T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Jaka piękna katastrofa
SuperHeavy nie do końca super, czyli o tym jak znani i lubiani nagrali płytę, której nie polubię.
Zbierz w sali prób trzech muzyków z drugiej ligi, włóż im do ręki sztandar z napisem "muzyczny dream team", a fachowcy od marketingu spróbują ci wmówić, że to wydarzenie na miarę reaktywacji The Beatles. Takie to już, przedziwne, czasy. Jednego w tej sytuacji odmówić SuperHeavy nie mogę – prawdziwa z nich supergrupa.

Mick Jagger, Joss Stone, Dave Stewart, Damian Marley, A. R. Rahman – czytelnikom T-Mobile Music nie trzeba ich specjalnie przedstawiać, choć na samą myśl o tym, że miałbym z nimi pracować, na mej głowie przybyło siwych włosów. Wyobraźmy sobie bowiem, że Dave (bo to on był prowodyrem całego zamieszania) chce nagrać nową piosenkę. Sam, ze względu na wrodzoną skromność, odsuwa się od mikrofonu. Zostaje mu do wyboru... czterech genialnych, charyzmatycznych wokalistów. Którego wybrać? To tak, jakbym miał zadecydować, czy do końca życia słuchać tylko metalu, czy jazzu? Umówić się na randkę z Cindy Crawford, czy Lindą Evangelistą? Uciąć sobie rękę prawą, czy lewą? Pułapka bez wyjścia, apokalipsa, koniec świata... A jednak jakoś podzielili się rolami. Co nie znaczy, że proporcje są wyrównane. Bo choć Stone i Rahmana słychać wyraźnie, to trudno się pozbyć wrażenia, iż Jagger z Marley'em zdominowali tę płytę.
Tego, że wielkousty Mick będzie nadawał ton, można się było spodziewać, ale tego, że dostaniemy do ręki opalające się w słońcu Jamajki reggae, z gościnnym tylko udziałem gwiazd, nie przewidziałem. Zaskoczyli mnie, więc należą im się brawa. Kolejne za to, że odpuścili wyścigi, uniknęli przepychanek, a ich (stosunkowo) krótkie wejścia nie skończyły się szpanerskimi popisami. To dzięki temu piosenki, choć bogate nie tylko świetnymi wokalizami, ale i aranżacyjnymi smaczkami (wstawki groźnie mruczącej gitary, bliskowschodnie zaśpiewy, solówki skrzypiec, itd.) wypadły nad wyraz zgrabnie. Innymi słowy, pokazali klasę.
Tylko co z tego, skoro recenzenckie sumienie podszeptuje, że najlepsza piosenka SuperHeavy nie wytrzyma konfrontacji nie tylko ze średniakami z repertuaru Stonesów, czy Eurythmics, ale nawet z solowymi dokonaniami Rahmana, Stone, czy najmłodszego z synów Boba Marley'a (że o nagraniach jego ojca nie wspomnę). Im bardziej staram się ich polubić, tym bardziej wskakują do przegródki z napisem "ciekawostki". A gdy (na chwilę) odchodzą od reggae i Jagger bluesrockowo zawodzi w "Never Gonna Change", tracą szansę na to, by się z niej wydostać. Ja zaś tęsknię za nową płytą The Rolling Stones jak nigdy wcześniej.
SuperHeavy "SuperHeavy", Universal
