T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Kobra, co połknęła własny ogon
"I'm a loser, yes it's true" – śpiewa Fred Durst w jednym z utworów. Zważywszy na aktualną pozycję zespołu, trudno polemizować.
Wiem, wiem, pisanie nieprzychylnej recenzji płyty Limp Bizkit w połowie 2011 roku to jak kopanie leżącego. Zresztą, zamiast słów wystarczy reprodukcja okładki, o:

A jednak, zero skrupułów, bo mam z Fredem Durstem, liderem Limp Bizkit, na pieńku od równych 10 lat. Wtedy był panem świata, dowodził jednym z najpopularniejszych zespołów na planecie, grali na gwiazdorskiej pozycji jednego z największych europejskich festiwali i… pogarda z jaką ten facet traktował własnych fanów mnie przeraziła. Nie wdając się w szczegóły – dla poklasku gawiedzi sponiewierał i ośmieszył nastoletnie, ślepo zakochane w nim dziewczę, które wcześniej zaprosił na scenę do wspólnego tańca.
A jednak, przyznać to muszę, koncert dali wtedy znakomity. Nie mogąc patrzeć na Dursta, skupiłem swą uwagę na wymalowanym na czarno Borlandzie i zachwyciła mnie jego oryginalna, a przy tym zaawansowana technicznie gra (zresztą odszedł parę miesięcy później i bardzo kibicowałem jego karierze solowej – niestety, nie wyszło). Otto i Rivers, potężna sekcja Limp Bizkit, też sroce spod ogona nie wypadli… Nawet Durstowi, chociaż jest fatalnym śpiewakiem i niewiele lepszym raperem, scenicznej charyzmy odmówić nie sposób. Oni naprawdę byli wtedy wielkim zespołem. I koncertowo to wszystko spieprzyli.
Nie wiem, co gorsze – czy agresywne walenie nutami na oślep, okraszone refrenami w stylu "Douchebag, I will fuck you up", czy kwadratowe ballady w rodzaju "Walking Away", zgodnie z prawidłami wymierającego gatunku rozpędzające się od lirycznego i bolesnego pitu-pitu do ciężarów, solówek i wrzasków. A może takie numery jak "Autotunage", pisane po to, by wyżebrać u publiczności na koncertach odpowiednio gorącą reakcję (od "Wszystkie panie z przodu zróbcie hałas, wszystkie panie z tyłu zróbcie hałas" po "Chcę widzieć wasze ręce, chcę widzieć jak dajecie czadu")? Tak czy owak, Limp Bizkit streścili na "Gold Cobra" wszystkie grzechy i tak już upadłego na pysk nu metal, dodając kilka grzechów wyłącznie z grzechów się składającego stadionowego hard rocka… Nie napisali przy tym ani jednej autentycznie porywającej piosenki (jakim singlem usiłowali tę płytę promować sprawdzicie poniżej), nie zrobili nic z brzmieniem (czyli jest jak na "Chocolate Starfish…" tylko taniej), nie zauważyli, że ich czas, a już na pewno ich czas w takiej formule, dawno minął.
Za eksperymenty na "The Unquestionable Truth (Part 1)", choć nie do końca udane, miałem do nich sporo szacunku, ale już za tę próbę zawrócenia kijem Missisipi – za grosz. Owszem, Wes Borland znów wpakował tu niemało gitarowych smaczków, ale nie będę się wam dziwił, jeśli nie zechcecie wyławiać ich z morza jęków i faków wypluwanych przez Dursta.
Limp Bizkit "Gold Cobra", Interscope
