T-MOBILE MUSIC
RANKING
Płyty, które będą wielkie tylko dlatego, że się w ogóle ukazały. Czyli najbardziej wyczekiwane wydawnictwa nieprecyzyjnie odległej przyszłości.

fot. mat. promocyjne
Dzisiejszy ranking sponsorują wypowiedzi, których Lauryn Hill udzieliła brytyjskiemu „Guardianowi” i z których ma wynikać, że gwiazda jest coraz bliższa ukończenia pierwszej płyty od 12 lat. Czyje potencjalne albumy elektryzują publiczność z podobnym natężeniem?
Blur. Każdy kto słuchał „Fool’s Day” – pierwszej piosenki Blur po powrocie do grania we czwórkę – głową, a nie sentymentami, wie, że nowy album zespołu może być jedynie przyzwoity. Tylko dobry przy genialnej „13”. Tylko ładny przy zjawiskowym „Think Tank”. I tak jak w poruszającą wielkość tego ostatniego jest wpisany zespołowy melodramat (Graham Coxon, gitarzysta, został usunięty ze składu za notoryczne pijaństwo), tak moc tego kolejnego może się brać jedynie stąd, że jest. Zwłaszcza że nowy album Blur będzie jednocześnie tym zamykąjącym dyskografię grupy – tak przynajmniej zapowiedzieli.

fot. mat. promocyjny
Amy Winehouse. Rok temu o tej porze wydawca Winehouse chwalił się publicznie, że zna już wersje demo nowych utworów. Trzecia płyta wokalistki miała się ukazać przed końcem 2010 roku. Ma trzy miesiące, ale wnosimy po milczeniu w obozie, że raczej się nie wyrobi. Choć optymistycznie zakładamy, że skoro usunęła się z pierwszych stron brukowców – gdzie jeszcze niedawno etatowo dostarczała wrażeń kolejnymi rozwodami, odwykami, upadkami i wakacjami w posiadłości Bryana Adamsa – to być może właśnie dlatego, że pracuje, a nie tylko nadużywa gdzieś, gdzie paparazzi akurat nie mają wstępu.
Edyta Bartosiewicz. Nie bez przyczyny umiejscowiona zaraz po Amy Winehouse. Bo ponoć podobnie się pogubiła, kiedy jej nie było – ale to tylko plotki, my nic nie wiemy. Pierwszy koncert od lat zagrała na tegorocznym Orange Warsaw Festival. Ostatnią studyjną płytę wydała w roku 1998 – bardzo niedobre, wręcz grafomańskie „Wodospady łez”. Nowa ma się ukazać jeszcze w tym roku. Bartosiewicz uosabia czasy szczęścia i dobrobytu w polskiej muzyce – erę platynowych nakładów, „Muzycznej Jedynki” i smutnych grandżowych wokalistek, które wielbiły miliony. Ma na koncie dwie świetne płyty, ale to było naprawdę dawno temu.
The Libertines. Najważniejszy rockandrollowy zespół młodego pokolenia. I najbardziej przegrany. Wydali dwie płyty z hymnami generacji, a potem Doherty nie miał na heroinę, więc ukradł Baratowi laptop. Życie po Libs ostro obeszło się z obydwoma liderami grupy. Pete Doherty udowodnił, że ma talent, ale brak mu silnej woli, by ten chaos geniuszu okiełznać. Carl Barat bez Doherty’ego nie potrafił napisać pół dobrej piosenki, ale pokazał, że do muzyki trzeba podchodzić na logikę – najpierw zwrotka, potem refren. Tych dwóch działa jak w tej bajce o przeciwieństwach, którą wciskano nam na lekcjach fizyki. Razem potrafią dokonać rzeczy wielkich. Wrócili do grania koncertów, nie wykluczają nowej płyty.
Take That. Gary Barlow wybaczył Robbiemu Williamsowi, że kiedyś wolał imprezować z Oasis. Williams wybaczył Barlowowi, że jest brzydszy. Williams zasili reaktywowany skład Take That. Podobno nie na zawsze, ale ma im starczyć tej miłości, by nagrać jeszcze jedną wspólną płytę. Dali sobie rok.
Angelika Kucińska
