Opinie
A A A
17.07.2011

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Nawiedzenie dzisiaj w cenie

Co łączy Nowy Orlean, Londyn i Augustów? Potwory. Najstraszniejsze ze strasznych.

 

Wiadomo: bez potwora, ducha, czy zjawy, film albo serial jest pusty, bez sensu i nadaje się tylko dla sucharów. Dowodem sukcesy potworów, które wizytowały nasze ekrany ostatnimi czasy. Trylogia "Zmierzch" mimo, że niestrawna dla każdego, kto ma więcej niż 12 lat, zapewniła twórcom furę kasy i wywindowała pewnego młodego aktora do rangi bożyszcza równego Pittom i Clooneyom. I nic to, że niekoniecznie utalentowany. Nic to, że twarz ma krzywą i tak naprawdę szpetną – wampirem jest, w dodatku romantycznym, więc wszystkie dziewice jego. Idźmy za ciosem – "Vampire Diaries". Serial o rywalizacji dwóch braci – również wampirów, z których jeden nosi pierścień pozwalający mu chodzić do szkoły (sic!), głupotą przebijał nawet historię o Cullenach. Ale znów nic to. Wampiry były, był sukces. Dalej: na małe ekrany weszły właśnie dwa nowe tasiemce, traktujące o potworach. Piątego czerwca tego roku widzowie MTV mogli oglądać początek przygód niepopularnego licealisty, który zostaje ugryziony przez wilka, po czym tradycyjnie: zaczyna obrastać futrem, paznokcie robią mu się krogulcze… Słowem, idąc za freudowską metodą egzegezy wilkołaczego mitu, pokwita, budzi się w nim rozbuchane, młodzieńcze libido, a bestia jest prostą personifikacją psychicznych parć powodowanych rozrostem pierwszego łonowego meszku. W innym hicie, który też niedawno zadebiutował na kanale ABC Family, główna bohaterka, niejaka Chloe King nie wilcze atrybuty posiada, ale kocie. I tu psychoanalityczny kontekst wskazuje na wydźwięk skrajnie libidalny, ale że serial nadawany jest w kontekście rodzinnym, wszystko podane jest z odrobinę grubszym woalem. Potwory są sexy. Z wyjątkiem może Benicio del Toro, który nawet wespół z Sir Anthonym Hopkinsem, nie potrafili wykrzesać erotycznej iskry z kolejnego w historii kina zmiennokształtnego.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Nawiedzenie dzisiaj w cenie - T-Mobile Music

Wszystkie te sukcesy to jednak nic przy furorze, jaką zrobił na świecie serial ”True Blood”, który z powodzeniem pogodził dzieciaki, nastoletnich fanów emo, gospodynie domowe, a nawet wkradł się w świat wykształciuchów na co dzień gardzących niską ex definitione serialową rozrywką. I wcale nie chodzi o to, że owi nad dyskusje o Lacanie, lekturę Hegla i hermetyczne interpretacje poezji Wallace’a Stevensa nagle przedłożyli opowieść o miłości wieśniaczki i wampira, czarnoskórym trans-geju będącym zarazem wiedźmą, czy skromnym właścicielu baru, który lubi w nocy rozebrać się do naga w lesie, przemienić w psa rasy – bodaj – beagle i biegać, hasać, drzewa podlewać. Nie, nie, nie. Przynętą na tych, którzy do seriali nie przywykli jest w tym przypadku kwestia campowości. Bo w oczywisty sposób campowe jest to, jak wiele różnego potwornego tałatajstwa nawpychała do serialu twórczyni książkowego pierwowzoru, Charlaine Harris i odpowiedzialny za ekranizację Alan Ball. Mamy tu: wampiry, wilkołaki, wiedźmy, antyczne boginie, wróżki, zmiennokształtnych, demoniczne noworodki…  Brakuje może tylko wojowniczych żółwi ninja i jakiegoś dinozaura. I wszystko to dzieje się w maleńkim Bon Temps, gdzie – chciałoby się rzec – pies tyłem szczeka, a płciowymi organami wodę pije, lub, coby było grzeczniej, a z sensu zachowaniem: na takiej pipidówie, że dwa psy mają jedno oko. Takiej, że jak rzucić kamieniem, to cała wioska krzyczy ”auuuuu”. Takiej, że żurawie tam zawracają. No dobra, dosyć tych porównań…

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Nawiedzenie dzisiaj w cenie - T-Mobile Music
Damien Youth   fot. archiwum zespołu

Bon Temps nie leży jednak w przypadkowym miejscu, ale w krainie predestynowanej do bycia nawiedzoną, czy nawiedzaną. Chodzi o Akadianę, czyli zbiór równorzędnych hrabstwom parafii, potocznie nazywany Luizjaną. To tam wszak przytargani z Senegalu i okolic niewolnicy przywieźli swoje worki z resztkami kur, patykami, kamykami i innym czortostwem, dając tym samym początek voodoo. To tam po szaleństwach Katriny krajobraz jak nigdy sprzyja nawiedzeniom, miejskiemu folklorowi i rozrostowi wszelakich legend. To tam wreszcie mieszka największa w USA mniejszość mająca jakieś związki z Francją – czyli jakoś tam obca, jakoś tam nie do końca jankeska, jakaś taka dziwna w ogóle. To tam spotykamy bagna i bagienne ogniki, to tam słyszymy historie o szalonych plantatorach, którzy pozabijali swoje rodziny, a w najlepszym wypadku okrutnie potraktowali niewolnika, przyczyniając się tym samym do powstania mitu o Candymanie. Komu za gówniarza zadrżał głos, kiedy wymawiał jego imię po raz piąty przed lustrem w łazience, ten będzie wiedział o co chodzi. Ja osobiście obecnie miodu nie lubię i nie cenię – a pamiętam, że brzdącem będąc go uwielbiałem. Oto jak filmowa groza potrafi wdrukować się w nasze przyzwyczajenia kulinarne. Jednak Luizjana to nie tylko blady strach. To też karnawał, zabawa, Mardi Gras, taniec i muzyka. I coś, co jest według mnie bezsprzeczną muzyczną osobliwością – kreolskie zydeco, łączące w sobie muzykę Afryki, rootsowe brzmienia charakterystyczne dla południa Stanów Zjednoczonych i… francuski folklor miejski. Posłuchajcie sami.

Nic dziwnego, że tak wydatnie przez wszelakie potworne stwory zasiedlony teren stał się też inspiracją dla muzyków, wspomnieć choćby odwołującą się do Nowego Orleanu, choć pochodzącą z Seattle singerkę-songwriterkę, Jesse Sykes. Na co dzień łączona z alt-country, a faktyczne związki mająca z wytwórnią Southern Lord (m. in. Earth, Sunn O))), Boris) wokalistka nierzadko zatraca się w faulknerowskich wątkach związanych z realizującym się fatalizmem, czy jednokładnością między mitem/mistyką, a rzeczywistością. A, że i głos ma odpowiednio dramatyczny i nawiedzony, efekt daje to bardzo przyjemny. I, o ile krytycy, nawet ci najbardziej prominentni, jak fachowcy na etacie w "New York Timesie" sprzeczają się o faktyczną gatunkową przynależność projektu Jesse Sykes & The Sweet Hereafter, o tyle ja myślę, że spokojnie można tu użyć terminu american gothic (w znaczeniu takim jak u Granta Wooda), albo southern gothic. Posłuchajcie.

Prawdziwym nowoorleańskim wyjadaczem jest jednak nie Jesse Sykes, ale tajemniczy muzyk, który, mimo, że nagrywał tylko na kasetach, w latach 80. i 90. ubiegłego wieku dorobił się małego, ale wiernego kółka wyznawców. Chodzi o gentlemana skrywającego się pod przezwiskiem Damien Youth, a który z powodzeniem przywodzi na myśl wczesnego Juliana Cope, Syda Barretta, czy pewnego zapatrzonego w potwory Angola, o którym będzie za chwilę. Co takiego fajnego w Damienie? A to, że z powodzeniem łączy bardzo ładne melodie o rockowej proweniencji, z podlanym gotyckim feelingiem wokalem i folkową na pozór gitarką. Efekt daje to nieprzesadnie ambitny, za to nad wyraz słuchalny. I jeśli Youth nie przywodzi swoją muzyką zapachu suszonej kiełbasy boudin, najprzedniejszego gumbo, czy smażonych w głębokim tłuszczu kulek kukurydzianych z mięsnym farszem, to doprawdy nie wiem, co te cajuńskie zapachy przywołać może. Przygoda z Damienem to turystyczna wojaż po tarasach nawiedzonych posiadłości, gdzie duchy tragicznie umarłych southern belles snują się wypłakując swe eteryczne oczy i zawodząc grobowo o utraconej miłości, niesprawiedliwości świata i kochanku, który życia dokonał w paszczy niecnego kajmana.

Jednak do etosu nawiedzonej Luizjany nie odwołują się tylko i wyłącznie artyści amerykańscy, skądże. Duszne powietrze znad mokradeł dociera nawet do odległej, skutej przez cały rok lodem, Szwecji. I działa tam na tyle intensywnie, że najtwardsi wikingowie potrafią zapomnieć o swoim przywiązaniu do Yggdrasila i zacząć śpiewać o nowoorleańskich potwornościach. Doskonałym przykładem jest tu Peter Scion, który muzycznie na południe USA podróżował niejednokrotnie. W jego muzyce, jak i u Youtha usłyszycie też inspiracje Sydem Barrettem i wspomnianym Angolem od potworów.

Żeby było wygodniej i przyjemniej sugeruję też wizytę na blogu Sciona, gdzie ten nieaktywny już muzycznie artysta oferuje za darmolca całą bodaj swoją dyskografię. Wystarczy kliknąć tutaj. Tymczasem przechodzimy do wspomnianych dwukrotnie Angoli…

Gdzie Luizjana, łącząc w sobie wszystkie cechy porządnego kulturowego tygla, stanowi doskonałe tło dla amerykańskiego horroru, tam w horrorze europejskim zdecydowanie przoduje Londyn. To w stolicy brytyjskiego imperium działy się najbardziej przerażające literackie zbrodnie – poza może tylko wyjaśnianymi przez inspektora Dupina wypadkami przy paryskiej Rue Morgue. To tu najbardziej znany literacki narkoman, Sherlock Holmes, latami ślinił swoją fajkę dedukując, co też okropnego gotuje właśnie jego nemezis, profesor Moriarty. To w okolicach Old Bailey i Newgate Prison do dziś czają się duchy skazańców. To tam, wiedziony miłością trafił w powieści Brama Stokera, Władek Palownik, Draculą zwany. To tam wreszcie, w 1888 roku, kiedy ranek rozwiał mgły na Buck’s Row w dzielnicy Whitechapel, odnaleziono ciała Mary Ann Nichols i Annie Chapman, dając początek histerii związanej z Kubą Rozpruwaczem. I nawet jeśli finalnie brytyjscy kryminolodzy rolę Rozpruwacza przypisują Sewerynowi Kłosowskiemu (pod tym przybranym nazwiskiem zdarzało mi się kiedyś publikować na łamach pewnej dużej codziennej polskiej gazety) vel George’owi Chapmanowi, polskiemu chirurgowi i golibrodzie, Londyn stolicą grozy jest i basta. I londyńska groza właśnie stała się podstawą twórczości Paula Rolanda już od jego debiutu zatytułowanego ”The Werewolf of London” (1980.).

Czy grał rockowo, czy brał się za muzykę akustyczną, Roland, jak siano na sieczkę, przerobił wszystkie chyba literackie mroki, zawadzając nawet o przerażające ćpuńskie wizje Thomasa de Quinceya, autora "Wyznań londyńskiego opiumisty", czy wybierając się za ocean, by uczcić muzycznie Howarda Phillipsa Lovecrafta. Dowód poniżej.

Dziewiętnastowieczne morderstwa, emerytowany kat i cały gabinet średniowiecznych groteskowych postaci, to właśnie menażeria, z jaką w swoisty danse macabre co rusz uderza Roland. I inspiruje przy tym Youtha i Sciona. Bo czyż białej damie z londyńskiej Tower tak daleko do zagubionych na bagnach southern belles?

Niegdyś, będąc na wywczasie w pięknych okolicznościach przyrody Pojezierza Augustowskiego, zasłyszałem anegdotę o tak zwanej mendzie leśnej (to nie wulgaryzm, a termin zoologiczny, Moi Drodzy), tajemniczym stworze, który ma brzydki zwyczaj zasadzać się w nadbrzeżnych szuwarach i kiedy jakiś podchmielony młodzieniec oddali się nieopatrznie za potrzebą, kłapać swą przerażającą paszczą, pozbawiając owego tego i owego, a w najlepszym przypadku, niczym kleszcz, boleśnie się w te delikatne rejony wczepiając. Czy ów stwór istnieje naprawdę, nie wiem. Miałem szczęście póki co go nie spotkać, jednak, na wszelki wypadek, strzeżcie się leśnej mendy podczas Waszych wakacyjnych wypraw. A jeśli jednak ją spotkacie i spojrzycie strachowi prosto w oczy, koniecznie napiszcie o tym piosenkę. Jak Youth, Scion, czy Roland. A jeśli nie umiecie pisać piosenek, to przynajmniej zadzwońcie do tych gości:

OCEŃ: 4 -2
Billboard Music Awards 2012 Galeria Hercules and Love Affair Galeria Vladimirska

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.