T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Play Safe
Komeda w prawych dłoniach Możdżera.
Leszek Możdżer – oby nie czytał tej recenzji – jest Dodą polskiej pianistyki. To jego wskaże statystyczny Polak obudzony w środku nocy pytaniem o największego rodzimego pianistę. (Przynajmniej z tych żyjących, w przeciwnym razie konkurowałby z nim niejaki Chopin). Ale tak jak Doda – wygrywająca zapewne podobny nocny plebiscyt na czołową polską gwiazdę pop – Możdżer nie zapisał jeszcze w powszechnej świadomości ani jednej melodii. Ile czytaliście artykułów na jego temat, ile wywiadów? A ile autorskich tematów Możdżera potrafilibyście zanucić?

Komedę nucą za oceanem przynajmniej od roku 1968, czyli od premiery "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego. W tym sezonie być może będzie się go nuciło także u nas, skoro niesiony dłońmi Możdżera kompozytor wspiął się na pierwsze miejsce polskiej listy sprzedaży, wyprzedzając Beyoncé, Star Guard Muffin oraz Różnych Wykonawców najlepszych pod słońcem. Czy to Możdżer wprowadził na szczyt Komedę, czy raczej Komeda Możdżerowi pozwolił zadebiutować na samym szczycie – ważne, że się udało, bo w gatunku tribute albumów "Komeda" wypada bardzo godnie.
Możdżer unika kontrowersji zarówno w doborze materiału, jak i w jego wykonaniu. Jest tutaj obowiązkowe "Sleep Safe and Warm" z wspomnianego "Dziecka Rosemary", jest "Svantetic" wykonane o niebo piękniej niż w trio z Larsem Danielssonem i Zoharem Fresco na płycie "The Time", jest "Moja Ballada", "Cherry" oraz "Prawo i pięść". Wszystkie Możdżer potraktował charakterystycznym dla siebie precyzyjnym staccato z ciągotami ku wysokim rejestrom. Wobec hiperaktywnej prawej dłoni pianisty trzeba świadomie zmuszać percepcję do tego, by pod tą migotliwą powierzchnią dostrzegła starania dłoni lewej. A wtedy często okazuje się, że w gruncie rzeczy Możdżer gra Komedę bardzo ostrożnie, uniwersalnie, poniekąd wzorcowo – z 13-minutowym wyjątkiem nerwowego "Nighttime, Daytime Requiem", które niweczy kojące starania poprzedzających 25 minut i nawet po kilku przesłuchaniach pozostaje fascynującą zagadką. W tych wykonaniach drzemie więc ogromny potencjał edukacyjny. I jak już dowiedziono: spory komercyjny. Osobom znających na pamięć wszystkie te wspaniałe tematy płyta może się jednak wydać zbyt ostrożna, zbyt sentymentalna, piękna pięknem zbyt oczywistym.
Na sukcesie "Komedy" wszyscy wszakże korzystają: sam kompozytor, o ile pośmiertna sława ma jeszcze dlań znaczenie, my rodacy, bo Komedę wciąż znamy bardziej ze zdjęć niż z muzyki, no i wreszcie Leszek Możdżer. Prócz powodzenia rynkowego nobilitujące dla pianisty jest już samo wydanie solowej płyty w znakomitej niemieckiej wytwórni ACT, bo wcześniej nagrywał dla niej tylko w obstawie Danielssona. Z drugiej strony po obowiązkowych świadczeniach Roku Chopinowskiego Możdżer ryzykownie utrwala swój wizerunek pianisty jazzowego, który funkcjonuje niczym pianista klasyczny, na którego w młodości się kształcił. Jest więc coraz bardziej odtwórcą-interpretatorem, a coraz mniej kompozytorem-twórcą. A co by to było, gdyby zamiast siadać nad pustą partyturą, Komeda rozmyślał nad nagraniem "Armstronga", "Ellingtona" albo "Monka"?
Leszek Możdżer "Komeda", ACT
-
2.10.2011dodany przez: Wojtej
świetnie napisane! Ja niestety należę do zdecydowanej mniejszości entuzjastów jazzu, których Możdżer nie powala na ziemię.
Ale cóż takie czasy, kiedy jest się w kolorowych gazetach, potem także projekt Możdżer+,czy co gorsza "męskie granie"(czytaj-łatwe granie).
Z polskich pianistów zdecydowanie wolę Wasilewskiego , Herdzina , Jagodzińskiego...
Wojtek Ciuraj -
komentarz
