T-MOBILE MUSIC
FELIETON: 22 białe gołębie i masa smutku
10 lat temu muzyka r'n'b brzmiała zupełnie inaczej niż teraz. Miała klasę. Miała też niekwestionowaną królową. Czas przeszły dokonany, za sprawą tragicznej w skutkach katastrofy lotniczej, w której zginęła Aaliyah.

Aaliyah na okładce jednej ze swych płyt
Banalne stwierdzenie, że czas pędzi za szybko, w tym przypadku ma szczególne znaczenie. Sierpień 2001 roku to nie był jeszcze czas tak powszechnego dostępu do internetu, portali społecznościowych i królujących nam miłościwie, choć często niezbyt poczciwie, tabloidów i mediów plotkarskich. Informacja o tragicznej śmierci jednej z najbardziej utalentowanych wokalistek naszych czasów przeszła u nas w sumie dość niezauważona. Końcówka wakacji, nieprzesadnie duże zainteresowanie tym gatunkiem w Polsce plus dziesiątki innych, pomniejszych czynników sprawiły, że nie było wcale o niej głośno. Dziś jednak myślę, że może to i dobrze, bo pewnie zamiast o wspaniałych płytach i absolutnie mistrzowskich singlach, czytalibyśmy po jej śmierci głównie o kulisach jej niezbyt fortunnego romansu z R. Kellym (Aaliyah liczyła wtedy sobie 14 lat…), czy o odważnych sesjach zdjęciowych, w których brała udział, a które tak naprawdę były piekielnie dobre, bo ta dziewczyna miała po prostu wielką klasę. I ogromny talent.
Aaliyah debiutowała płytą "Age Ain't Nothing but a Number" jako 15-latka. Nie był to może album przełomowy, ale dziś możemy go traktować jako jedną z ostatnich tak wysmakowanych próbek nurtu new jack swing. Koniec końców i tak wszyscy mówili o tym longplayu w kontekście jego producenta, wspomnianego powyżej Kelly'ego. Całe zamieszanie wywołanie ich romansem przyczyniło się do rozstania pary zarówno na gruncie artystycznym, jak i prywatnym. Dla Aaliyah okazało się to jednak w kontekście jej dalszej kariery zbawienne. W 1995 roku wpadła bowiem pod skrzydła Timbalanda i Missy Elliott. Wtedy jeszcze nikt nie przypuszczał, że oto rodzi się współpraca, która na dobre odmieni scenę r'n'b i tak subtelnie wedrze się do popu. Dwa kolejne, i niestety ostatnie zarazem, albumy urodzonej w Detroit gwiazdy to już była futurystyczna jazda najwyższej próby. Timbo i Missy bez obaw wplatali do stylowych kompozycji elementy elektroniki, brzmień z Wysp Brytyjskich, kombinowali z dźwiękiem, z przestrzenią. Zachowując przebojowość nagrań, nadawali im kompletnie nieznanego wcześniej wymiaru.
Aaliyah, niczym Mary J. Blige i Lauryn Hill, gładko przemieszczała się pomiędzy r'n'b, popem i hip-hopem. Wielki sukces osiągnęła jeszcze jako nastolatka, ale pieniądze i popularność nigdy nie uderzyły jej do głowy. Nie było nikogo (sic!) ze środowiska muzycznego, kto powiedziałby coś złego czy kontrowersyjnego na jej temat. Nazywano ją aniołem jeszcze za życia, więc ewentualne riposty, że o zmarłym przecież źle się nie mówi, można w jej przypadku włożyć między bajki.
Wróćmy jednak do muzyki. Jak ogromny wpływ miała na rynek twórczość Aaliyah, najlepiej świadczą wydawane na przełomie wieków albumy Whitney Houston, TLC czy Brandy. Dodajmy do tego debiut Destiny's Child i mamy w zasadzie komplet. Wszystkie te wydawnictwa były w mniejszym lub większym stopniu inspirowane wybitnym "One In A Million". Ilość pomysłów, które tacy twórcy jak Rodney "Darkchild" Jerkins czy Jermaine Dupri "podpatrzyli" u Missy i Timbalanda, zakrawała w pewnym momencie na jawną kopię. I mimo, że od wydania "One In A Million" minęło już 15 lat, zawarte na tym krążku kompozycje wciąż brzmią bardzo zjawiskowo, wciąż tak świeżo.
Po śmierci Aaliyah, na scenie r'n'b nastał czas bezkrólewia i coraz większego odchodzenia w stronę muzyki dance i pop. Czas, w którym zamiast smaku i oryginalności, zalewa nas hitowa papka niemożliwa wręcz do odróżnienia. Jeden numer podobny do drugiego, banalne teksty o miłości i imprezowaniu, te same gwiazdy na każdej płycie... Czasami trudno nawet zgadnąć, czyjego albumu właśnie słuchamy. Smutne? Dla mnie bardzo, bo w dużej mierze mój gust i muzycznej preferencje ukształtował klasyczny hip-hop oraz właśnie r'n'b lat 90. Smutne także w kontekście tego, co się dzisiaj dzieje z Timbalandem i jego muzyką. Oczywiście nie sposób przewidzieć, czy gdyby Aaliyah żyła, to uniknąłby on upadku do kotła nijakości, w którym teraz się kąpie, ale ona jedna mogłaby go przed tym uratować. Jeśli zaś z czegoś możemy się po śmierci Aaliyah cieszyć to tylko z faktu, że nie zrobiono z niej maszynki do zarabiania pieniędzy. Że nie przekopywano studyjnych archiwów, że nie zalewano nas masą najróżniejszych składanek z jej nazwiskiem. Że nie wyciskano bez jej wiedzy ostatniego grosza od największych fanów jej talentu. To także oddaje, jakim szacunkiem była i wciąż jest darzona.
Gdy 31 sierpnia 2001 roku tysiące nowojorczyków, wśród których nie zabrakło ikon muzyki, pożegnały Aaliyah symbolicznym wypuszczeniem w niebo 22 białych gołębi, nikt chyba nie przypuszczał, że to wydarzenie będzie miało podwójne znaczenie. Wraz z pożegnaniem niezwykle utalentowanej wokalistki, zamknął się też bardzo ważny etap w historii czarnej muzyki. Inni mogli sprzedawać więcej płyt, mogli pojawiać się częściej na okładkach czy zaliczyć lepsze aktorskie epizody (ten wątek przemilczałem, bo w sumie nie ma do czego wracać), ale to Aaliyah wypracowała pewien wzór nowoczesnego rhhytm and bluesa, do którego nikomu później nie udało się nawet zbliżyć.
"Każdego dnia bardzo mi jej brakuje. Nigdy nie pogodziłam się z tą tragedią. Jest wiele osób takich jak Ciara, które świetnie podążają wyznaczonym przez nią szlakiem, ale nikt już nigdy nie będzie taki, jak ona. Myślę, że gdyby nadal żyła wciąż byłaby na topie i nawet przez chwilę nikt nie miałby wątpliwości, że jest po prostu najlepsza. Bo Aaliyah była wyjątkowa i tej wyjątkowości nikt jej nie zastąpi" - te słowa Missy Elliott najlepiej oddają istotę sprawy. Pamiętamy o Tobie, Królowo Potępionych!
-
25.08.2011dodany przez: Maciek
Świetny tekst! Mam niemalże identyczne odczucia i spostrzeżenia, co autor, którego pozdrawiam! -
komentarz
