T-MOBILE MUSIC
GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: A imię jego 40 i 4!
Imię, nazwa – wydawałoby się rzecz prosta i powszechna. Ale w imieniu magia drzemie. Nierzadko czarna.
No, co? Nie dziwcie się. Naprawdę 99. Bo imię boskie to rzecz ważna. To jego używamy, kiedy kłaniamy się zorientowani na odpowiedni kierunek świata, to ono w różnych wersjach skrywa się w Kabale i to ono w chrześcijaństwie jest tak rzadko używane, z obawy, by z własnym stwórcą nie wejść w zbytnią poufałość. Bo choć Nowy Testament sugeruje dosyć mętnie, że Najwyższy jest miłosierny, to z prequela wiemy, że niekoniecznie zawsze to okazuje. Ba! Może się poważnie rozsierdzić, o czym przekonuje los panów od złotego byka. Poza tym zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś miast pełnej szacunku formy "Jehowa", używałby zapomnianej już na szczęście wersji amalekickiej, która brzmiała jakoś w stylu "Jahu Wahu". A tak to już do istot od nas godniejszych zwracać się nie wypada. O dowód nietrudno: znacie jakiegoś Amalekitę? No właśnie.

Nie znaczy to bynajmniej, że imiona bytów pomniejszych są zupełnie pozbawione znaczenia. O nie. I one nie są tylko zbitką fonemów, utworzoną po to, by za ich pomocą skutecznie danego delikwenta zawezwać. Biblijny król Dawid z powodzeniem mocował się z demonami, dlatego, że poza arkanami magii, znał również owych demonów prawdziwe imiona. Bo może sobie demon w płomienistej aurze deklarować, że oto jest Niosącym Światło, Władcą Much, Królem Ognia, Panem Szczelin, czy czymkolwiek tam jeszcze. Ale kiedy tylko nazwać go po imieniu – Kazik, Jurek, Staszek… – burknie tylko i do swoich pachnących siarką domowych pieleszy poleci, jak niestrawnością gnany. Podobnie ludzkie demony. Nie bez powodu w półświatku nieraz miast imion, adepci mrocznej strony mocy posługują się ksywkami, takimi jak Baranina, Kermit, Dracula, Cycek czy Kręciłapka. Albo wreszcie moją ulubioną, która brzmi Psi… [i tu wulgarna nazwa męskiego organu płciowego na cztery litery]. Jak mówi językoznawczyni z UAM w Poznaniu, Halina Zgółkowa: "Znałam taką osobę, o której mówiono Kudłaty, a on był kompletnie łysy, czyli było to w celach utajnienia". Czyli jak z demonem. Znać prawdziwe imię to tyle, co móc spętać, schwycić, złapać, w niewolę lub na poniewierkę zepchnąć.
Ale jest i druga strona medalu. Dobre, ładnie brzmiące imię, czy nazwa, które w dodatku jakieś stosowne skojarzenia budzą, to sam w sobie kapitał. Nie na darmo Jerzy Pająk przedzierzgał się w szlachecko brzmiącego Połomskiego, Czesław wolał być jako piękny, granatowy Niemen, niźli jako zwykły Wydrzycki. Kayah natomiast, wycierając backstage w chórkach wiedziała, że do niczego nie dojdzie, póki będzie mieć w dowodzie nazwisko Szczot. Na zachodzie podobnie. Mark Feld wolał być Bolanem, David Jones przedzierzgnął się w Bowiego, a następnie m.in. w Ziggy'ego Stardusta, zaś kopenhaski farmaceuta, Kim Bendix Petersen, szczytów sławy sięgnął jako King Diamond, co na polski daje Króla Karo. Nota bene będącego w karcianej talii awatarem cesarza Oktawiana Augusta, tak jak król pik to wspomniany już biblijny arcymag Dawid, król trefl – Aleksander Macedoński, a król kier – Karol Wielki.
Ksywka, czyli nazwa, to podstawa. R.E.M., U2, Die Rotte Gitarren, Metallica… Taka nazwa była jak cegła w łeb. Nie sposób pomylić, nie sposób zapomnieć. Marketingowy sukces murowany. Ale istnieje też do nazwy inne podejście. Można obrać taką, która zadziwi, będzie subtelną grą słów, dowcipem, facecją. W tych kategoriach doskonale prezentują się (pozwolę sobie na dłuuuuugą, acz nie wyczerpującą tematu listę):
Ringo Deathstarr
Gringo Starr
DJ Harvey
Pigmy Love Circus
Natalie Portman’s Shaved Head
One Bad Pig
Butthole Surfers
Throbbing Gristle
Someone Still Loves You Boris Yeltsin
Get Cape. Wear Cape. Fly.
I Love You, But I’ve Chosen Darkness
Echo & The Bunnymen
Anal Vomit
Bathtub Shitter
The Birds Are Spies, They Report To The Trees
Congratulations On Your Decision To Become A Pilot
Five Foot Mullet
Half Man Half Biscuit
Joan Of Arse
Kiss The Anus Of A Black Cat
Necrosadistic Goat Torture
Penis Flytrap
Society For The Prevention Of Cruelty To Abnormally Premature Aardvarks

Echo & The Bunnyman - nawet do najdziwniejszych nazw szybko się przyzwyczajamy... fot. Medium
…uff. Jak widzicie, ludzka pomysłowość nie zna granic. Mnie osobiście dawniej bardzo cieszył pomysł, żeby na jednej scenie zobaczyć najpierw projekt Nocturnal Emissions (po polsku znaczy to tyle co "zmazy nocne"), a potem grupę White Stains ("białe ślady"). Istotnie byłaby to heca. Czy jednak osobliwa nazwa pociąga za sobą osobliwość muzyczną? Oczywiście może, choć oczywiście nie musi. Jest jednak grupka muzyków, którzy doskonale łączą abstrakcyjną nazwę z nie mniej abstrakcyjnym przekazem muzycznym. Na przykład taki Nazi UFO Commander.
Przekaz jest prosty. Inspirowani dokonaniami Spenglera, Disneya, Wagnera, Nietzschego, czy Russolo (o nim było tydzień temu), kosmici postanawiają podbić planetę ziemię, by uczynić z niej nowy Schwabenland, czy też Nowy Aldebaran. Wpisuje się to oczywiście w mało znaną, a wielce absurdalną teorię spiskową, wedle której złośliwy austriacki malarz z wąsem ściśle współpracował z zielonymi ludzikami [Oni są szarzy! – przyp. Fox Mulder], III Rzesza miała bazy na księżycu i to od nich pochodziła technologia, która pozwalała Hitlerowi słać rakiety V1 i V2 na Londyn. Wedle wyznawców tego poglądu, powojenna (1947.) katastrofa w Roswell nie była tylko i wyłącznie przypadkową kraksą niezbyt fartownego ufoka, ale ściśle kontrolowanym zestrzeleniem bojowego lotniczego pojazdu ufonazistowskich niedobitków. Stąd potrzeba utajnienia całej sprawy. Bo gdyby przybysz z kosmosu nie był nazistą, katastrofy oczywiście utajniać nie byłoby sensu. Muzycznie to wszystko przybiera kształt darkambientowo-noise'owo-industrialny. Wszak trudno się po ufokach spodziewać, żeby grali folk, albo eurodance.
Budzącym respekt widokiem musiałyby być latające spodki unoszące się nad kierowanymi niemieckim intelektem pancernymi dywizjami. Pancerne dywizje to z kolei przyczynek do wspomnienia innego zespołu o dziwnej nazwie. Ciężkie i masywne czołgi typu "Tygrys" często stanowiły inspirację dla muzyków wykonujących cięższe odmiany metalu. Nie jest tajemnicą, że Piotr Wiwczarek, wokalista naszego rodzimego Vadera, jest kolekcjonerem niemieckiej militarystyki z okresu II wojny światowej, nie na darmo również szwedzki Marduk nagrał "Panzer Division Marduk". Ale żeby czołg zamienić na… bratki?
Pansy [ang. Bratek] Division powstali dwie dekady temu w zasłużonym dla mniejszości seksualnych, amerykańskim San Francisco. Byli bodaj pierwszą kapelą tak otwarcie queercore'ową, to jest taką, która nie ukrywa prawdy o swojej seksualnej orientacji – przeciwnie, szermuje nią i obraca ją w jedną z konstytuujących cech swojego scenicznego emploi.
U początku lat 90., kiedy powstała kapela, taki dowcip był jeszcze świeży, a temat nie spenetrowany, muzycy mogli sobie więc pozwolić na zabawę z popkulturowymi memami. Nie oszczędzili nawet Keanu Reevesa, nagrywając utwór o wdzięcznym tytule "Bill & Ted’s Homosexual Adventure". Kto pamięta tę kultową, a przy tym arcygłupawą komedię, wie o co chodzi. W połączeniu z muzyką, mającą u swych korzeni proto- i punk, jak i garażowe rockowe produkcje, Pansy Division tworzyli materiał tyleż zabawny, co niezobowiązujący.
Jeszcze bardziej odjechana jest historia kolejnego projektu, którego nazwa jest cokolwiek osobliwa. Magical Power Mako zostało powołane do życia w głębokich latach 70., przez muzycznego pustelnika, którego twórczy zasięg zawstydzić mógłby niejednego artystę uważającego się za wszechstronnego.
Wszystko zaczęło się od dzieciństwa spędzonego w nadmorskim kurorcie Izu Shuzenji, ponoć przypominającego brytyjskie Brighton. Tam młody odludek, Mako Kurita, już w czasach podstawówki więcej czasu niż z rówieśnikami, spędzał samotnie, sumiennie wprawiając się w kunszcie gry na gitarze i pianinie. Komponował. Kiedy zaczął chodzić do szkoły średniej, jego muzyczne fascynacje poczęły przybierać bardziej skonkretyzowany kształt. Inspirację stanowiły leżące nieopodal domu gorące źródła i górujący nad nimi hotel. Mako wyobrażał sobie, że ktoś mieszkający na trzecim piętrze tego ośmiokątnego budynku nieustannie go obserwuje. Samotność i coś, co brzmi, jak początki manii prześladowczej, wkrótce zaowocowały debiutanckim longplayem, zatytułowanym (osobliwie) "Summer 1970, Things a 14-Year-Old Boy Thinks About". Taśma zaczynała się od utworu o wdzięcznym tytule "I Bought An Extraordinarily Big Eye In The Town One Day For A Good Bargain Price" (sic!), ale znalazł się na niej i przepiękny kawałek "Open the Morning Window". Posłuchajcie sami.
Siedzenie w pokoju i oddawanie się obserwacji dostępnego wycinka świata, jakkolwiek fajne by się nie wydawało, miało krótkie nogi. Kurita potrzebował nowych inspiracji, szybko więc ruszył do stołecznego Tokio, gdzie wyrósł na ważną postać tamtejszej sceny awangardowej. Zaprzyjaźnił się między innymi z Keijim Heino, z którym pogrywał. Ich występ w telewizji, w programie "Hiru No Purezento", wywołał wśród widzów niemałe poruszenie. Negatywne. Muzyka, jaką tworzył Mako nie bardzo pasowała do kanonów tradycyjnej muzyki japońskiej, nie była też produkcją podobną do płytkiego i banalnego popu, który owych odwiecznych granic co prawda nie szanował, nie dawał jednak w zamian zbyt wiele ponad przygłupie melodyjki i kocie wokale. Telewizja jednak otworzyła mu drogę do spotkania z uznanym już podówczas japońskim kompozytorem Toru Takemitsu, z którym także nagrywał, chłonąc tym razem bardziej klasyczne podejście do komponowania i tworzenia muzyki.
Kurita współpracował także z innymi tuzami japońskiej sceny – kolektywem Geinoh Yamashirogumi. Grupa ta to już osobliwość zupełnie bezsprzeczna, bowiem nie funkcjonowała jako zespół muzyczny, ale pewnego rodzaju spółdzielnia, złożona z setek ludzi o bardzo różnych zajęciach, m. in. prawników, lekarzy, inżynierów, biznesmenów, ale i… artystów. Znani byli ze stosunkowo wiernego odtwarzania muzyki ludowej, ale i łączenia jej z dźwiękami, jakie oferowały ówczesne syntezatory – a mówimy o pierwszej połowie lat 70. Do historii przeszła anegdota o tym, że kiedy ich zainteresowanie skupiło się na gamelanie, sami zaprogramowali syntezatory, by mogły odtwarzać tak nierówną strukturę rytmiczną owego, jak i skalę dźwiękową typową dla Indonezji, co było nie lada wyczynem. Geinoh Yamashiguromi, mimo że podziwiani przez krytyków, nigdy nie sięgnęli sławy. Najbardziej znani są z soundtracku, który nagrali do filmu "Akira". A szkoda, bo muzyka to najwyższej próby.
Nazwa, czy pseudonim, to część image'u, ale i sposobność, by coś zadeklarować. Warto więc o nie zadbać, wzorem takiego choćby TSA, które samą już nazwą wywoływało dyskusje. Tajemne Stowarzyszenie Artystów czy Alkoholików? [Czemu nie Abstynentów, hę? - przyp. red.] A wiadomo: "Nieważne jak mówią, byle mówili". Poza tym o ileż milej jest obcować z zabawną, przewrotną, czy sprytną nazwą w kontraście z świadczącymi o zerowej kreatywności potwornościami w stylu Video, Ocean, Universe, Ktośtam Blues Band. A przecież można: Syrbski Jeb, Dziady Żoliborskie, Kabanos, Supergirl & The Romantic Boys, Mass Kotki, Psio Crew (czyta się z góralska, nie z angielska: psio krew), Kochankowie Gwiezdnych Przestrzeni… Doprawdy, myśleć, kombinować, kminić zawsze warto. Piękny byłby świat, w którym nie każdy metalowy zespół z damskim wokalem zwałby się Lilith, a jazzowy niekoniecznie brałby nazwę od lidera i liczebności muzyków. Tymczasem, stapiając się z piękną elektroniką Duran Duran Duran (nie, to nie pomyłka), żegnam was do przyszłego tygodnia.
