Opinie
A A A
31.07.2011

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Klub 28, 29, 30…

Jak z tragedii zrobić teorię spiskową, czyli o hienach.

Amy Winehouse odeszła. Smutny to fakt, bo artystką była wybitną, choć zdecydowanie zbyt mało czasu miała, by ukazać swoje atuty w pełnej krasie. Oczywistością za to w przypadku śmierci znanego artysty jest fakt, że media – niekoniecznie muzyczne – rzucają się na tragedię, jak hieny na truchło i próbują urwać sobie kawałek. Stąd wszelkie możliwe medialne platformy – nawet takie, których Winehouse nie obchodziła za grosz, dopóki żyła – wypełniły gorzkie epitafia, wspomnienia i pożegnania. Wszelka możliwa dziennikarska nekrofilia. Wśród łzawych, a i pewnie nie zawsze szczerych komentarzy, niektórzy postanowili pójść za ciosem i wpisali Amy w poczet muzyków zbiorczo zwanych Klubem 27. Czyli takich, którzy nasz padół łez opuścili mając tyle właśnie lat. Trudno się dziwić. Pośród artykułów w stylu "32 ofiary botoksu" i "Popatrz, jak one utyły", grupa wpływowych muzyków, którzy jak muchy padają w wieku 27 lat, to gratka dla każdej dziennikarskiej hieny. Można napisać tekst, poświęcając każdą kolejną podstronę jednemu artyście. Ileż to kliknięć, ileż to przyrostu słupków u reklamodawcy… A i zawieszenie merytoryczne niby jest, bo wszak nie o Bodziu z Czach-Kołaków piszemy, a o Brianie Jonesie, Hendriksie, Robercie Johnsonie, Joplin, Morrisonie i Cobainie. I anegdotkę można przytoczyć, jak to matka tego ostatniego, słysząc wieści o śmierci syna, żachnęła się, że oto "dołączył do tego swojego głupiego klubu". I ciary po plecach przejdą. I wypieki na twarzy się pojawią. Jak to zwykle bywa przy okazji teorii spiskowych.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Klub 28, 29, 30… - T-Mobile Music

Bo tajemnicy w tym całym Klubie 27 tyle, ile w fakcie, że dziś, sięgając do szuflady w półmroku, wyciągnąłem skarpetki nie do pary, co zauważyłem dopiero podczas popołudniowych zakupów. Przypadek. Przypadek rządzi światem i rządzi nekroklubami. Klubów jak ten wspomniany można bowiem zorganizować wiele. Trzeba tylko miłości do taniej sensacji, odrobiny złej woli i odbiorców, którzy na spisek reagują jak na najprzedniejszą ambrozję. Spróbujmy więc, jednocześnie przypominając co ciekawszych i osobliwszych członków takiego przypadkowo wybranego klubu. Niech będzie to Klub 28.

Bobby Bloom. Singer-songwriter z lat 70., autor jednego hitu, potworności pod tytułem "Montego Bay". Miał 28 lat, kiedy w jednej z remisyjnych faz depresji sięgnął po dubeltówkę… Cobaina w wersji "28" mamy więc odklepanego. Jonas Bruce z Afro Celt Sound System. Astma. Idziemy dalej. W wieku 28 lat zaćpał się Brian Cole z niesłusznie zapomnianego w cieniu wielkich Beach Boys, sunshine-popowego zespołu Association, którzy byli autorami tej oto rockowej perełki:

Kto dalej? Zenon DeFleur z Count Bishops zginął w wypadku samochodowym. Steve Gaines i jego siostra, Cassie Gaines z Lynyrd Skynyrd w chwili śmierci również mieli po 28 lat. Tym razem przyczyną była katastrofa samolotu. Basista i wokalista Carmen i Jethro Tull, John Glascock, mimo poważnych wad serca i paskudnego zakażenia krwi, nadal stosował się do reguł życia przykładnego rockowego sybaryty. Przypłacił to śmiercią, zupełnie jak Morrison, w swojej paryskiej wannie. Również miał 28 lat. Tyle samo, co Pete Ham, gitarzysta i frontman formacji Badfinger, który nie poradził sobie z depresją i powiesił się we własnym garażu. W tym samym wieku był Gregory Herbert, saksofonista Blood Sweat & Tears, który w swoim mieszkaniu w Amsterdamie zadał sobie złoty strzał. Przedawkowali też Shannon Hood z Blind Melon i Bradley Nowell z Sublime. Obaj jako dwudziestoośmiolatkowie. Wes Berggren z Tripping Daisy, James Sullivan z Avenged Sevenfold. Powiecie: "Dobra, dobra… gdzie Rzym, gdzie Krym? Jak się te płotki mają do Hendriksa?". Przypomnijmy sobie więc kolejnych dwóch członków naszego Klubu 28, tym razem zdecydowanie większych formatem - a i osobliwych przy okazji.

Tracy Pew urodził się w 1957 roku w odległym australijskim Melbourne. Tam też, uczęszczając do Caulfield Grammar School, poznał Phila Calverta, Micka Harveya i Nicka Cave’a. Wspólnie założyli grupę The Boys Next Door, z którą osiągnęli niemały lokalny sukces…

Prawdziwy przełom dla zespołu przyszedł, kiedy dołączył do nich eksgitarzysta The Young Charlatans, Rowland S. Howard i zmienili nazwę na The Birthday Party. Artystyczny, bo mimo, że stali się pupilami arcywpływowego Johna Peela, a ich muzyka łączyła ambicje z nastrojem, w swojej epoce okazała się dla postpunkowej publiki za trudna. A to najpierw przyszywano im łatkę zespołu gotyckiego, a to później nie wszyscy rozumieli ich pozornie nieskoordynowane, hałaśliwe eksploracje spod znaku no wave. Nie zmienia to faktu, że dziś uznaje się ich za pionierów, a ich wpływ dostrzegalny jest choćby w tak odległych od dzisiejszej działalności Cave’a rejonach, jak deathrock.

Sam Tracy Pew, po rozpadzie Birthday Party podążył za Cavem, stając się basistą formacji Nick Cave – Man Or Myth?, która miała przeobrazić się w The Bad Seeds. Na krótko. Potem pogrywał jeszcze w australijskich punkowych The Saints, zagrał na Cave’owskim "Kicking Against the Pricks", czy wreszcie wspomógł fenomenalną Lydię Lunch na świetnym "Honeymoon in Red". Niestety, Pew cierpiał na epilepsję, która nie chciała współgrać z rockandrollowym trybem życia i jego tendencją do pochłaniania pokaźnych ilości dragów. Mimo stosunkowo skutecznych prób walki z nałogiem, w 1986. dostał ataku padaczki w wannie. Kiedy atak ustał, Pew miał tak poważne uszkodzenia głowy, że nie można mu już było pomóc. Zmarł w szpitalu wskutek krwotoku śródmózgowego.

Innym prominentnym członkiem Klubu 28 był nie kto inny, a jeden z najwybitniejszych songwriterów ubiegłego wieku, który nie dosyć, że zostawił po sobie pękaty zbiór genialnych piosenek, zdążył też spłodzić nie mniej od siebie zdolnego syna, Jeffa (członka Klubu 30). O ile jednak Jeffa zna każdy, Tim Buckley pozostaje u nas zagwozdką raczej dla tych, co muzykę penetrują, niż przeciętnego zjadacza chleba.

Timothy Charles Buckley III zaczynał od prostego folku by z czasem wypłynąć na szerokie wody jazzu, psychodelii, funku, soulu i bliżej nieokreślonej awangardy. Przełom nastąpił pod koniec lat 60. W samym 1969 roku zajmował się pisaniem materiału na trzy niezależne, a wielce zacne płyty: "Starsailor", "Lorca" i "Blue Afternoon". Formalne poszukiwania jakie uskuteczniał Buckley, wiązały się zarówno z jego zainteresowaniem wokalnymi osiągnięciami Cathy Berberian, jak i pomysłami Iannisa Xenakisa i Luciano Berio. Wtedy też zaczął w pełni korzystać ze swojej niesamowitej wokalnej skali, którą, swoją drogą, w dużej mierze odziedziczył po nim syn. Świat zadrżał w posadach widząc niedawnego folkowego bohatera, teraz wyjącego, jammującego jak szanujący się freejazzowy improwizator. Nic dziwnego, że "Starsailora" musiało wydać Straight Records, label Franka Zappy. Posłuchajcie sami. "Come Here Woman" to otwieracz tego albumu. I jest to otwarcie godne okutego blachą buta kopiącego w nasze drzwi o piątej nad ranem.

Podobnie było z "Lorcą", albumem dedykowanym fenomenalnemu Federico Garcii Lorce, który poza Buckleyem był inspiracją dla takich tuzów, jak Cohen, Bunuel, czy Dali. Ten album Buckley skomponował prawie wyłącznie w oparciu o skalę dwunastodźwiękową, czy – jak wolicie – chromatyczną albo dodekafoniczną. Można sobie wyobrazić, jak dalekie były to dźwięki od tych, do jakich przyzwyczaił fanów za czasów, kiedy grał łzawe folkowe ballady.

Cztery tygodnie. To długo, czy krótko? Bo tyle wystarczyło Buckleyowi, by nagrać "Lorcę" i kolejny album, tym razem folkowe "Blue Afternoon", z którego pochodzi mój absolutnie ulubiony Buckleyowski numer. A, że ulubiony, posłuchajmy go dwukrotnie - w oryginale i fantastycznej wersji Brendana Perry'ego z Dead Can Dance.

Buckley dokonał żywota wskutek przedawkowania heroiny podczas jednej z upojnych, pijackich nocy w towarzystwie muzyków ze swojego zespołu. Koroner do aktu zgonu wpisał heroinę, morfinę i alkohol etylowy.

Jak widać, w każdym klubie są ci mniej ważni i ci ważniejsi. Można by pokusić się o napomknięcie o Klubie 29, w skład którego weszliby: brytyjski bluesman Duster Bennett, Jimmy Fernandez z God Machine, Sean McDonnell z Surgery, Ingo Schwichtenberg z Helloween czy Ronnie Van Zandt ze wspominanego już dziś Lynyrd Skynyrd. Czy też Clarence White z The Byrds, albo Danny Whitten z Crazy Horse. Można by rozważać Klub 30…

Nie dajcie się zwariować. Klub 27 to zrządzenie przypadku. Nic więcej. To i chęć co poniektórych, by wepchnąć nam w gardło najbardziej nawet niestworzoną historię. Co też nie jest wcale nienaturalne dla człowieka. Ot, istota skłonna do myślenia magicznego, życzeniowego, antropomorficznych personifikacji i wszelkiego podobnego czortostwa, choćby na zasadzie prawa synchronizacji Junga, będzie doszukiwać się znaczenia tam, gdzie poza przypadkiem nie ma nic. Kiedy myślimy o kimś, a ta osoba do nas dzwoni, czy nas odwiedza, węszymy w tym magię, telepatyczne wezwanie jakieś. Kiedy myślimy o tej samej osobie, a ona nie pojawia się, ani nie dzwoni, po prostu ten fakt ignorujemy. Choć zdarza się tysiące razy częściej. Ku przestrodze w kategoriach muzycznych teorii spiskowych, warto wspomnieć o osobliwej – a jakże – historii związanej z rzekomą śmiercią Paula McCartneya.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Klub 28, 29, 30… - T-Mobile Music
Sir Paul nie posiada się z radości, że redaktor Waliński uczynił go bohaterem swojego Gabinetu...   fot. Medium

Jest styczeń 1967 roku. McCartney ma wypadek samochodowy. The Beatles od paru lat nie występują już publicznie, mało jest więc okazji, by zobaczyć go na żywo. Znikąd pojawia się plotka, że Beatles nie żyje, a na płytach i okładkach zastępuje go sobowtór. Temat podchwytują radiowi didżeje i muzyczna prasa. Kiedy włączyć "Biały album" i puścić go od końca, w kawałku "Revolution 9" dokładnie słychać komunikat: "turn me on, dead man". A to nie koniec poszlak. Pod koniec "Strawberry Fields Forever" Lennnon ponoć wyśpiewuje linijkę "I buried Paul…" (finalnie okazało się, że tak naprawdę śpiewał "cranberry sauce"), z kolei na okładce "Abbey Road" znajdujemy cały zestaw jednoznacznych symboli. Ubrany na biało John to kapłan. Ringo w czerni jest żałobnikiem. Obleczony w jeans George z kolei zostaje uznany za grabarza. Paul McCartney jako jedyny nie ma na sobie obuwia. Co więcej – nie idzie z kolegami w idealnym rytmie. Trup. Ciało. Umarlak. Niechybnie.

Beatlesi wielokrotnie dementują plotkę. Bezskutecznie. Trzeba aż wywiadu z McCartneyem dla pisma "Life", ozdobionego adekwatną sesją fotograficzną, by absurdalna plotka zamarła. Choć nie do końca. Tabuny kolejnych iluminatów znają prawdę i wiedzą, że prawdziwy McCartney od czterdziestu bez mała lat gryzie piach, Elvis Presley wcale nie zmarł na serce siedząc na sedesie, ale nadal pławi się w chwale i bogactwie w najtajniejszych pokojach kasyn Las Vegas, a Morrison żyje na bagnach Luizjany, jako Król Jaszczur…

Zdrowy rozsądek ponad wszystko. Nie ufajcie tym, którzy węszą spiski, bo może się okazać, że wejdzie wam to w nawyk i nie będziecie już patrzyli na świat racjonalnie. A Amy Winehouse też zostawcie w spokoju, miast ciągać ją po jakichś niemądrych klubach. Dziewczyna męczyła się za życia, niech teraz choć trochę odpocznie. Przynajmniej do momentu, kiedy inne hieny wywleką jej na wpół skończony materiał i zaczną wydawać kolejne płyty. Nic nie sprzedaje się tak dobrze, jak śmierć.

OCEŃ: 7 0
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.