Opinie
A A A
07.08.2011

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: …z zamierzchłej przeszłości

O tym, że noise znano już w okopach Verdun.

Muzyka dziwaczna, za nic mająca dorobek klasyczny – więcej – taka, która budzi wątpliwości, czy w ogóle jest muzyką, wydaje się być czymś przynależnym współczesności. Myślimy, że kiedyś grano tylko i wyłącznie jakąś ramotę, jakieś mozarty nieznośne, ewentualnie ludowe przyśpiewki i jakieś niemądre solówki na bongosach.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: …z zamierzchłej przeszłości - T-Mobile Music

I faktycznie, z reguły tak było. Muzyka, mająca najpierwej znaczenie i funkcje społeczne, i obrzędowe, zanim przeszła do epoki estetycznej, to jest takiej, kiedy słucha się jej głównie dla przyjemności, a nie ad majorem dei gloriam, jaki to bóg, czy totem by nie był, podzieliła się na tę wysoką i tę ludyczną. Do tego stopnia, że niejeden średniowieczny minnesanger, trubadur, skald, minstrel, czy jak go tam zechcecie zwać, mógł się poszczycić dwoma niezależnymi repertuarami. Na wiejskim jarmarku, albo imprezie u jakiegoś zagrodowego szlachciątka grał jedno, a co innego kiedy – i jeśli – doznał zaszczytu występów pod dachem wielmoży. No, ale wszystko to ramota. Przewidywalne, wyświechtane, w kółko to samo. Nie to, co u nas, w naszych pięknych czasach, kiedy do woli, a często zupełnie bez sensu, możemy wykrzykiwać słowo "postmodernizm", kiedy widzieliśmy na filmie, jak Jack White robi elektryka z butelki po coli, kiedy Animal Collective łączą w swojej muzyce wszystko, co w muzyce w ogóle istnieje. Szczęśliwcy z nas. I awangardyści. Biegamy po internetach, blogosferę przeglądamy, mamy konto na Tyrurze, korzystamy z RSS-ów na niezależnych serwisach muzycznych. Wszystko już widzieliśmy, słyszeliśmy, wszystko mamy w małym paluszku. U stopy. Muzykę starszą, niż sprzed kilku lat łykamy w odświeżonych wersjach jako revival, a sami muzykę tworząc, łączymy wszystko z wszystkim, pozwalamy sobie na niesamowite i nie uprawiane nigdy wcześniej eksperymenty. Ale czy na pewno?

Otóż nie na pewno. Prawdziwa muzyczna awangarda nie jest bynajmniej wynalazkiem współczesnym. Ba! Nie narodziła się ani na łonie kultury psychodelicznej, ani krautrocka. Nie powstała wraz z industrialem, punkiem, grungem, techno… wstawcie sobie, co tam uważacie. Prawdziwa muzyczna awangarda jest znacznie starsza, za dwa lata będzie obchodzić okrągłą, setną rocznicę powstania. A wszystko to przez kilku Włochów, którzy ewidentnie się nudzili. Bo takie pomysły mogą przyjść tylko i wyłącznie komuś na wskroś znudzonemu. Kiedy człowiek musi się starać o byt, zaiwaniać na przodku, krowy doić, żeby tylko zapewnić jakiś wikt i opierunek dla swojej partnerki i ich wspólnego pomiotu, na głupoty czasu nie ma. Ci Włosi z kolei mieli go pod dostatkiem. Zanim jednak przejdziemy do naszego italskiego meritum, naszkicujmy sobie obrazek epoki.

1913 rok. W Londynie właśnie świętują pięćdziesiątą rocznicę otwarcia metra. W Meksyku pucz wojskowy mający obalić Francisco Madero kończy się morderstwem na zainteresowanym. Prezydentem USA zostaje Woodrow Wilson, a Australijczycy rozpoczynają budowę Canberry. Na Bałkanach wojna, ale tam zawsze jest wojna. Kończy się budowa Kanału Panamskiego. Ford zakłada pierwszą zmechanizowaną linię produkcyjną. Grecja zajmuje Kretę. W Norwegii panoszą się sufrażystki. Powstaje marka papierosów "Camel". Producenci ubrań wprowadzają zamki błyskawiczne. Rodzi się Edward Gierek, Richard Nixon, Lloyd Bridges, Witold Lutosławski i Paul Ricoeur. Jeśli pominąć Bałkany czasy są więc spokojne. Nic nie zapowiada, że już wkrótce w (bałkańskim wszak) Sarajewie stanie się coś, co ukrywane podskórne europejskie napięcia rozsadzi wielką wojną, na zawsze zmieniającą… wszystko właściwie. Tymczasem trzydziestoletni malarz i kompozytor, Luigi Russolo kmini. Kmini swój manifest.

Manifesty – wiadomo – buńczucznie objawiały pewne prawdy o rzeczywistości i wieszczyły, że kiedy zawarte w nich tezy przyjąć, a rozwiązania zastosować, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, świat jaki znamy odmieni się i nic już nie będzie takie samo. Russolowski manifest miał w taki sposób odmienić optykę, jaką stosowało się dla muzyki. Zatytułowany "L’arte dei Rumori", czyli "Sztuka hałasu", zawarty był w liście, jaki Russolo, futurysta, wysłał do swojego kolegi, również futurysty, Francesco Balilli Pratellego (o tym przyjemniaczku za chwilę). Wywodził w owym, że ludzkie ucho wskutek bycia beneficjentem obcowania z prędkością, energią i hałasem właściwym zurbanizowanej i zindustrializowanej przestrzeni, przyzwyczaiło się do owych w stopniu wystarczającym, by używać ich jako pełnoprawnych składowych muzyki. O ile w 1913 roku taka konstatacja mogła budzić tylko śmieszność, albo sprzeciw, o tyle dziś już wiemy, że była wielce odkrywcza. Ba! Sformułowana w dzisiejszych czasach, byłaby truizmem. Na niej jednak Russolo nie skończył. Poszedł za ciosem, sugerując, że należy dokonać przewrotu także w technikach kompozycji oraz w instrumentacji, włącznie z budową nowych instrumentów. Właściwie nawet nie instrumentów, bo skoro futurystyczni muzycy mieli zastąpić ograniczone spektrum dźwięków produkowanych przez zwykłą orkiestrę bezmiarem hałasów, dźwięków i brzmień nowych, potrzebują całego arsenału maszyn, mechanizmów i innego czortostwa. Taki włoski profesor T.Alent…

Otóż wedle Russolo, w zamierzchłych czasach człowieka otaczała cisza. Za wyjątkiem wodospadów, burz, gromów i aktywności tektonicznej… Że bzdura to, albo co najmniej niezrozumienie istoty ambientu, wszyscy dziś wiemy. Jednak to, o czym pisał dalej, a mianowicie fakt, że z czasem przestrzeń zamieszkałą przez człowieka zaczęło wypełniać coraz więcej dźwięków, to już prawda. Nawet jeśli nie było tych dźwięków więcej, to ilość decybeli rosła. Wszak trudno porównywać wróbla do wielkiej maszyny parowej. Dźwięki wkraczały więc do naszej świadomości i nieświadomości, multiplikowały się, tworząc coraz to bardziej skomplikowane i bogatsze harmonie, i dysharmonie zorganizowane w przepastne polifonie. I te winny być inspiracją dla muzyków, by pobudzać nieznane dotąd poziomy naszej emocjonalności. To pozwoli wyrwać się człowiekowi z okowów czterech głównych kategorii timbre'ów: smyczkowych, dętych blaszanych, dętych drewnianych i perkusjonaliów. Cóż… Flying V Gibsona Russolo znać nie mógł. Co nie znaczy, że nie potrafił wprowadzać swoich teorii w życie z niemałym przytupem. Posłuchajcie sami. Jak brzmiały jego intonarumori możecie się przekonać w poniższym utworze, nagranym – uwaga – w 1913 roku.

Wracając jednak na moment do manifestu – ów okazał się całkiem wpływowy – na Russolo powołują, lub powoływali się, choćby Pierre Schaeffer, Art Of Noise, Adam Ant, Einsturzende Neubauten czy DJ Spooky. Współcześni mu mieli trochę mniej tolerancji dla nowych szlaków, jakie chciał wytyczać muzyce. Do historii przeszedł koncert, jaki Russolo dał w kwietniu 1914 roku wraz z innym futurystycznym bonzem, Filippem Tommasem Marinettim (tak, tym Marinettim). Na jednym z pięknych placów Mediolanu rozstawiono intonarumori i z należną pompą zaczęto grać. Efekty były dla Mediolańczyków wielce zaskakujące. Co więcej – na tyle nieprzyjemne, że postanowili ukrócić wybryki dwóch artystów. A że Włoch – wiadomo – kreatura porywcza, skora do gwałtu i przemocy, publiczność wdarła się na scenę, żeby maszyny zniszczyć, a Russolo i Marinettiemu nakłaść po pysku. Russolo ulotnił się jednak. Podobnie Marinetti, choć początkowo próbował nawiązać nierówną walkę z tłumem i ponoć nawet przed rejteradą powalił trzech chłopa. Część intonarumori została zniszczona.

Nie powstrzymało to jednak noise’owego pioniera przed dalszymi koncertami. Swoje maszyny woził do Genui, Dublina, Londynu, Wiednia, Berlina czy Moskwy. Tam było już spokojniej, a pod wrażeniem możliwości futurystycznego sprzętu bywały takie sławy, jak Strawiński czy Ravel. Koncertował również po pierwszej wielkiej wojnie, ciesząc się co najmniej zainteresowaniem twórczych środowisk. Niestety, burzliwa, a gloryfikowana przez Marinettiego (który poza byciem szalonym geniuszem, był też świnią i nazistowskim bydlakiem) II wojna światowa przyniosła kres intonarumori. Nie przetrwała ani jedna sztuka. Odbudowano je dopiero dwa lata temu na potrzeby nowojorskiego Performa Festival i tam można je dzisiaj oglądać.

Przy okazji manifestu wspominałem, że Russolo zawarł go w liście do kolegi. Skoro już o to zawadziliśmy, warto powiedzieć sobie i o nim. Nie chodzi bowiem o byle Zenka spod trzepaka, ale jednego z ważniejszych włoskich muzycznych twórców XX wieku. Francesco Balilla Pratella był studentem mistrza modernistycznej opery, Pietra Mascagniego, a jako piewca muzyki futurystycznej, wyprzedzał samego Russolo. Z tą różnicą, że Pratella nie zajmował się noisem, w kwestii instrumentacji będąc o wiele bardziej konserwatywnym. Napisał za to (wszyscy Włosi pisali podówczas manifesty – zwykle wielce niemądre) "Manifest Muzyków Futurystów" (1910.), mający obalić zastany muzyczny porządek. Już we wstępie zwracał się do ludzi młodych – jako że starzy według niego i tak by nic z tego nie zrozumieli – przestrzegając ich przed niebezpieczeństwem, jakim stała się degeneracja włoskiej muzyki. Symbolem takowej degeneracji były dla niego "wulgarne i prostackie, podobne melodramatowi" opery Pucciniego i trudno się z nim w tej kwestii zupełnie nie zgodzić. Tam gdzie psy wieszał na Puccinim, wychwalał za to Wagnera, Straussa, Sibeliusa i mniej znanego angielskiego kompozytora, Edwarda Elgara, który miał niszczyć przeszłość opierając się formom symfonicznym. Przeciwstawiał ich konserwatyzmowi "wegetujących" muzycznych uczelni, gdzie dokonywała się "prostytucja chwały muzycznej przeszłości", a uczono w sposób zbyt tradycyjny, zawężający twórcze możliwości uczniów.

Dostało się też reszcie muzycznego establishmentu, który jakoby ulegał mieszczańskim, niskim gustom i nie pozwalał zdolnym kompozytorom rozwijać skrzydeł w obawie, że ludzka mierzwa trudniejszego repertuaru nie zrozumie. Manifest kończył się wezwaniem do twórczej odwagi i walki o możliwość nieskrępowanej ekspresji. A że był to manifest futurystyczny i Pratella do futurystów należał, można się spodziewać, że nie byłaby to li tylko walka ideologiczna, ale polałaby się przy niej krew i niejeden ząb zostałby wyłamany.

Futurystów można nie lubić. Właściwie nawet powinno się, bo niejeden w swoim artystycznym i ideologicznym ekstremizmie zbliżał się do poglądów pewnego złośliwego austriackiego malarza z wąsem. A jeśli nie zbliżał się, to przynajmniej w jakiejś estetycznej ułudzie jego działaniom przyklaskiwał. Trudno jednak odmówić wizjom futurystów pokaźnej dozy profetyczności. Tezy Pratelli znalazły realizację w awangardystach pokolenia Pendereckiego, Russolo nieraz objawiał się w muzyce od noise'u, co oczywiste, po musique concrete, ambient, elektronikę. Do legendy przeszedł też Majakowski, któremu zdarzyło się z dachu wysokiego budynku, przy użyciu batuty "dyrygować miastem". Choć i on, jako piewca Lenina i rewolucji, nie ustrzegł się politycznej obrzydliwości, o bardziej dosadny industrialny performance trudno.

Wcale nie jesteśmy więc aż tak awangardowi i postępowi, jak mogłoby się nam wydawać. W czasach, gdy w telewizorni pojawia się koleś sławny głównie tym, że wytatuował się cały na podobieństwo zombie, łatwo być ekscentrykiem. Co innego, jeśli groziłoby nam zniszczenie sprzętu, postradanie kła, czy nawet śmierć – bo nie wiadomo, co stać by się mogło, gdyby Marinetti i Russolo w Mediolanie walczyli do końca. Aby sprawdzić kondycję awangardowej młodzieży AD 2011, postuluję więc, by w geście ochrony ideologicznej czystości, ósemkować hipsterom koła od damek i miętolić im ronda u kapeluszy. Wtedy przekonamy się, jak to jest naprawdę z tą dzisiejszą młodzieżową awangardą.

OCEŃ: 6 -1
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.