Muzycznie jest to w pewnym stopniu hiphopowe przedłużenie "Voodoo" D'Angelo, a to za sprawą produkcji Jaya Dee oraz Soulquarians. Do dziś waham się, czy lepsze na "Like Water For Chocolate" jest rapowanie i teksty, czy też kompozycje? Chyba wychodzi remis. Artysta z Chicago od zawsze mnie fascynował, bo też hip-hop z przesłaniem, poruszający wątki społeczne i polityczne, okraszony miękką, głęboką muzyką to najbardziej mi bliski środek wyrazu.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Da Grassroots "Passage Through Time" (1999)
Kanadyjskim hip-hopem zaraził mnie nocnymi audycjami w Radiostacji ("600 Volt gra, Tytus nawija") szef Asfalt Records - Tytus. Spośród licznych rapowych smakołyków z krainy syropu klonowego, ten jest zdecydowanie najsmaczniejszy i najbliższy ideału. Da Grassroots to trio producenckie, a "Passage Through Time" to ich jedyny LP. W większości zarapowany przez nawijaczy z podziemnej sceny Toronto, ale nie zabrakło też wyjadaczy - Saukratesa oraz Choclaira. Warto zwrócić uwagę, że chociaż Da Grassroots to trio, ogrom kompozycji przygotował tylko jeden z nich - Mr. Attic. Prawdziwy czarodziej dźwięku. Jego podkłady są bardzo głębokie, akwarystyczne, przestrzenne. Sprawdźcie chociażby "Drama" i będziecie wiedzieć, co mam na myśli.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

De La Soul "Stakes Is High" (1996)
"Mam dość dziwek trzęsących tyłkami, gadania o blantach, okularach Versace, mam dość slangu" -rapuje w kawałku tytułowym Dove, dodając - "Wydaje mi się, że uśmiech w miejscach publicznych jest wbrew prawu". Mocne. Zresztą linijki z całego numeru znam na pamięć i często się zastanawiam, co teraz myślą sobie panowie z De La Soul na temat rapowej sceny, skoro już 15 lat temu tak ostro ją skrytykowali. Dziś wydaje się to dość paradoksalne, bo jakby nie patrzeć, z lat 90. pochodzi najwięcej mądrego, ciekawego i przede wszystkim oryginalnego hip-hopu. Nowojorskie trio w kontrze do komercyjnych zapędów konkurencji nagrało płytę pozbawioną jakichkolwiek ozdobników. Czysty, pozytywny, zaangażowany hip-hop, w którym znalazło się miejsce dla gościnnych występów Commona, Zhane czy młodziutkiego wtedy Mos Defa. Album jednak, nie wiedzieć czemu, przeszedł w zasadzie bez echa, tak jakby De La Soul wypadli z obiegu. Bezgraniczna głupota.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

DJ Shadow "Endtroducing" (1996)
Przejmujący początek "Building Steam with a Grain of Salt" rozpoznam nawet wybudzony z najgłębszego snu w środku nocy. "Changeling" długo było dzwonkiem w moim telefonie komórkowym. Przy "Midnight in a Perfect World" odpływał w inną przestrzeń będę pewnie mając nawet 90 lat, o ile dożyję, oczywiście. Przyznam szczerze, że sporo trwało zanim ogarnąłem w pełni geniusz Shadowa, zrozumiałem wszystkie jego dźwiękowe pomysły i zagrywki. Płyta monumentalna, koniec i kropka, a kto nie zna, powinien mieć wyrzuty sumienia.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Foesum "Perfection" (1996)
Hip-hop z Kalifornii w najlepszym, najsmaczniejszym wydaniu, znany jednak przez wąskie grono fanów. Pora to nadrobić, żeby g-funk nie kojarzył się tylko z wyczynami Dre, Snoopa, Warrena G, Tha Dogg Pound czy DJ-a Quika. Fenomenem w Foesum jest osoba producenta DJ-a Glaze'a, który ma filipińskie korzenie, a nagrywa takie piszczały i basy, jakby już jego pradziadek wygrzewał się pod palmami w Long Beach. Tekstowo oczywiście "Perfection" nie jest wydawnictwem wielce interesującym, ale nie o poezję w g-funku chodzi, tylko brzmienie, luz i słońce. Słowem (a w zasadzie trzema) - pozytywne gangsterskie wibracje. Z obowiązkowymi żeńskimi wokalami oczywiście.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Jigmastas "Infectious" (2001)
DJ Spinna to jeden z najlepszych i najbardziej niedocenianych producentów w historii hip-hopu, bez dwóch zdań. Raper Kriminul nie miał z kolei nigdy ambicji, by stać się gwiazdą czy choćby wiodącą postacią niezależnej sceny, w związku z czym duet Jigmastas nie osiągnął sukcesu i pozycji, na jaką zasługuje. Reprezentują podziemny Nowy Jork, ale w ich muzyce nie znajduje to jakiegoś szerszego odbicia, bo też podkłady Spinny za sprawą przedziwnych klawiszowych wariacji mają iście kosmiczny, futurystyczny posmak. "Infectious" pozbawione jest słabych momentów, słucha się na raz. I tak naprawdę nie do końca rozumiem, dlaczego pozostało wydawnictwem aż tak podziemnym, że znanym promilowi fanów rapu na świecie?! Niezbadane są wyroki itd., itp...

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Jay-Z "Reasonable Doubt" (1996)
Chyba do końca świata będą trwały dyskusje, czy lepszą pozycją w dyskografii Jaya-Z jest debiut czy też "The Blueprint" z 2001 roku. Wybieram pierwszą opcję, bo płyta jest dłuższa i nie ma na niej kawałka, w którym Shawn Carter dałby się pożreć gościowi, co ma miejsce na "The Blueprint" w utworze "Renegade", gdzie życiówkę zaliczył Eminem.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music
A może by tak zapuścić wąsy?     fot. Medium

"Reasonable Doubt" to wzorowe wejście na scenę i najmocniejszy początek albumu w historii rapu. "Can't Knock the Hustle", "Politics as Usual", "Brooklyn's Finest" (wybitny duet z Notoriousem B.I.G.) i "Dead Presidents II" do dziś wywołują ciarki na plecach, nawet jeśli słuchasz ich po raz tysięczny. Debiut Jaya-Z niesie sobą niezwykłą moc, perfekcyjnie opisując świat młodego człowieka z Nowego Jorku, który chce wygrać z życiem, chce najpierw podbić ulice tej metropolii, a potem stopniowo owijać sobie wokół palca kolejne zakątki świata. Niewiele osób po premierze "Reasonable Doubt" przypuszczało, że oto objawił się nam nowy król rapu i jeden z muzyków, którzy odmienią współczesną popkulturę, tymczasem...

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Ludacris "Back For The First Time" (2000)
Debiut postrzelonego reprezentanta południowej sceny, jednego z najbardziej błyskotliwych i nieszablonowych raperów XXI wieku, otworzył mi oczy na nowy, komercyjny hip-hop, w którym nie znajdziemy pięknych soulowych sampli i filozoficznych rozważań. Ma być zabawa, szaleństwo i moc. Żadnego przynudzania, wywodów na temat kondycji człowieka na chwilę przed WTC, sto procent hedonizmu. Spoko, nie mam nic przeciwko temu. Gdy ktoś tak operuje wokalem, ma tak barwny styl jak Ludacris, to może nawet rapować o tym, że właśnie wyszedł z kibla i zabrakło papieru, bo można być pewnym, że opowie o tym z poczuciem humoru, na luzie, z polotem. "Back For The First Time" to wzorowe muzyczne tło do tych dni, gdy na wszystko mam wywalone, gdy chcę po prostu pić piwo, jeść pizzę i palić papierosy po świt, nie przejmując się czymkolwiek.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Mad Skillz "From Where???" (1996)
Jeden z dziesięciu najlepszych raperów w historii i nie przekonasz mnie czytelniku, że nie mam racji! Nie sprzedał nawet miliona płyt? I co z tego?! Dziewięćdziesiąt procent najbardziej czczonych "mistrzów" spod znaku chillwave czy innego popu z Islandii nigdy nie liznęło chociażby polewy z loda sławy, który był jego udziałem. Mad Skillz to as nad asy i twórca jednej z płyt, które hip-hop mógłby kiedyś uczynić swoim oknem wystawowym. Pan z Virginii miał po prostu pecha, że w najmocniejszym dla gatunku okresie nie wylansował żadnego nośnego singla i nie powiedział na głos, komu pisał teksty. A lista to zacna i tylko przez wzgląd na jego skromność nie będę jej tutaj podawał. No i teraz bardzo ważne wyznanie: dla mnie to NAJLEPSZA płyta w historii hip-hopu. Najlepsza od strony muzycznej, tekstowej i prawie najlepiej zarapowana - bo charyzmy Jaya-Z, Eminema, 2Paka czy Lil Wayne'a to Mad Skillz nie ma. Trudno, ideały to tylko w "Playboyu" po fotoszopie.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Mos Def "Black On Both Sides" (1999)
Mos Def to dziwny człowiek, ale za sprawą solowego debiutu zapewnił sobie mój szacunek po grób. Świetna, choć trudna płyta. Trudna, bo szalenie zróżnicowana, zahaczająca o punk-rocka (tak, tak!), eklektyczna, trochę niezgrabnie ułożona, nie pozwalająca słuchaczowi na złapanie równowagi podczas muzycznej lektury. Natomiast bez wątpienia warta poznania i zgłębienia. Wiele mądrych słów, kilka niezapomnianych melodii, niesamowite wyznanie miłości pod adresem Nowego Jorku i pań, które mają na czym usiąść.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Nas "Illmatic" (1994)
Gdy Nas rapował o ciemnych zakamarkach Nowego Jorku, człowiek bez reszty chłonął jego opowiadania. Gdy twierdził, że życie jest kurtyzaną, nie sposób było nie przyznać mu racji. Gdy deklarował, że świat należy albo będzie należał do niego, odruchowo trzymałeś kciuki i wierzyłeś, że mu się uda. Gdy pisał list do kolegi z więzienia, miałeś przed oczyma obrazy niczym z kultowych filmów Spike'a Lee. I wiecie co? Minęło siedemnaście lat, "Illmatic" przewinął się przez moje odtwarzacze (ze trzy walkmany, trzy wieże, dwa odtwarzacze MP3) pewnie z tysiąc razy i wciąż mi się nie znudził! Dziesięć kawałków, które znam na pamięć i których nigdy nie zapomnę. Definicja nowojorskiego rapu połowy lat 90. Definicja wzorowego hip-hopu o ulicznych korzeniach.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

New Flesh "Understanding" (2002)
Brytyjski hip-hop zawiera się dla mnie w twórczości Roots Manuvy, Ty'a, Marka B. i Blade'a, podrygach Wileya czy Dizzee'go, ale tak naprawdę jego definicją jest właśnie niespełna godzinne "Understanding". Połamane rytmy, sporo toastingu, mnóstwo dziwnych dźwięków, tworzących w efekcie szalenie elektryzującą całość. O tej płycie nie chcę dużo pisać, bo też wymyka się każdym numerem ze sztywnych regułek i szufladek, więc najlepiej ją zwyczajnie poznać. Jest inna. Inna w ten piękny, podniecający sposób. Wiem, odpłynąłem, ale tak na mnie działa...

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Notorious B.I.G. "Life After Death" (1997)
Najlepszy dwupłytowy album w historii hip-hopu. Najlepszy w historii raper z miasta Nowy Jork. Najbardziej wypasione flow na świecie. Tylko jakoś nie bardzo lubię pisać o płytach pośmiertnych, więc streszczając się, dodam - gdyby z tych dwóch płyt zrobić jedną, na zasadzie mądrej selekcji, byłoby pozmiatane na wieki wieków. Może i dobrze, że tak się nie stało, bo wciąż czekamy na longplay idealny.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

OutKast "ATLiens" (1996)
O tym, żeby zobaczyć OutKast na żywo, marzę od mniej więcej wtedy, kiedy Adriana Lima po raz pierwszy założyła anielskie skrzydła Victoria's Secret. Czyli dość długo. O ile fascynacja Brazylijką minęła, bo ma owłosione ręce, a moja życiowa partnerka bardziej imponujące i co najważniejsze naturalne kształty, o tyle miłość do duetu z Atlanty wciąż jest żywa. "ATLiens" wygrało z pozostałymi pozycjami w dyskografii OutKast, bo zaczyna się od najbardziej hipnotycznego intro w historii hip-hopu i wprowadza człowieka - już jako całość - w niezwykły nastrój. Zdecydowanie dla osób wrażliwych, umiejących znaleźć w muzyce drugie dno i przede wszystkim otwartych.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Pete Rock & C.L. Smooth "The Main Ingredient" (1994)
Czasem żałuję, że nie urodziłem się trochę wcześniej. Czasem żałuję, że nie urodziłem się w Nowym Jorku. Czasem żałuję, że nie dane mi było usłyszeć tego albumu w dniu premiery, odtwarzając go z winyla gdzieś na Brooklynie albo w Queens. Być może wtedy jeszcze lepiej poczułbym wibracje, które zapewniają sample z Roya Ayersa czy Lesa McCanna? Być może wtedy mistrzowsko ułożone bębny Pete'a Rocka i mądre teksty C.L. Smootha ułożyłyby daszek mojej czapki jeszcze zgrabniej? Nieważne. Jakkolwiek. Płyta kompletna. Hip-hop z podręcznika. Jeśli uważasz się za sympatyka rapu i nie jej masz na półce, to idź się wyspowiadaj w najbliższym kościele i zakup dziesięć sztuk, żeby panowie Pete i C.L. mieli godną emeryturę. Zasłużyli.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Pharoahe Monch "Internal Affairs" (1999)
Pobudka!!! Debiutanckie solo Moncha to kwintesencja rapowego hardkoru. Tu frajerów i leszczy niszczy się albo mocnym słowem, albo ironią, albo solidnym sierpowym (ale to ostateczne rozwiązanie!), a jakby tego było mało, serwuje się im muzyczne wyprawy w najciemniejsze, najbardziej mroczne zakamarki Nowego Jorku. Nie ma litości i nie ma przebaczenia. To jednak w sumie tylko pół prawdy o "Internal Affairs". Nie trzeba się specjalnie wysilać, by znaleźć w tekstach Moncha troskę o przyszłość młodych Amerykanów, wiele celnych spostrzeżeń na temat systemu edukacji, niesprawiedliwości w polityce czy postępowaniu wielkich korporacji. Chuck D mógł być dumny słuchając tego reprezentanta Queens. Fajnie też, że obok numerów dla słuchaczy o mocnych nerwach, znalazły się momenty spokojniejsze, bardziej refleksyjne zarówno od tekstowej, jak i muzycznej strony. To właśnie one sprawiają, że mamy do czynienia z albumem kompletnym. Pharoahe wielkim raperem jest i radzę grzecznie, nie podważaj tego!

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Redman "Muddy Waters" (1996)
Reggie Noble to jeden z tych emce, bez których gatunek byłby po prostu uboższy. Jego nie sposób nie lubić. Poczucie humoru, rubaszność, fantastyczny głos, podejście do życia, wykręcone metafory - tego nie można wyćwiczyć, to się po prostu ma. Trzeci album w karierze artysty z Newark zachwyca klimatem, spójnością, oryginalnością. Gdy zanurzysz się w upalony świat Redmana to nie ma ucieczki, wpadasz na całego! Historie o tym, że Reggie wybrał się do szkoły w sobotę, bo tak się zesmolił, że zapomniał, iż tego dnia nie ma zajęć, nie byłyby jednak tak wykwintne, gdyby nie funkowe petardy Ericka Sermona. Ich współpraca w latach 90. była unikalna. Wybitny producent z niesamowitym stylem spotkał na drodze rapera z innej planety i to zwyczajnie musiało wypalić. Mam nadzieję, że na bezludnej wyspie będzie można uciec od prohibicji.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Snoop Doggy Dogg "Doggystyle" (1993)
Jeszcze jeden przykład wzorowej współpracy na linii producent - emce. Naturalne przedłużenie albumu "Chronic" Dr. Dre, ale o tyle lepsze, że głównym aktorem jest tutaj Snoop Doggy Dogg w formie, która dała mu w pewnym momencie zwycięstwo w raperskiej Lidze Mistrzów. Nikt w 1993 roku nie nawijał tak płynnie, tak giętko, tak charakterystycznie. Z czasem oczywiście gangsterskie opowiastki reprezentanta Los Angeles trochę spowszedniały, ale na debiucie był królem, koniec kropka. Nie wiem, czy to najlepszy album hiphopowy, jaki powstał na Zachodnim Wybrzeżu Stanów, ale z pewnością przez ostatnie 18 lat rozkręcił każdą imprezę, na której poleciał. Każdy kawałek z "Doggystyle" to potencjalny hicior, a kilka stanowi nie tyle klasykę gatunku, co wręcz jego hymny. W końcu na pieska fajnie jest!

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

The Roots "Do You Want More?!!!??!" (1994)
Najlepszy zespół w historii hip-hopu i przełomowy dla ich kariery album. Definicja jazzowego hip-hopu. Gdy włączam tę płytę, muszę mieć pewność, że nic przez 70 minut nie zakłóci mojego spokoju. Aczkolwiek dodać muszę, że tak jak w przypadku ATCQ czy OutKast to wybór trudny, bo rzadkie są przykłady aż tak równej dyskografii. A jednak trąbka z tytułowego numeru wygrywa, niczym Sotomayor w formie, a "Proceed" tylko dopełnia skali zniszczenia.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

UGK "Ridin' Dirty" (1996)
Jeszcze jeden duet, którego w Polsce długo nie poważano, nie ceniono i którego magii chyba nigdy się w pełni nie zrozumie. A szkoda, bo nieżyjący już Pimp C i Bun B (wykładający na Uniwersytecie w Houston!) byli modelowym przykładem, jak powinni się uzupełniać raperzy w dwuosobowym składzie i jak nawijać o brudnym życiu w interesujący, nie pozbawiony refleksji sposób. Dopełnieniem tego jest cykająca, lekko zahaczająca o bluesa muzyka, do której tak samo pasowaliby Q-Tip, jak i OutKaści. Ale oddajmy królom, co królewskie - na pewno nie rapowaliby z takim vibem jak UGK.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music

Wu-Tang Clan "Enter The Wu-Tang Clan: 36 Chambers" (1993)
Chciałbym wierzyć, że za kilkadziesiąt lat o debiucie Wu-Tang Clanu będzie się pisało z podobnie nabożnym szacunkiem, jak o płytach The Beatles, "Nevermind" Nirvany czy największych dziełach Briana Eno. Że to nie ta półka? A dlaczego nie?! RZA to również artysta dźwięku, który na najtańszym, zacinającym się sprzęcie wyczarował muzykę przejmującą, szorstką, uderzającą w łeb niczym samurajski miecz. Przez godzinę brudne nowojorskie osiedla pachniały magią i były otoczone mgłą klasztoru Shaolin, a dwa zupełnie obce światy funkcjonowały ze sobą w idealnej symbiozie. Muzyka to jedno, raperskie porozumienie dziewięciu zupełnie innych stylów to zaś druga para kaloszy. Niby trochę się zdarły przez blisko dwie dekady, tu i ówdzie jakieś przetarcie, tam łata, ale wciąż przy odpowiednim audio zrywają młodym-bogatym nowiutkie Air Maksy z nóg. Hiphopowe dzieło epokowe.

Esencja: 25 x hip-hop - T-Mobile Music
Wu-Tang Clan    fot. Medium

Posłowie
Sporządzanie takich list jest o tyle trudne, że często nie sposób oddzielić podejścia fanowskiego od czysto dziennikarskiego obiektywizmu. Dlatego już na wstępie zaznaczyłem, że to lista MOICH płyt, które bym zabrał na bezludną wyspę, a nie lista hiphopowych kamieni milowych, które należałoby zabezpieczyć w "Rap Hall of Fame"- o ile takowe kiedyś powstanie.
Pewnie gdybym ten tekst pisał miesiąc temu albo za dwa tygodnie, kilka pozycji byłoby innych. Nie wykluczam tym samym, że nastąpi część druga. Póki co poznajcie od A do Z tych 25 tytułów. Poświęćcie każdej płycie przynajmniej dwa-trzy dni. Daję głowę, że hip-hop może się wam spodobać, nawet jeśli dotąd mieliście go za zakałę i prostacki gatunek miejskich chuliganów. Nic bardziej mylnego. Z ulicznym pozdrowieniem! :-)

OCEŃ: 17 -2
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 3.10.2011
    dodany przez: głosuje na PO i slucham RAPU
    Gość
    Świetne. Wiele z tych płyt znam, kilku nie ale z pewnością zawsze czegoś nowego można się dowiedzieć. Ważna otwarta głowa. Czekam na część drugą:)