Opinie
A A A
21.09.2011

WYWIAD: Świat jest chaosem

- King Midas Sound jest jak wojna psychologiczna, The Bug to podrzynanie gardła - rzecze Kevin Martin, który ostrzy już brzytwę na wrocławski Avant Art Festival.

Jak odebrałeś sierpniowe rozruchy w Londynie?
Nie w Londynie, tylko na środku ulicy, przy której mieszkam. (śmiech) Nigdy nie znajdowałem się w sytuacjach tak napiętych jak podczas tych zamieszek. Bywało brutalnie. Z drugiej strony to było do przewidzenia, wystarczyło dostrzec przepaść między Londynem bogatym i biednym. Na tydzień czy dwa przed całą tą rozróbą rozmawiałem z mamą przez telefon. Zeszliśmy na temat artykułów prasowych, według których rząd chce ściąć budżety rad dzielnic Londynu. A to uderzyłoby w pierwszej kolejności w ośrodki dla młodzieży – publiczne centra sportu czy kultury. Mówię do mamy: "Będą z tego poważne kłopoty". Bezrobocie bez przerwy rośnie, podobnie jak podaż narkotyków. Mnóstwo dzieciaków nie ma co ze sobą zrobić, bo wszystko jest dla nich zbyt drogie. Dodajmy do tego kryzys, który ograniczył dostęp do kredytów studenckich. To zamyka wszelkie perspektywy dla młodzieży z mniej uprzywilejowanych środowisk. Nie twierdzę, że nastolatki powinny z tego powodu wybijać szyby...

WYWIAD: Świat jest chaosem - T-Mobile Music
fot. materiały promocyjne

ZAGRAJ OBOK THE BUG NA AVANT ART FESTIVAL WE WROCŁAWIU - KLIKNIJ!

Ale frustracja musiała znaleźć ujście?
Wiesz, te dzieciaki miały średnio po 14-15 lat. Tak spędzały wakacje. Nie namierzali świadomie przechodniów, żeby robić im krzywdę, po prostu szli ulicami i... siali ogólne zniszczenie. Podpalali, kradli. Na pewno wolałbym widzieć bardziej strategicznie zaplanowaną i politycznie świadomą rewoltę, która celowałaby w City, banki czy urzędy podatkowe. A oni napadali sklepy ze sprzętem sportowym czy elektroniką, prowadzone nieraz przez ich sąsiadów.

Twojej pasji muzycznej na początku nie napędzała podobna frustracja?
Poniekąd, bo jestem dzieckiem post-punku. Joy Division, Throbbing Gristle, The Clash, The Birthday Party, Public Image Ltd. To przez tych ludzi zacząłem tworzyć. Co ciekawe, ich przesłanie wydaje się w dużej mierze aktualne: świat wciąż jest kompletnie popier***ny, jest jednym wielkim chaosem. Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy Londynu. Wiesz, co było hasłem przewodnim muzyki mojego dzieciństwa? "Przyszłość utracona". Notabene większość nowej muzyki, którą dziś słyszę, wcale nie brzmi przyszłością. Brzmi retro.

O czym szeroko pisał ostatnio Simon Reynolds. Ty nie miewasz pokus, by spojrzeć wstecz?
Walczę z taką w tej chwili, bo próbuję pisać nowy materiał The Bug. Przez całe lata usiłowałem odnaleźć własny głos. Wraz z "London Zoo" odkryłem wreszcie dźwięki, z których byłem naprawdę zadowolony. Najłatwiej byłoby teraz po prostu skopiować tamten album. Oczywiście nie mam zamiaru tego robić. Chcę pójść dalej, przywalić mocniej.

Jak?
Długo nad tym główkowałem. I wymyśliłem, że artyści, których cenię najbardziej, stopniowo doskonalili swoje rzemiosło. Posłuchaj Johna Coltrane'a, posłuchaj Joy Division. Oni wciąż szli naprzód, zachowując jednak własny głos. Mój głos dotąd ciągle ewoluował. Chciałbym teraz udoskonalić ten, który odnalazłem na "London Zoo". To nieraz wiąże się z bardzo oczywistymi ulepszeniami, część z nich już wdrożyłem. W każdym razie nie spodziewaj się jakiegoś odcinania od przeszłości. Sam nie chciałbym, by któryś z moich ulubionych wykonawców porzucał własny styl tylko dla zasady, na przykład gdyby A Tribe Called Quest nagle postanowiło produkować house. Wolę nowy album A Tribe Called Quest, który będzie lepszy od poprzedniego albumu A Tribe Called Quest. Co w ich przypadku rzecz jasna trudno osiągnąć.

Z kim pracujesz tym razem?
Obecnie z Daddym Freddym. Ślęczymy nad brzmieniem, które wspólnie odkryliśmy i na nim chciałbym oprzeć nową płytę. Jest też gość z Death Grips, cholernie ciężkiej kapeli hiphopowej. Przypominają mi trochę Techno Animal, tyle że cisną mocniej. Justin Broadrick też obiecał mi wokale w jednym kawałku. W każdym razie płyta będzie jednocześnie bardziej ekstremalna i głęboka. Takie podkręcanie parametrów tego, co wypracowałem na "London Zoo".

Czyli rozejm, który zawarłeś z melodią i kompozycją na debiucie King Midas Sound, nie okazał się trwały?
Nie potrafiłbym porzucić skrajności. Za bardzo kocham intensywność w muzyce i za bardzo cenię szczerość podczas tworzenia, a szczerość w moim przypadku oznacza właśnie ekstrema. Zresztą King Midas Sound na żywo to zupełnie inne zwierzę, niż to na płycie. W studiu też będziemy teraz zmierzać w tym kierunku, który znacie z koncertów.

Jeszcze jedno pytanie o Londyn. Wyobrażam sobie, jak inspirującym miejscem musiał być 10 lat temu. Ale wszyscy ci producenci ze sceny okołodubstepowej rozjechali się po świecie.
Nie wiem, czy czeka nas kolejna eksplozja muzyczna w Londynie - taka jak dubstep czy jungle, które akurat działy się na moich oczach. Ale Londyn zachowuje atuty, dla których postanowiłem tu zamieszkać. Przede wszystkim kosmopolityzm. Z braku kasy od początku mieszkam w biednych częściach miasta obok Jamajczyków, Hindusów czy Pakistańczyków. To niezmiernie ciekawe. Co do producentów, to prawda: nie odnajduję dla siebie obecnie żadnej interesującej sceny. Ale w porządku, tym mocniej muszę pracować nad własnym stylem.

Nie tęsknisz za poczuciem, że jesteś częścią czegoś większego?
Tęsknię za konkurencją - w dobrym znaczeniu, nie jakichś durnych wyścigów. Kiedy nagrywałem "London Zoo", moje studio znajdowało się w budynku, w którym jednocześnie pracowali Loefah, Jamie z Vex'd, producent Lady Sovereign, Asian Dub Foundation i Morgan Zerate. Dzieliliśmy to samo piętro! To było szaleństwo, ale czułem się znakomicie, omawiając z nimi na bieżąco moje pomysły. Taki natychmiastowy feedback. Niestety większości z tych producentów już tutaj nie ma, przenieśli się gdzie indziej. Rzeczywiście zrobiło się tutaj trochę samotnie.

A jednak nostalgia.
Z drugiej strony i tak większość czasu spędzałem z głową pomiędzy głośnikami. (śmiech) Jeśli za czymś naprawdę tęsknię, to za wspólnymi wyjściami do FWD>>, zanim jeszcze dubstep zyskał popularność. Co tym razem wymyślił Mala? Kode9, Loefah, Coki? Większość z nich intensywnie teraz koncertuje, więc automatycznie tworzą mniej. Poza tym znaleźli już własne brzmienie i obecnie tylko wypełniają je treścią.

Na początku listopada jako King Midas Sound wydajecie album "Without You" z nowymi wersjami utworów z debiutu. Skąd ten pomysł?
Planowałem skoncentrować się w tym roku wyłącznie na The Bug. King Midas miał pójść na urlop. Tyle że ten projekt za bardzo kręci całą naszą trójkę. Podoba nam się brzmienie wypracowane w studiu, potem na koncertach. Podobają nam się nowe utwory, które testujemy na żywo. Chcemy iść dalej. Jednocześnie mamy świadomość, że nagrywanie drugiej płyty zajmie nam mnóstwo czasu. Z prostego powodu: jestem cholernie powolny! Drugim powodem byli ludzie, których poznaliśmy na trasie. Wydają się uzupełniać nasze brzmienie, no więc byliśmy ciekawi, jak podejdą do materiału tak nam bliskiego emocjonalnie.

Czym kierowaliście się przy adresowaniu zaproszeń?
Obawą, byśmy nie otrzymali utworów kompletnie bezosobowych. Wybieraliśmy bardzo starannie.  Zostali ci, którzy naszym zdaniem byli w stanie zachować istotę King Midas Sound, którzy są w tym samym muzycznym sojuszu, co my. Nadają na tych samych falach.

Mówicie o tym wydawnictwie: "revocals and reinterpretations".
Bo połowa płyty to nowe wersje utworów King Midas Sound, a połowa to oryginalne kompozycje z podmienionymi słowami i wokalami.

I jak to wszystko brzmi?
Jak przedłużenie King Midas Sound. Właśnie kończę mastering ostatniego kawałka, który przysłał Green Gartside ze Scritti Politti. Odkąd zacząłem słuchać muzyki, Green był dla mnie wielką inspiracją. Ponadto jego głos należy do tego samego gatunku, co głos Rogera [Robinsona – wokalisty KMS]. Kruchy, niemal androgyniczny falset. Kocham takie "słabe" głosy. Spektakularni technicznie wokaliści niespecjalnie mnie kręcą. Inne "revoicingi" podesłali nam D-Bridge, Cooly G, Joel Ford z Ford & Lopatin, a Kiki [Hitomi – wokalistka KMS] od nowa zaśpiewała nasze własne "Cool Out".

A remiksy?
Mala, Jamie z Kuedo, Hype Williams, Kode9 i Spaceape, Ras G & the Afrikan Space Program, Nite Jewel, Gang Gang Dance, Flying Lotus...

Zacne towarzystwo.
Przy czym nie mam wrażenia, że zatrudnialiśmy ludzi tylko dla tych nazwisk na okładce płyty. Jak wspomniałem, to nasi sojusznicy.

Kto cię najbardziej zaskoczył?
Ras G. Przygotował kompletnie obłąkany remiks "Cool Out".

WYWIAD: Świat jest chaosem - T-Mobile Music
fot. materiały promocyjne

Dwa lata temu grałeś w Katowicach na festiwalu Nowa Muzyka jako The Bug. Rok później wróciłeś z King Midas Sound, a teraz przyjeżdżasz do Wrocławia znowu jako The Bug. Jak porównać występy solowe do tych z zespołem?
To bardzo odmienne doświadczenia. King Midas Sound jest intelektualny. Nie chodzi nam tylko o to, by sprowokować ludzi do tańca, co z kolei jest zasadniczym celem The Bug. King Midas Sound przypomina wojnę psychologiczną. The Bug to podrzynanie gardła.

A festiwale kontra kluby?
Preferuję małe sceny. Moim ideałem jest przerośnięty soundsystem w niedorośniętym klubie.

Doświadczenia sceniczne wpływają na twoją pracę w studiu?
Szczególnie w przypadku The Bug. Wystarczyło raz zobaczyć, jak kilka tysięcy ludzi odlatuje przy rytmie "Skeng" albo "Poison Dart", by odtąd nieustannie główkować nad powtórzeniem tego numeru. Oczywiście, bez sięgania po tanie tricki, bo każdy głupi potrafi rozruszać parkiet prostym 4/4 albo jungle. Podświadomość automatycznie odpowiada na takie rytmy tańcem. Ale dokonać tego przy pomocy czegoś oryginalnego i bezkompromisowego – o to właśnie chodzi mi w The Bug.

O sobie nie myślisz?
Ależ oczywiście, chcę być tak samo podekscytowany! Najszczęśliwszy jestem wtedy, gdy w trakcie pracy nad kawałkiem macham głową ponad stołem mikserskim jak jakiś psychol. Sam potrzebuję tych emocji!

A nie czujesz się zmęczony presją, którą zresztą sam na siebie nakładasz - by ciągle iść do przodu?
W życiu prywatnym poszedłem na wiele kompromisów i zrezygnowałem z wielu rzeczy, by w sferze muzycznej trzymać się własnej drogi. Muzyka odebrała mi poważny związek i popsuła życie wszystkim innym dziewczynom, z którymi byłem. Jestem trudnym partnerem właśnie dlatego, że muzyka jest dla mnie numerem jeden. Sam siebie wykańczam, słuchając w studiu godzinami danego fragmentu. Wtedy czuję, że dla części mnie to zwykłe tortury. Całe dwa lata zajęło mi tylko kombinowanie, co począć po "London Zoo"... Boję się myśleć, jak wygląda życie Timbalanda czy The Neptunes z całą tą bandą rekinów żerującą wokół nich, z rodzinami na utrzymaniu i milionami fanów wyczekujących czegoś nowego. Ja przecież jestem tylko undergroundowym freakiem!

Paradoksem jest dla mnie to, że zawsze miałeś kilka równoległych projektów pomimo tego, że – jak sam mówisz – potrafisz pracować tylko nad jedną rzeczą naraz.
Też jestem tym zaskoczony. Nie zamierzaliśmy przykładowo przenosić King Midas Sound na scenę. Nie sądziliśmy, że będzie takie zapotrzebowanie. To miał być jednorazowy wyskok, a okazał się pożeraczem czasu. Z tego powodu ostatnio zrezygnowałem z robienia remiksów - coś niewyobrażalnego w czasach, gdy każdy dolar był na wagę życia. Odmówić roboty równało się śmierci głodowej! Ale nie byłem w stanie dalej ciągnąć tego wszystkiego. Tym bardziej, że remiksy - takie grzebanie w cudzej twórczości - to dla mnie męczarnia. Kilka większych zamówień prawie mnie wykończyło. Niektórzy producenci zupełnie olewają sprawę i kleją coś w pół dnia, ale ja pracuję pod presją własnego sumienia. Czułbym się łajdakiem, gdybym nie dał z siebie wszystkiego. Nad remiksem kawałka Thome'a Yorke'a spędziłem siedem tygodni. Potem miałem egzystencjalne dylematy, czy wybrałem właściwą ścieżkę życiową! Prawie zrezygnowałem z muzyki.

Ile twojego materiału ląduje w szufladzie?
Nie aż tak wiele, bo pracuję wolno. Wszystkie pomysły staram się doprowadzić do ostatecznej formy i dopiero wtedy ocenić ich przydatność. Skream powiedział mi kiedyś, że jest w stanie montować dwa kawałki dziennie. Dla mnie brzmi to jakaś abstrakcja. Chociaż z Daddym Freddym nagraliśmy ostatnio jedenaście kawałków, a na nowy album The Bug trafi ich może połowa.

A ile czasu spędzasz na co dzień przy konsolecie?
Prosta sprawa: jeśli nie jestem w trasie, to znaczy, że siedzę w studiu. 24/7.

No to rozumiem, czemu jesteś trudnym partnerem.
Nie mam absolutnie żadnej samokontroli. Jestem wzorcowym freakiem.

Pracujesz w trasie?
Próbowałem, ale marnie wychodzi mi to na laptopie. Moje studio to przede wszystkim hardware. Aczkolwiek postanowiłem nie torturować się ambicją, by stworzyć na klawiaturze kompletne arcydzieło i poprzestaję na szkicach, które później szlifuję w domu.

Twoją najnowszą pasją są podobno syntezatory modularne?
Największym wyzwaniem dla każdego, kto zajmuje się muzyką elektroniczną, jest kwestia zindywidualizowania muzyki i poczucia świeżości, nowości. Bo przecież narzędzia i brzmienia, z których korzystasz, same w sobie są już czyimś dziełem. Ktoś ułożył układankę za ciebie. Korzystając z syntezatorów modularnych, to ty dobierasz elementy i sam je porządkujesz. Synteza opiera się na ciągłych wyborach. A co najlepsze, gdy już osiągniesz pożądane brzmienie, możesz to wszystko wysłać do kolejnego modułu. Możliwości są nieograniczone, co jest oczywiście zabójcze dla ludzi takich jak ja - którzy nie znają określenia "stop".

No właśnie - nie przeraża cię zakres możliwości, jakie daje dziś technologia studyjna?
Ależ przeraża. Jeśli gubię się podczas produkcji, to najczęściej dlatego, że nie miałem wcześniej żadnej wizji. Dlatego zanim zaczynam dłubać w ścieżkach, narzucam sobie szerszą koncepcję, do której mój umysł mógłby zmierzać – stąd to rozmyślanie nad The Bug. Wydobywanie dźwięków jest banalne, łatwiejsze niż kiedykolwiek przedtem. Także dźwięków bardzo efektownych. Podstawowe pytanie brzmi: czy robisz kawałek dla samego kawałka, czy masz jakąś koncepcję, którą chcesz wyrazić przy pomocy muzyki?

Takiej porządnie zrobionej muzyki bez "tego czegoś" zrobiło się ostatnio sporo.
Toniemy w utworach przeciętnych. Zalewają nas rzeczy na 6/10 albo 7/10. O ilu tegorocznych kawałkach pomyślałeś: "It's fucking amazing!"? Kiedy ostatnio zagotował ci się mózg? Nie wiem jak ty, ale ja chcę, żeby muzyka zmieniała moje życie, żeby mnie obezwładniała. Niekoniecznie poprzez głośność czy agresywność.

A jest miejsce na przypadek w twojej muzyce?
Mnóstwo. Nie jestem zbyt utalentowany technicznie, nie jestem też zbyt muzykalny. No i w przeciwieństwie do wielu innych producentów, nie mam własnego inżyniera dźwięku, który ułatwiałby mi robotę. Ciągle więc zmagam się ze sprzętem i oprogramowaniem, próbując zmusić maszynę do posłuszeństwa.

Próbujesz nadążać za technologią?
Jasne, jestem nerdem i muszę być cały czas na bieżąco. Już na wysokości Techno Animal zdałem sobie sprawę z tego, że każda innowacja i każdy nowy sprzęt w studiu gruntownie zmieniają naszą muzykę. Do każdego albumu The Bug czy teraz do King Midas Sound byłbym w stanie przyporządkować kluczowe dla niego narzędzia produkcyjne.

A kiedy miałeś z tego najwięcej frajdy?
Hm... W zeszłym tygodniu graliśmy na Outlook Festival. Puściłem dwa nowe kawałki The Bug i zobaczyłem 3-4 tysiące osób absolutnie wkręconych w te dźwięki. To było niesamowite! Takie chwile utwierdzają mnie w tym, czym się zająłem. Jak widzisz, ciągle myślę jak jakiś dzieciak. Ale jeśli uda mi się zachować ten dziecięcy entuzjazm i energię, to będę szczęśliwy.

Faktycznie wybierasz się wkrótce na Jamajkę?
Tak, mam pracować z najlepszymi z tamtejszych MC's - jak Buju Banton czy Yellowman. Czyli ludźmi, którzy kiedyś zainspirowali mnie i dzięki którym pokochałem jamajską muzykę. Chcę tam wparować z moim brzmieniem i pokręconymi rytmami i zobaczyć, jak dranie sobie z tym poradzą.

OCEŃ: 12 0
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.