Opinie
A A A
29.09.2011

WYWIAD: Katarzyna Pierwsza Zakochana

Niech żyje królowa Katarzyna! – chciałoby się krzyknąć po wysłuchaniu płyty "8". Nosowska udowadnia, że można napisać piękne i mądre teksty w naszym języku ojczystym. I niech nikt mi nie wmawia, że to rzecz niemożliwa, że polski jest trudny i nie nadaje się do śpiewania, bo psami poszczuję.

PJ Harvey powiedziała kiedyś, że "poniżej godności artysty jest powtarzanie się, a sztuka jest terytorium, które samo w sobie prowokuje przymus eksperymentowania, przekraczania własnych możliwości i możliwości innych ludzi". Mam wrażenie, że wzięłaś sobie jej słowa bardzo do serca.
Gdybym miała organiczną potrzebę nagrania takiej samej płyty jak "UniSexBlues" zrobilibyśmy to. W tym momencie naszego życia musieliśmy nagrać taką, a nie inną płytę, ale tego też nie kalkulowaliśmy. Nie usiedliśmy i nie zaczęliśmy myśleć, że tak by wypadało. Nie wiedzieliśmy, co nagramy. To się zaczynało od zalążków, od ziaren. Potem się rozrastało i przybrało taką formę. Stworzenie takiej samej płyty tylko dlatego, że dana formuła zrobiła na kimś wrażenie byłoby po prostu kalkulacją.

Mam wrażenie, że każda twoja płyta jest lepsza...
Po prostu każda jest inna.

... tekstowo, że jesteś coraz bardziej pewna słów, dojrzewasz.
Na przestrzeni lat zmienił się mój stosunek do języka polskiego, teraz jest on wręcz miłosny, jestem w nim po prostu zakochana. Uzyskałam świadomość języka i mam wrażenie, że penetrowanie go może mi zająć kolejne lata. Taka ilość pięknych słów, poszukiwanie kombinacji między nimi, aby opowiedzieć emocje, stany, zdarzenia, jest po prostu czyś niesamowitym. Przestałam żałować, że nie znam wielu języków obcych. Zawsze czułam się gorsza, niedouczona i głupia, gdy widziałam ludzi mówiących wieloma językami. Teraz przyznałam sobie prawo do tego, że nie nauczę się już obcych języków. Natomiast język polski stał się moją pasją. Podoba mi się, jest ciekawy, choć miejscami trudny.

WYWIAD: Katarzyna Pierwsza Zakochana - T-Mobile Music
fot. Supersam Music/Anna Głuszko-Smolik

Mam wrażenie, że bardzo dużo dała ci płyta z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Dzięki zaśpiewaniu tych tekstów, wczuciu się w nie, zyskała twoja wrażliwość na słowa.
Fanką Osieckiej byłam już wcześniej, ale może masz rację - rzeczywiście, tamta płyta stanowiła szczególną pozycję w naszym pozaheyowym składzie. Emanowało z niej coś magicznego. To zaproszenie na koncert, świetne przyjęcie przez ludzi, było niewiarygodne. Na pewno cała ta sytuacja musiała bardzo wpłynąć na naszą wrażliwość.

Cytowana wcześniej PJ Harvey twierdzi, że nie ma ograniczeń twórczych. A ty jakieś masz?
Mam jedno – nie używam w tekstach przekleństw. Nie ma takiej potrzeby, żebym przeklinała publicznie. Zresztą potrafię powiedzieć wszystko, co chcę i nie potrzebne mi do tego wulgaryzmy.

Wulgaryzm jest potrzebny, aby uwypuklić pewne rzeczy.
Mamy masę słów, które potrafią świetnie je zastąpić. Dla mnie "umieraj stąd" było o wiele bardziej obrzydliwe i mocne niż "wyp... stąd". Chciałam tak wyrazić się w tekście i szukałam słów, które zabrzmiałyby równie dobitnie, albo nawet jeszcze mocniej. I wyszło mi to "umieraj stąd". To chyba najgorsze, co można powiedzieć człowiekowi.

Pamiętam, że mówiłaś kiedyś – to było przy okazji "Zoil" - że jedyną twoją formą obrony jest napisanie tekstu. Czy wciąż w ten sposób kontratakujesz?
Ja się bardzo zmieniłam pod tym względem. Akceptuję, że dla ludzi moja powierzchowność, sposób myślenia i bycia mogą być nieznośne. Zresztą stało się to niedługo po tamtym zdarzeniu. Miałam poczucie, że się wstydzę takich działań, że nie chcę się angażować w wojny słowne. To jest niegodne i nie powinno się komuś robić przykrości słowem. Choć zdarza mi się użyć słowa-noża na przykład w jakiejś kłótni domowej i powiedzieć coś tak przykrego, że naprawdę boli. Nienawidzę siebie za to, że potrafię się tak zdenerwować, żeby powiedzieć coś okropnego.

Pytałem, bo wydaje mi się, że "JPS" jest właśnie taką piosenką.
Pełny jej tytuł brzmi "Jak przypodobać się". To o zeligach, czyli osobach, które jak kameleony przystosowują się do otoczenia, aby osiągnąć jakiś konkretny efekt u odbiorcy. Po prostu przebierają się w szaty innych, zasysają od świata atrybuty, które nie należą do nich. Uważam, że jest to niepotrzebne, bo nawet jeśli chwała i sława pojawią się w życiu takiego człowieka, to jaki jest powód do radości, skoro pewnie ma świadomość, że podbija świat z orderem z nie swojej klapy.

Myślisz, że oni zdają sobie z tego sprawę?
Właśnie to jest dla mnie niejasne, czy to jest oparte o kalkulację, czy to jest tak jak z kleptomanami, którzy kradną i nie zdają sobie sprawy ze swoich czynów. Tego jeszcze nie zbadałem.

Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś już klasykiem...
Co za okropne sformułowanie.

Stawiana przecież jesteś w jednym szeregu z Osiecką, Janerką, Ciechowskim...
Przeraża mnie to.

Dlaczego?
Chciałabym tak po cichutku, niezauważenie robić to, co robię. I aby ludzie chcieli tego posłuchać. Boję się mówienia, pompowania tego, że świetnie napisałam tekst. Boję się, że ludzie na złość lub ze zmęczenia mnie wykreślą.

Przecież nie wydajesz płyt aż tak często, nie znudzą się.
Mam wrażenie, że utarło się, że Nosowska pisze fajne teksty. Wydaje mi się, że ludzie tylko słyszeli na mieście, że ja dobrze piszę, ale tak naprawdę nie wiedzą właściwie, co ja takiego piszę.

Cały czas czujesz się niedoskonała.
Chyba nie chciałbym poczuć się doskonała. To musi być przerażające i straszne uczucie obudzić się rano, otworzyć oczy i poczuć, że jest się świetnym.

To nie masz takich uczuć samozadowolenia i – choć czasami – poczucia doskonałości?
Nie, czuję się normalnie. Mam stonowany stosunek do wszystkiego, co mnie dotyczy, że ja tylko chciałabym, żeby był spokój.

Na krytykę reagujesz tak, jak kiedyś?
Nie, już ją akceptuję. Nie mogę przecież wpływać na ludzi. Mojemu synowi też powtarzam, że sytuacja, kiedy wszyscy będą go lubić, nie jest możliwa, żeby nie walczył z tym i nie czuł się źle, kiedy ma poczucie, że ktoś go nie lubi. To jest jedna z zasad, którymi rządzi się ten świat.

WYWIAD: Katarzyna Pierwsza Zakochana - T-Mobile Music
fot. Supersam Music/Anna Głuszko-Smolik

Gdy rozmawialiśmy przy okazji "Historii polskiego rocka", powiedziałaś niezwykle ciekawą kwestię, że nigdy nie odważyłaś się pomyśleć, że masz szczególne prawo do tego, żeby być artystką. Za każdym razem czujesz, że powinnaś otrzymać na to pozwolenie, taką wizę do tego świata, którą sukcesywnie trzeba odnawiać...
Jak dostaję stempel od publiczności, że się podoba, że zrobiłam coś, co pozwala mi przynależeć do tego świata artystycznego, to się cieszę. Potem to jednak mija. Wiesz, przygotowujemy płytę, strasznie się angażujemy, potem jest lęk czy ludzie polubią, czy dadzą ten stempel, a jak już dadzą, następuje radość, że się udało. Miesiąc czy dwa po wydaniu płyty przychodzi moment, kiedy okazuje się, że wszystko minęło. Wydaje się, jakby nic się nie wydarzyło i znowu wracamy do punktu wyjścia, znowu zadajemy sobie pytanie, co dalej. Widzisz, że świat się kręci, ludzie wydają kolejne płyty, wciąż coś się dzieje w muzyce i publiczność ekscytuje się kolejnymi rzeczami. I wtedy znowu staję się zwykłą dziewczyną, która co prawda nagrała płytę, ale już nikt tym nie żyje. Dobrze, że kocham dom i lubię codzienne zajęcia. Staję się osobą, która zastanawia się, co zrobić na obiad dla swoich mężczyzn i nie potrafię myśleć, że jestem jakąś artystką. Jak potem z tego wychodzę, to muszę udowodnić, że jednak jestem. Nie czuję się stuprocentową artystką cały czas, tylko wtedy, kiedy pracuję.

Kiedyś powiedziałaś: "Jestem już stara. Mam 25 lat".
Jestem już stara, mam 40 lat, czyli jak widzisz, nic się nie zmieniło. (śmiech) Nigdy przesadnie nie należałam do młodych mentalnie, zawsze byłam obserwującą starszą panią. Teraz metryka zaczyna nadążać do tego stanu, wszystko zaczyna się zgadzać. Myślę, że nie zmieniłam się za bardzo, ale zaczynam szanować życie i czas, bardziej też akceptuję rzeczywistość. Być może mój błąd polegał na tym, że widziałam ją gorzej niż prezentowała się w rzeczywistości. Teraz jestem gotowa pozwolić rzeczom i zjawiskom być takim, jakie są i nie szukać do wszystkiego komentarza. Bardziej też słucham swojej intuicji. Dostałam na przykład propozycje jurorowania w jednym z programów. Poczułam, że to nie jest w ogóle dla mnie i odmówiłam. Nie będę czegoś robić tylko ze względu na pieniądze. Nie chcę zarabiać w taki sposób, bo to jest nie dla mnie. Przestałam też w ogóle rozmawiać na temat dzieciństwa – to kolejna przemiana. Nadużyciem z mojej strony było to, że wszystko usprawiedliwiałam swoim dzieciństwem. Jestem dorosłą kobietą, mam 40 lat, muszę zacząć żyć na własny rachunek i przestać cały czas tłumaczyć rozterek i samopoczucia swoim dzieciństwem.

Od kilku lat współpracujesz z dwoma Marcinami - Macukiem i Borsem. Z Macukiem znacie się ponad dwadzieścia lat, przecież on był pierwszym basistą Heya. Czy czymś może cię jeszcze zaskoczyć?
Przy "UniSexBlues" najpierw powstały melodie, do których ja dopisywałam teksty. Tym razem zaczęło się odwrotnie. Miałam kilka wcześniej napisanych tekstów i poprosiłam, żeby napisał do nich muzykę. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, bo przecież, jak masz tylko tekst, to możesz go zinterpretować na milion sposobów. Wiedziałam, co czuję do nich, jakie historie opowiadają i byłam bardzo ciekawa, co on z tym zrobi. Jak mi przysłał pierwszą kompozycję, czyli piosenkę "O lesie" to po prostu padłam z wrażenia. Nie czułam żadnego dyskomfortu, kiedy on ubierał moje słowa w dźwięki. Miałam wrażenie, że mnie rozumie, a dźwięk staje się częścią mojej opowieści. To było dla mnie kosmiczne doświadczenie. A już myślałam, że nie nagramy tej płyty.

Dlaczego?
Do tej pory super się rozumieliśmy i kolegowaliśmy, a tu zaczęliśmy tę sesję we Wrocławiu od totalnego rozpadu. W lutym Wrocław był inny niż zwykle, my byliśmy inni, nie mogliśmy się porozumieć. Bors był umęczony i wypruty z energii, bo wcześniej pracował nad jakimiś tysiącami projektów. Ja przeżywałam kryzys tożsamości, byłam strasznie uwrażliwiona i wszystko mnie dotykało. Najlepiej trzymał się Macuk, ale też dołączył do nas i zaczął sobie zadawać kluczowe pytania. Brzydko zaśpiewałam pierwszą piosenkę. Bors zamiast mówić, czy mu się podoba czy nie, nie mówił nic. I natychmiast po nagraniu uciekłam do domu. Wiesz, my nigdy nie zaznaliśmy konfliktów i to lutowe wydarzenie okazało się bardzo potrzebne. Ponownie spotkaliśmy się w maju i wtedy tak się otworzyliśmy na siebie, że szybko ruszyliśmy z kopyta. Nasza znajomość wspięła się na poziom niemal metafizyczny.

O drugim Marcinie powiedziałaś, że jest ci niezbędny do tego, by śpiewać, że jest twoją maskotką, misiem, talizmanem. Interesuje mnie ten talizman.
Może dorabiam sobie przesadnie skomplikowaną ideologię, ale naprawdę, odkąd zaczęłam z nim pracować, to mam wrażenie, że odkrywam nowe rejony w swoim śpiewaniu. Wcześniej wydawało mi się, że wiem wszystko o swoim głosie i znam jego granice. Wydawało mi się, że jestem słabą wokalistką, że bronię się czymś innym, ale na pewno nie śpiewem. Już właściwie postawiłam na sobie krzyżyk. Marcin niemal zmusił mnie do poszukiwań i okazało się, że w obrębie tych maleńkich i skromnych możliwości mogę jeszcze trochę bardziej się wysunąć. Jestem szczęśliwa, że mogę słyszeć inny dźwięk. Mam wrażenie, że na "8" parę razy zaśpiewałam inaczej. Teraz nawet nie musiał mnie namawiać. Tak strasznie chciałam, że nawet nie musiał mnie przekonywać godzinę, żebym stanęła przed mikrofonem. Do tej pory musiał to robić, a ja mu mówiłam, że nie potrafię, wstydzę się – te wszystkie bzdury, które od lat czułam. I podczas tej sesji zamiast "nie wiem, nie potrafię", mówiłam "dobra, spróbuję" i stawałam przed mikrofonem. Zdobyłam się na improwizację!

Na koniec pytanie, które pewnie słyszysz ostatnio na początku każdej rozmowy. Dlaczego tytuł brzmi "8" skoro jest to twoja szósta płyta solowa?
W przypadku płyt Heya i solowych zawsze pojawiał się jakiś tytuł, przy tej nic mi nie przychodziło do głowy. Doszło do tego, że wzięłam słownik wyrazów obcych i zaczęłam go wertować w poszukiwaniu słowa, które będzie pasować. Nic mi nie odpowiadało. Pomyślałam, że płyta nie musi mieć tytułu. Okazało się, że może być z tym problem, że może to powodować jakieś komplikacje i lepiej, jak będzie jakikolwiek. Wiem, że to moja szósta płyta, ale z kolei szóstka mi się nie podobała. Trzy szóstki wyglądają lepiej niż jedna. (śmiech). Podobała mi się natomiast ósemka. Wydała mi się... przytulna, miła, ciepła, więc pomyślałam, dlaczego nie miałabym płyty tak zatytułować? Jak widzisz nic się za tym nie kryje, to nudna historia.

Przeczytaj naszą recenzję "8" Nosowskiej!

OCEŃ: 8 0
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 29.09.2011
    dodany przez: Brunchilda
    Gość
    "Trzy szóstki wyglądają lepiej niż jedna" haha :) podoba mi się motyw z wulgaryzmami