T-MOBILE MUSIC
GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: O manii grafomanii
Tekst napisać - niby prosta rzecz. Ale choć każdy może, to nie każdy powinien.
Nosowska najlepszą polską tekściarką? To truizm przecież. Jak ktoś gówniarą jeszcze będąc, zamiast łkać i podliczać blizny po samookaleczeniach, serwuje nam tak autoironiczny tekst, jak ona na debiucie Heya, to wiadomo, że z najgrubszą z muzyczno-poetyckich ryb mamy do czynienia. Jednak w polskim muzycznym światku słowa piosenki nie zawsze bywają ozdobą warstwy dźwiękowej. Co to, to nie. Dużo częściej stają się przyczynkiem do drwiny i ciężkiego jak moje wódczane kace obciachu – w najlepszym przypadku bywają po prostu puste, bezsensowne, nagie jak ów król z bajki Andersena. Do historii przejdzie na przykład tekst "Modlitwy o złoty deszcz" Bajmu, gdzie wokalistka – wedle złośliwców – dręczona samotnością, poszukuje partnera do realizacji dosyć pikantnej seksualnej fantazji. W refrenie słyszymy wołanie o pomoc, pragnienie by spadł tytułowy deszcz, a nie jest to raczej letnia orzeźwiająca mżawka. Nie zrozumcie mnie źle, nic mi do ewentualnych potrzeb szacownej pani Kozidrak, ale przecież nikt o zdrowych zmysłach nie bierze tego na serio i nie przypuszcza, że wokalistka Bajmu na poważnie pierze w tej piosence swoje sypialniano-łazienkowe brudy. Prędzej, zgodnie z prawdą, dojdzie do wniosku, że niestety w całej krasie wyszło na jaw nieogarnięcie rzeczonej pani i smutna prawda, że jak się nie ma o czym pisać, to nie powinno się pisać w ogóle.
Oczywiście, na mapie polskiej muzyki Beata Kozidrak nie jest jedyną przedstawicielką zjawiska zwanego grafomanią. O bycie obsypanym (sic!) podobnym deszczem upominali się choćby panowie z IRY. Ryszard Rynkowski z kolei śpiewał, że "Dziewczyny lubią brąz" - tu Jacek Cygan strzelił sobie bramkę, refrenem narażając się na najbardziej niewybredne z możliwych komentarzy. A cała Polska solidarnie współczuła dziewczynom, które na swojej drodze spotkały Rynkowskiego i jego brąz. Tenże sam Cygan, z tymże samym Rynkowskim od przeszło dekady żalą się też "do kogoś", a nie "komuś" w piosence do serialu o Ryśku z "Klanu". To nie koniec. Nie szukając daleko, koleżanka Ryśka z serialowego planu śpiewała szeroko komentowaną piosenkę o Chince z Wietnamu. Zupełnie innym przykładem muzycznej grafomanii jest Michał Wiśniewski, zwany Sępem Miłości, który w najlepsze miesza w jednym tekście słowa Shakespeare'a, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i własne. I bądź tu człowieku mądry i zgaduj, która linijka czyja. Mijamy Ich Troje i już mamy Roberta Gawlińskiego, dla którego kobiety są piękne, jak konie w galopie, co sprawia, że aż chce się spytać, z którą postacią z "Szału uniesień" Podkowińskiego wolałby się bliżej poznać. Następnie Gabriel Fleszar ujawniał swoje niezdecydowanie wyznając, że "kroplą deszczu namaluję cię, a potem długo sam, sam w to nie uwierzę". Grabaż z kolei serwował adresatce swojej piosenki najdurniejsze chyba z możliwych wyznanie miłości: "Kocham cię. Już posmarowałem tobą chleb". Znany z erotycznych wyczynów z foką Szymon Wydra z kolei ujawniał, że "nasze życie będzie jak poemat, trzeba tylko znaleźć dobry temat (…) tyle jeszcze drogi jest przed nami, z tym, że trasę wyznaczymy sami", a jego koleżanka z programu utyskiwała: "Outlook Express, no messages, co to się stało, na na na". Marcin Rozynek wyśpiewywał kosmiczne bzdury w postaci: "I niech noc przykryje nas, jak końca świata świat, w obawie przed świtaniem". Co to znaczy? Pewnie nic. Podobnie jak "odlecą przez fantastyczne horoskopy", którą to frazę znajdujemy – a jakże – na debiucie Much. Tylko przypadek wokalisty owych, Michała Wiraszki, jest akurat na tym tle dosyć chlubny, bo nieraz rehabilitował się linijkami o dziewięć piekieł lepszymi, by wspomnieć drugą płytę i frazy w stylu: "Chodziliśmy do księgarni, wąchać grzbiety nowych >>Thorgali<< / Próbowaliśmy z przedruków Beksińskiego zrobić tło do akwarium".

Dlaczego uważam, że "Thorgale" i Beksiński Wiraszkę rehabilitują? Ano dlatego, że przeciwnie do końca świata świata, stanowią metafory skromne, nieprzestrzelone, bez ambicji właściwych Sejmowemu Kołu Eksploracji Kosmicznej, czy jak się tam ów niedawno powołany organ nazywa – zguglować czortostwa niepodobna. Prostota porównania zawsze będzie bardziej przekonująca niż kosmologiczne, czy – o zgrozo! – kosmogoniczne odjazdy, które w polskim wydaniu świecą tombakiem i cyrkonią, co słychać chociażby co najmniej raz na minutę w dowolnie wybranym utworze zespołu Coma. Druga rzecz, że "Thorgale" i Beksiński to też dowód na to, że w tekście bez żenady można odwoływać się do popkultury i pokoleniowego doświadczenia, co dla artysty mającego ambicje bycia wyrazicielem emocji swoich równolatków jest orężem tyleż skutecznym, co koniecznym. Cobain mógł śpiewać o dziewczynach z Kalifornii, a Rotten o Hotelu Kalifornia - ale nie śpiewali. Pokoleniowa więź i pokoleniowy przekaz wymagają użycia pokoleniowych symboli. Choćby były to wąchane grzbiety komiksu. Grzbiety pachnące zresztą – a wiem to z doświadczenia – naprawdę ładnie i charakterystycznie. Nie to, co kupowane w uprzedniej epoce z drugiej ręki "Relaksy", w których historie o dzielnym wikingu-kosmicie (a jednak zatoczyliśmy fatalne koło!) miały swój polski debiut.

Pani Beata przeczytała to, co napisała fot. Medium
Takie odwołania, pojawiające się w muzyce niezależnej za granicą nie od dziś, u nas zupełnie zniknęły wraz z upadkiem komuny i końcem zapotrzebowania na protest songi. Nawet wybitny skądinąd autor tekstów, to jest Grzegorz Ciechowski, w konfrontacji z wolnością i radosną, kolorową rzeczywistością nowej epoki, nie radził sobie tak, jak uprzednio i do poziomu tekstów, jak te do "Mojej krwi", czy "Nie pytaj mnie o Polskę", nawet się nie zbliżył. Jasne, że można skonstatować, że artysta dobry, to artysta głodny, czy – w tym przypadku – zniewolony. Przykładów znajdziemy wiele, od Kafki po Miłosza. Prosty to wniosek, ale i prawdziwy. Błahość i grafomania tekstów z początków lat 90. brała się z niesamowitej eksplozji muzycznej twórczości, która na niewyrobionym jeszcze polskim rynku muzycznym, robiła zaskakującą i często zupełnie niezasłużoną karierę. Brała się z fatalnych wzorców zachodnich i jeszcze gorszych sposobów przenoszenia ich na polski grunt. Nadzwyczaj (czytaj: przesadnie) dydaktyczny zespół U2, u nas znalazł na przykład swój odpowiednik w legendarnym Ziyo (choć może to jednak bardziej polskie Extreme?). "Tylko tobie dam wszystko to, co mam" - ten rym, to cały niezbędny komentarz.
Jasne, że kiedy padł Mur Berliński wszystkim zrobiło się cieplej na duszy. Jasne, że obalenie systemu, który przez bite pięćdziesiąt lat straszył wszystkich naokoło było powodem i do dumy i do celebracji. Jasne, że lepiej, czy bardziej artystycznie jest walić wódę w geście protestu, niż dlatego, że lubi się walić wódę… Jak się okazało estetyka straganów-szczęk i śródmiejskich ulicznych bazarków nie opanowała tylko ulicy, ale także i muzyczną kulturę narodu. O disco polo pisałem dwa tygodnie temu, sugerując, że nie tylko ono winne było obniżeniu się kultury muzycznej w latach 90. Podtrzymuję tę opinię, szczególnie wziąwszy pod uwagę naszą dzisiejszą osobliwość, to jest polskie klony jakże popularnych podówczas w zachodniej Europie: rave’u, happy hardcore’u, czy eurodance’u. Warto je sobie przypomnieć. Raz, że dzisiaj ówczesne muzyczne wybryki Polaków istotnie wydają się cokolwiek osobliwe. Dwa, że nigdzie chyba poza dyskografią Papa Dance nie znajdziemy tylu tekstowych absurdów i głupot. Doskonałe to dowody na słuszność tezy z poprzedniego akapitu. Pozwolę sobie na krótki przegląd.
Zaraz po kultowym "Rowerze Błażeja" na alternatywnych kanałach telewizyjnych w stylu TV4 pojawiały się pasma muzyczne, gdzie lansowali się polscy DJ-e Bobo i nadwiślańskie Mister Presidenty. Tam właśnie, wzorując się na niemieckiej Vivie (MTV było podówczas u nas – zdaje się – kodowane), panie w kosmicznych ortalionikach i panowie z lansem na najmniej lubianego imprezowicza na dyskotece, prężyli się, wyginali, tańcowali i śpiewali najgłupsze możliwe linijki. W pamięci utrwaliło mi się szczególnie kilka z tamtych numerów. Zacznijmy od może nie najgłupszego tekstu, ale powalającej linii melodycznej. Od La Strady. Nazwa projektu uzasadniona, bo wokalistka ubrana jest tak, że nie musiałaby się wstydzić stojąc przy tytułowej "La Stradzie". Celu owego stania nie uściślam. Popatrzcie sami.
D-Bomb to już inna parafia, choć rejony obyczajowe podobne: "Ciało me dla ciebie jest, jeśli będziesz kochał mnie". Choć z drugiej strony, jak się nad tym zastanowić, to i ciało nie do pogardzenia i prostota przekazu godna pozazdroszczenia. Szczególnie z perspektywy ciężaru doświadczeń damsko-męskich zblazowanego inteligenta, za którego się buńczucznie uważam.
Kolejny numer jest już zdecydowanym szlagierem. Refren to jedna z najczęściej wyśpiewywanych na podstawówkowych dyskotekach fraz. I nic to, że w tamtym czasie, poprzedzającym pokwitanie, o podnieceniu myślało się raczej w kategoriach literackich czy filmowych, a nie fizjologicznych. I nic to, że sam Thomas przypomina imprezowego lwa w podobnym stopniu, co ja czarownego różowego słonia. Nic to, że gorszych kołnierzyków nie miał nawet Rysiek z "Klanu". Nic to. W tekście pojawiała się nauczycielka, więc młodzieńczym buntem wiedzeni, szaleliśmy przy tym numerze na zgrzebnej sali gimnastycznej białostockiej przykościelnej podstawówki, rumieńce kryjąc w cieniach rzucanych przez wiszącą pod sufitem, nieodzowną w takiej sytuacji siatkę, rodem z wojskowego namiotu. No i w teledysku pojawia się Joanna Pierzak vel Orleańska, co wszak musi być dodatkowym atutem.
Przepiękną kartę w historii polskiego eurodance’u zapisał też zespół Universe. Szczególnie z uwagi na dwie linijki. Pierwsza to: "Bo tak naprawdę, to nie wiem, między bogiem niebem co będzie z nami". Bardzo wdzięczny będę za wskazanie, gdzie właściwie to miejsce pomiędzy bogiem a niebem się znajduje – bo kiedyś sugerowano mi, że gdzieś w okolicy RPA. Druga: "Wciąż otuleni błękitem, między nocą a świtem…". Błękit – zdawałoby się – jest raczej między świtem a nocą, a nie odwrotnie… Ale nie zmienia to faktu, że numer to prawdziwa petarda, szczególnie kiedy wokalista tonem nie znoszącym sprzeciwu wypowiada: "Odejdź, to moja odpowiedź". Coś, jak Rybowski z Łyżkowskim, to jest Fischerspooner i ich kawałek "Emerge", który można złośliwie przetłumaczyć, jako "Wyjdź"…
Kolejny numer, kolejny przykład: "Nie mów tak i nie mów nie". Czyli co mów? No co mam powiedzieć, no? No weź mi powiedz.
Afterlife i ich "Hola Amigo"”, to już grubszy kaliber. Kiedy wokalistka wyśpiewuje "Na ulicy tysiąc ciał, ty je wszystkie chciałbyś, chciał…", z ekscytacji puchną mi kostki.
Krytykowany wcześniej wątek kosmiczny pojawia się też w przeboju Jam:Rose z ficzeringiem Kasi Lessing: "Dotykam nieba, tańczący jasny ptak, spod nóg ucieka ziemia i kocham, kocham tak". No i potem oczywiście wykrzyczane agresywnie "do the dance". Tylko jak ma biedna to zrobić, skoro ziemia spod nóg uciekła?
I ponownie Kasia Lessing: "Słowa toną, gubią się, ciało mówi samo. Już na pewno przyśni się, kiedy zaśnie rano". Kto? Co? I po co do jasnej cholery ten przestwór letniego pola? "Tańcz, tańcz, jeżeli już wiesz, że z nikim innym nie chcesz iść do domu". Dziękuję, postoję.
No i absolutny numer jeden, a właściwie numer dwa, o czym za chwilę… MC Diva, czyli połączenie marzeń o wielkim świecie (nawet za sugerowaną cenę), z szarością typowego polskiego podwórka, gdzie jak widać szaleją półnadzy mężczyźni o doskonale wyrzeźbionych klatach, wykrzykujący rekurencyjnie hasło "góra dance", albo "do the dance" – stwierdzić trudno. Wszystko tu jest, nawet skrzypki, a przede wszystkim epokowa konstatacja: "Ja mam życie niebanalne, bo ja żyję niemoralnie". Piękno w witkacowskiej czystej formie.
Teksty pisać można różne. Można jak Bowie pociąć kartkę, wrzucić słówka do kapelusza, zamieszać i wyciągać. Wtedy przechodzą frazy w stylu "stinking weather fat", czy "dopey morning doc, grumpy gnomes". Bo dadaizm był fajny i niejedno równie fajne z niego wyewoluowało. Można celować w rolę nowego Dylana i próbować pisać rzeczy epokowe. Wszystko można. Można też klecić poezję taką, jak znajomy mojego kolegi, który zwykł prosić o cudzesa deklamując: "Piękne jest słońce, piękne są śniegi, lecz najpiękniejsze jest serce kolegi". Można. Tylko jeśli się tworzy rzeczy na tym poziomie, to – na Peruna i Swaroga! – lepiej nie wsadzać ich do piosenki. A tym, którzy upierają się, by muzykę – nieważne jaka by ona była – szpecić grafomańskim tekstem życzę, by co noc przychodził "dodo" nich mój ulubiony polski eurodance’owiec, Daniel. Co noc. Dodo ciebie. Co noc.
