T-MOBILE MUSIC
GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Chłopak z gitarą
Dziś w programie samotnicy, a więc osobliwości (i osobowości) folkowe.
Folk to skomplikowany termin. Trafił do nas raczej z niemieckiego, niż angielskiego i stąd może początkowa fatalna asocjacja. Później folk oznaczał wszystko, co wydawały zespoły pokroju Mazowsza. Wreszcie, w latach 90., przez nasz kraj przetoczyła się fala grup zafascynowanych ludowym graniem celtyckim, co znów wtórnie zmieniło znaczenie tego pojęcia. Trzeba było kolejnej dekady, by to, co folkiem zwano na Zachodzie, folkiem zostało i u nas. Czy to za sprawą nurtu new weird America, czy freak folku, czy wreszcie mozolnej pracy krytyki muzycznej, dobrze czy nie – stało się. Folk to pan lub pani z gitarką, z emfazą wyśpiewujący własne kompozycje. Kompozycje zwykle osobiste i zaangażowane, bo jeśli nie na aranżacji i produkcji, to na treści musi oprzeć się ich ciężar gatunkowy.

Taki właśnie folk trafił pod nasze strzechy, czy to pod postacią Devendry Banharta, czy to przy okazji sukcesu duetu CocoRosie. Folk w najlepszym wydaniu prezentował nam Sufjan Stevens, czy inny Sam Amidon. Efekt był taki, że po raz pierwszy od momentu kiedy skończył się nam PRL, jednocześnie znosząc potrzebę poetycznej, opartej o gitarę akustyczną, piosenki protestu, folk wrócił. Nieśmiało, raczej wślizgując się przez niedomknięte drzwi, niż w pełnym chwały pochodzie. Więcej - za młodocianymi folkowymi grajkami przyszli i ci starsi, skutecznie przez powracającą modę zrewitalizowani. Drake, Cohen, Dylan - by wspomnieć tylko tych największych. Ale świat folku, jak każdy muzyczny świat, jest przepastny i znajdzie się w nim miejsce dla bardzo wielu różnych środków wyrazu, sposobów przekazu i treści, które artyści chcieliby wyrażać. Dziś wspomnimy kilku folkowców mniej może u nas znanych, ale wcale, ale to wcale, nie gorszych od swoich bardziej popularnych kolegów.
W którymś archiwalnym już Gabinecie, pisząc o muzyce nurtu christian psych, wspominałem o ojcu Berkery, który w szlachetnej praktyce nawracania hippisów postanowił posłużyć się ich własnymi metodami, wliczając w to dragi i klepiącą bańkę muzykę. Inny z kolei muzyk, Jim Baker zwany Ojcem Yodem, w psychodelii zagonił się tak dalece, że aż założył własną sektę, w której centrum tak organizacyjnym, jak i teologicznym stał on sam. Dave Bixby, który jest naszym pierwszym bohaterem, przeszedł drogę przeciwną. Zaczynał jako nafaszerowany kwasem hippis, by wraz z mijającym czasem przeobrażać się w hardcore’owego chrześcijanina, niestrudzenie piętnującego zło i marność życia zgodnego z ideą wolnej miłości.
W 1969 roku światło dzienne ujrzał jeden z najbardziej depresyjnych folkowych albumów w historii. "Ode to Quetzalcoatl" mówiło o narkotykach i poszukiwaniu Boga. Jeśli nie wierzycie rodzicom, dziadkom, lekarzom, psu Fafikowi, że narkotyki są złe, może uwierzycie Bixby'emu. W skali ciężaru gatunkowego ten niepozorny brzydal z wąchem na Małysza i z czystej wody fryzjerskim samobójstwem na głowie, niejednego tytana zdepcze, jak marną glistę.
Kiedy ukazała się "Oda do Quetzalcoatla", Richard Youngs miał zaledwie trzy latka. Jako dziecko zupełnie innej epoki, kiedy zaczynał swoją muzyczną przygodę, zupełnie nie w głowie było mu łapanie gitary akustycznej. Wolał bawić się możliwościami, jakie dawały mu manipulacje magnetofonowymi taśmami. Z czasem jednak dojrzewał i z klasycznym instrumentarium się przeprosił. I to nie tylko z gitarą, ale fletem shakuchachi, thereminem, appalaską cytrą czy akordeonem. I tak powstała jedna z najbardziej imponujących, a już na pewno najszerszych dyskografii w historii muzyki, bo czy to solowe, czy nagrane we współpracy z innymi artystami, produkcje Youngsa idą w dziesiątki.

Muzyka Richarda Youngsa dojrzewała w polowych warunkach fot. Jagjaguwar
I w tym właśnie, umiejętności łączenia motywów, stylów, łamania gatunkowych konwencji należy upatrywać wspaniałości muzyka, którego "Melody Maker" nazwało najwybitniejszym improwizatorem od czasów grup AMM. Bo któż inny potrafi tak wyśpiewywać folk, bluesa, rocka, minimale, a wreszcie coś, co ociera się o progresywnego rocka? I to wszystko w urzekającej aurze lo-fi… Nas interesuje jednak bardziej folkowe wcielenie Youngsa. Posłuchajcie sami.
Jeszcze inne podejście do muzyki folkowej ma Daniel Higgs. Nic dziwnego - za młodu harcował w hardcore’owym Reptile House i post-hardcore’owym Lungfish. Stąd tuż obok pięknych, wspartych dźwiękami banjo, powłóczystych folkowych songów, na jego płytach słyszymy litości nie mające i jeńców nie biorące noise’owe odjazdy. Stąd piękno i delikatność sąsiadują tam z chaosem i okrucieństwem. Ale nas znów interesuje raczej folkowa strona jego twórczości:
Gdzie Higgs potrafi rozpętać piekło, tam piekło Damiena Jurado jest już bardzo prywatnym, smutnym i pustym piekłem. I tak od trzynastu lat, bo tyle mija od wydania jego debiutanckiej "Waters Ave S". Muzyka Jurado jest bardzo osobista, niemalże wsobna, na co składa się może i jego dzieciństwo, i młodość w Seattle, gdzie wszak dogasała podówczas grunge’owa rewolta. Ciekawostką w przypadku Jurado jest fakt, jak chętnie i jak często wykorzystuje muzykę nie skomponowaną, ale znalezioną (wyrażając się niezręcznie celem uniknięcia terminu musique concrète)… Poza plumkaniem na gitarze, zęby zjadł tez na manipulacjach magnetofonowymi taśmami. A dekadę temu, muzyk wydał nawet album "Postcards and Audio Letters", kolekcję nagrań dźwiękowych, które znalazł na kasetach pozostawionych w odtwarzaczach kupionych w komisie, czy wyszukanych na automatycznych sekretarkach telefonów. Nic jednak te wszystkie terenowe nagrania. Jurado prawdziwą siłę ma, kiedy wypłakuje swoje serce przy akompaniamencie prościutkiego akustycznego tła. Jak na przykład w rozdzierającym duszę "Kansas City":
Mniej - niż na to zasługuje - znanym w naszym kraju muzykiem folkowym jest Daniel Johnston. Bo mało kto może pochwalić się własną grą na iPhone’a, maniakalną depresją i faktem, że Cobain nosił jego koszulki. A wszystko zaczęło się od tego, że z uporem rzeczonego maniaka, każdej napotkanej na swojej drodze osobie Johnston wpychał na siłę kopię nagranej przez siebie kasety. Niecodzienne zachowanie podchwyciła prasa muzyczna i już wkrótce – a była to połowa lat 80. – Johnston pojawił się w MTV. Jednak przełom w jego karierze nastąpił dopiero kilka lat później, kiedy lidera Nirvany często obfotografowywano ubranego w koszulkę z obrazkiem z okładki "Hi, How Are You?" Johnstona. Trendsetterska potęga Cobaina była nie do przecenienia. Folkowym świrem wkrótce zaczął interesować się muzyczny establishment.

Mimo, że przebywał wówczas w szpitalu psychiatrycznym, Elektra zaproponowała mu bardzo lukratywny kontrakt płytowy, który Johnston odrzucił, bo dowiedział się, że w barwach Elektry występuje Metallica. A Metallikę miał za narzędzie diabła i panicznie bał się, że kiedy znajdą się w jednym labelu, prędzej czy później metalowcy go skrzywdzą. O jaką konkretną krzywdę chodziło, niestety, dziś już nie wiadomo. Wiadomo za to, że dostało się też manedżerowi, który przygotował umowę z Elektrą. Wiadomo: jak z szatanowcami chciał targu dobić to i pewnie sam jest szatanowcem. Nie był to jedyny przypadek, kiedy choroba uniemożliwiała Johnstonowi normalne funkcjonowanie. Niegdyś, podczas lotu dwuosobowym samolotem, doznał wyjątkowo nagłego i silnego ataku manii, podczas którego uwierzył, że jest Kacprem, Przyjaznym Duszkiem. W efekcie wyciągnął kluczyki ze stacyjki i wyrzucił je przez okno. Szczęśliwie, za sterami siedział jego ojciec, doświadczony pilot wojskowy, któremu udało się bezpiecznie rozbić samolot o drzewa. Obaj odnieśli tylko symboliczne obrażenia, jednak Daniel musiał w efekcie na dłużej wrócić do zamkniętej instytucji. Zmagania Johnstona z chorobą są też jednym z ważniejszych wątków filmu "The Devil and Daniel Johnston" Jeffa Feuerzeiga, którym ów zapewnił sobie laur festiwalu w Sundance w 2005 roku.
Ale poza maniakalną depresją Johnston to kupa muzyki. Muzyki osobliwej, bliskiej nurtowi art brut, często naiwnej, ale w jakiś sposób oryginalnej, niepowtarzalnej. Dowodem choćby klasa muzyków którzy zgodzili się coverować Johnstona, by wspomnieć choćby Toma Waitsa, Bright Eyes, TV On The Radio czy Flaming Lips. No i zostaje iPhone. Otóż miły stwór z okładki "Hi, How Are You" trafił do gry pod tym samym tytułem. Gra jest klonem znanego i lubianego Froggera.
Folk. Różne ma oblicza. Bixby, Higgs, Youngs, Jurado, Johnston. Ale i u nas są tacy, którzy chcą przy akompaniamencie klasycznego instrument wyśpiewać to, co ich boli, cieszy, co ich obchodzi. Prywata nie przystoi, ale tym razem sobie na nią pozwolę, przedstawiając Wam polskiego Devendrę, czy – jak on sam woli – polskiego Marka Bolana (wczesnego), a prywatnie mojego kolegę. Jak widać i u nas można skutecznie udawać, że świeci nam w twarz słońce nie mazowieckie, a kalifornijskie. Że gdzieś po naszych wadliwych ze wszech miar autostradach jeżdżą nasi właśni easy riderzy. Że do tworzenia nie trzeba niczego innego, tylko pomysłu. Posłuchajcie sami:
Folk to duży test dla wykonawcy. Nie mamy całego zespołu, który, gdy powinie nam się noga, skutecznie przykryje wpadkę. Nie mamy charyzmatycznego gitarzysty, który wyczesze solówkę, powodując u większości kobiet na widowni palpitacje serca. Nie mamy kompanów w komponowaniu. Jesteśmy – nawet jeśli ktoś tam nam faktycznie jednak akompaniuje – tak naprawdę sami. My i nasza twórczość. Czy wystarczy nam charakteru? Czy nasze kawałki naprawdę mają potencjał zmieniania czyjegoś życia? Trzeba mieć prawdziwe cojones, by tak zupełnie samemu konfrontować się ze słuchaczem. Szanujmy więc muzyków, którzy to potrafią. Szanujmy tych, którzy choćby odważyli się spróbować. Szanujmy bohaterów dzisiejszego odcinka, bo każdy z nich znalazł na swój folk pomysł. Własne brzmienie, własny teren, własne treści. A jak wystarczy czasu i ochoty, to może sami też złapmy gitarę. I śpiewajmy o wszystkim tym, co nas obchodzi. To zawsze lepsze, niż "je je je, kocham cię". Zawsze.
