T-MOBILE MUSIC
GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Genius loci
Bo miejsce czasami warunkuje dużo więcej, niż mogłoby się nam wydawać…
Puchatek, czy jak chce alternatywne tłumaczenie, Fredzia Phi-Phi (trans-miś?) żył w Stumilowym Lesie. I dlatego pewnie przygody jego i pozostałych zwierzęcych abnegatów przepełnione były magią, dobrem i wszelakiej maści pozytywnym przesłaniem. Co innego, gdyby żył – dajmy na to – w Kampinosie. Wtedy, jeśli nie padłby ofiarą jednego z polskich myśliwych, którzy jedno zwierzę mylą z drugim – na przykład norweskiego osła z dzikiem, jak przekonaliśmy się rok temu – to żarłby nie miód, a odpadki które pozostawiają po sobie turyści. Nie hasałby swobodnie po kniei, tylko bezsensownie spał kilka miesięcy. I nie byłby słodki, tylko wkurzony i śmierdzący, bo zwierzęta już tak mają, że nie pachną konwaliami. Miał więc Puchatek szczęście. W jego przypadku zadziałał genius loci i to dzięki niemu, dzieci na całym świecie mają swojego ulubionego misia. Dzieci, które wolą Colargola pomijam milczeniem, jako skrajnie zmanierowane, zdemoralizowane i nadające się jedynie do resocjalizacji. [Naczelny zawsze wolał Colargola, uważaj sobie… - przyp. red.]

Truizmem jest rzec, że miejsce warunkuje wiele rzeczy. Od czynności - bo wszak kąpiemy się w łazience, a nie kuchni – przez stany, bo lepiej nam w pomieszczeniach jasnych, a w ciemnych dostajemy depresji, po bardziej skomplikowane i niejednokrotnie mające znaczenie dla całych grup społecznych aspekty. I tak świątynia skojarzy nam się z sacrum i w obrębie danej, spojonej kulturą grupy, będziemy się tam czuć w szczególny sposób, w szczególny zachowywać, wreszcie szczególne semiotyczne znaczenie nadawać przedmiotom, znakom, słowom z taką świątynią związanym. Po przeciwnej stronie, w krainie jakże kochanego przeze mnie profanum, mamy z kolei na przykład taką wygódkę, która – o czym nie trzeba chyba przekonywać – też dorobiła się sporej i bardzo osobistej znakowości, własnego słownika określeń, własnych "rytuałów". Miejsce prawie nigdy nie jest bez znaczenia. O czym pisałby w "Panu Tadeuszu" Mickiewicz, gdyby nie piękne litewskie krajobrazy? Skąd wziąłby się mroczny matecznik z "Dyplomatyki i łowów"? Czym byłoby "W poszukiwaniu straconego czasu", gdyby nie dzieciństwo Prousta w Illiers, które na stronach powieści przeobraziło się później w Combray? Czym byłaby połowa literatury francuskiej, gdyby nie frenetyczna aura Paryża? Ale nie musimy mierzyć aż tak wysoko. Każdy z nas – prawdopodobnie – pamięta miejsca, które wiąże z określonymi wspomnieniami: ławka w parku, gdzie doświadczyliśmy pierwszego pocałunku, ogród/sad/wiejskie obejście naszych dziadków, nieistniejąca już centrala rybna, z której wynieśliśmy wspomnienie zapachu i niesamowicie żółtego koloru naszej ulubionej pasty rybnej. I nie warto w tym miejscu wartościować tych wspomnień. Bez sensu dzielić je na te bardziej i mniej godne. Podobnie z miejscami, z którymi są związane. Pozostańmy przy konstatacji, że miejsce, jego duch – a więc tytułowy dla dzisiejszego odcinka genius loci - ma znaczenie.
I jeśli tak działają te małe, osobiste wspomnienia, dziwnym nie jest, że miejsca roztaczają swoją magię także w szerszym kontekście - rodziny, klanu, plemienia, mieszkańców danego miasta, czy nawet narodu. Na dowód trzy miejsca: Katyń, Auschwitz, Grunwald. Ale poza symboliką związaną z określonymi wydarzeniami historycznymi, miejsce ma też pewien wpływ na ogólny charakter ludzi, którzy je zamieszkują. Hołdując stereotypom: zimni i opanowani Skandynawowie nie są zimni i opanowani z przypadku, a dlatego, że od gówniarza zdążyli się napatrzeć na śnieg, lód i zimową wietrzną ptaków poniewierkę. Gdyby Angoli nie zalewały deszcze, nie dusiły mgły i nie smagały wiatry, mniej z nich chorowałoby na reumatyzm i pewnie mniej ugruntowana w świadomości innych narodów byłaby ich flegma. A jeśli choć w najmniejszym stopniu geografia faktycznie przekłada się na – używając tak nieszczęsnego, dziewiętnastowiecznego, heglowskiego określenia – ducha narodu, to pewnie widać ją w sztuce owego, czuć w zapachu kuchni i słychać w muzyce.
Jeśli przysłuchamy się muzyce etnicznej, powyższa teza zyskuje ręce i nogi. Nasi przodkowie nie znali drapaczy chmur, metra, neonów i nocnych klubów. Więc chcąc grać i śpiewać, jednocześnie zawierając w swojej sztuce doświadczenie obcowania z otaczającą ich przestrzenią, byli stosunkowo ograniczeni. Trzymając się przykładu mieszkańców Wysp Brytyjskich (może niekoniecznie Angoli, bo wszak Angole to Niemcy, co przyjechali tam stosunkowo niedawno, w V i VI wieku naszej ery – ale wcześniejszej migracji, to jest celtyckiej) - w Albionie można było grać albo smutne balladziarstwo, pod wpływem majestatu okalającego wyspy morza, albo pod wpływem ciemnego piwa, gdzieś przy ognisku, w jednym z licznych pubów, uprawiać jigi, czy inne reele, wydatnie przy tym potupując. Posłuchajmy pierwszej opcji.
Fantastyczne Steeleye Span może nie jest najbardziej muzykologicznie uzasadnionym wyborem, ale Janek, co był szewcem, a poszedł na morze, doskonale obrazuje, o co mi chodzi. Dodatkowo: jeśli posłuchacie szant, które w wielkiej mierze właśnie z wyspiarskiego folku się wywodzą, usłyszycie ten sam szum fal, czy strach przed nadchodzącym sztormem. Nie tylko genetyczna jednak jest między nimi wspólnota. Inaczej: gdyby nie wspólnota doświadczenia, krajobrazu z przewagą płaskiego, gubiącego się na morzu horyzontu, deszczu, mgły i ogólnie pogodowego paskudztwa, melodyka piosenek marynarzy pewnie dużo dalej odeszłaby od swoich brytyjskich korzeni. Choćby ku brzmieniom iberyjskim. Wszak Grande y Felicisima Armada nie była żadnym zwidem pijanego grogiem okrętowego majtka. Szanty i celtycki folk łączy więc coś na kształt genius loci, otoczenie warunkuje zestaw środków wyrazu i ogólny wydźwięk muzyki.

Słynny XIX-wieczny autor szant John" Yankee Jack" Short ma swoje miejsce
– strzeże wejścia do portu w Watchet fot. Medium
Ale przenieśmy się tam, gdzie jest jeszcze paskudniej, do wspomnianej już Skandynawii. Co tam mamy? Stoi sobie Ikea, w jakiejś zgrzebnej drewnianej, gontem krytej chacie, wielkie wikińskie łapska lutują cewki do nokii, kobiety pachną sadłem foki, bo trza się smarować, coby zimno nie było. A zimno jest. Zimno i ciemno. Stąd wyjątkowo wysoki odsetek samobójstw, stąd masowe niemal użycie środków antydepresyjnych. I co się tu dziwić, że na łupieżcze wyprawy, konfratrzy Leifa Erikssona z chęcią pływali nawet do podszytej mżawką Anglii, czy przez Atlantyk, do krainy, którą odkryli przed Kolumbem, a nazwali Winlandią? Do nas też się pchali. Ale Słowianin nie Gal, więc ich pogoniliśmy. Czmychali aż miło.
Cóż może muzycznie dziać się w krainie, gdzie słońce za horyzontem znika szybciej niż ciastka w paszczy grubego dziecka, a śnieg zalega dłużej, niż zdrowa żywność na tegoż samego berbecia stole? Ano albo múm, albo black metal. Bo wszak nie bez przyczyny najbardziej ekstremalna (celowo pomijam cuda w stylu japanoise’u) scena muzyczna świata, powstała właśnie w kraju gdzie ludzie mocne i odporne, a radości w przyrodzie niewiele, już prędzej można dostrzec chłodny i nieludzki majestat. Black metal jednak oczywiście nie wyszedł psu spod ogona, a stanowił pewną formę rozwojową klasycznych tendencji muzyki skandynawskiej, gdzie króluje skala minorowa, a folklorystyczny utwór częściej, niż piosenkę, przypomina wycie wiedźm z – nie przymierzając – "Makbeta". "Makbet" dział się w Szkocji, nie w Skandynawii, ale i tu, i tu ciemno, zimno i są góry, więc tylko potwierdza to moją tezę. Z braku pomysłu na jakiś ładny archaizujący przykład (najchętniej norweski) posłuchajmy sobie zatem jak (szwedzki) zespół Hedningarna przywołuje (fińskiego) boga burzy Ukko i jego żonę, Akkę.
Trudno do tego bałnsować, czyż nie? Podobnie dzika i surowa jak skandynawska, bywa także muzyka z gór w innych regionach Europy. W końcu i tam śniegi, granie, katarakty i zimno. Muzyka etniczna, folkowa, muzyka świata – jak wyszło przy okazji przywołanego black metalu – nie jest jedyną, w której wyraźnie słychać genius loci. Claude Debussy, czy genialny obrazoburca i wynalazca muzaka - Erik Satie… Ich muzyka nie zaistniałaby pewnie w oderwaniu od dekadenckiego, findesieclowego Paryża. A byłaby to dla muzyki niewypowiedziana strata, nie wspominając już nawet o tym, że Jerzy Sosnowski w swoim "Apokryfie Agłai" miałby jeden wątek mniej. Dowodem geniuszu - utwór poniżej. Jeśli można mieć na łonie muzyki niepopowej coś na kształt ulubionego kawałka, to ten jest moim ulubionym.
Idźmy dalej. Czy przedostatni album Devendry Banharta brzmiałby tak, jak brzmi, gdyby nie był nagrywany w Kanionie Topanga? Czy, gdyby nie magia miejsca, można byłoby mówić o specyficznym stylu grupy Calexico? Nie, genius loci to duch wszędobylski i jeśli nie drzwiami, to oknem się wkradnie, muzycznego kołtuna na łbie poczyni, siądzie w kącie i będzie się chichrał. A my się jego psotnym zabiegom poddamy. Można jednak próbować go chwytać, pętać, w worku umieszczać. Zadanie to niełatwe, ale przynosić może zadziwiająco dobre muzyczne efekty. Weźmy trzy przykłady…
Jednak w chwytaniu genius loci można pójść o krok dalej. Może właśnie tak, jak pan z ostatniego teledysku, Sufjan Stevens, który miał kiedyś plan – na ile nadal ów jest żywotny nie wiem – by nagrać 50 płyt poświęconych 50 amerykańskim stanom? Albo Lou Reed ze swoim "Berlinem"? A może tak, jak kiedyś zrobili Pearl Jam, czy Psychic TV, wydając bootlegi z wszystkich występów na trasie koncertowej? Jasne, że każdy fan jednych, czy drugich z pewnością więcej uwagi niż na magię miejsca, zwróci na takiej płycie na specyfikę wykonania, to czy basista się walnął, czy nie, ale przecież mamy też reakcje ludzi, konwersacje prowadzone z publicznością ze sceny. Mamy dalekie echa genius loci.
Można też zrobić tak, jak Stephan Micus. Spakować plecak (a w nim ujgurski sattar, japoński flet shakuhachi, czy balijski suling, a więc całe zatrzęsienie sprzętu) i wybrać się do Autonomicznej Republiki Góry Athos, będącego wschodnim cyplem Półwyspu Chalcydyckiego. I mimo że Chalkidiki to, poza byciem miejscem urodzenia Arystotelesa, jedna z europejskich stolic seksturystyki (czy Arystoteles urodził się wskutek takiej ówczesnej turystyki, nie wiemy), Micus nie pojechał tam, by zażywać rozkoszy ciała, opychać się tłustą fetą i wznosić puchary pełne metaxy z tonikiem, ale by spróbować oddać tamtejszy genius loci. Zaczął od podróży na górę i konsekwentnie, powrotem z niej zamknął płytę. Pomiędzy jednym, a drugim postarał się uchwycić wszystkie wrażenia, jakie towarzyszyły trzem dniom spędzonym w jednym z najświętszych miejsc obrządku greckiego. A że niełatwo tam się dostać, to inna sprawa. Na Athosie nie może, na przykład, przebywać więcej, niż dziesięciu nieprawosławnych na dobę. Od 1060 roku panuje tam też zakaz o wdzięcznej nazwie "avaton". Chodzi o to, że nie mają tam wstępu kobiety, co doprowadzone jest wręcz do absurdu, bo zamieszkujący Athos mnisi pilnują nawet, by ich zwierzęta hodowlane, co do jednego, były płci męskiej. O wstępie z kamerą, czy aparatem nie ma także mowy. Chyba, że jest się akredytowanym specjalistą. Jak można się domyślać i same warunki życia są równie surowe, jak reguły wstępu, zupełnie inaczej niż na dostatniej rzymskiej plebanii. I tego właśnie, surowego życia w enklawie, sedna bycia eremitą i duchowości jaka się z tym wiąże, chciał muzycznie dotknąć Micus. Słowem: uchwycić genius loci tego miejsca. Czy mu się udało? Jedni mnisi z góry Athos raczą wiedzieć.
Myślcie o genius loci. Kiedy kupujecie nowy, wyjątkowo zimny i elegancki zestaw mebli. Kiedy na Mazurach komarowie żrą was tak bezlitośnie, że zdaje wam się, że trędowaciejecie. Podczas wizyty w nowo otwartym klubie. Bo duchy miejsca to coś, co w nas zostaje i częstokroć staje się paliwem dla naszej aktywności. Także muzycznej. Ja na kolejne niemądre odcinki Gabinetu zwykle wpadam leżąc w wannie i pozornie bezmyślnie wpatrując się w sufit. Albo przy goleniu. A gdzie wy szukacie weny? Dokąd chcielibyście podróżować (pielgrzymować?) w jej poszukiwaniu? Jakie genius loci odkryjecie podczas tegorocznych wakacyjnych podróży? Ducha karmazynowych wież Alhambry, czy może przydrożnej smażalni ryb, gdzie po uczcie z najprzedniejszej flądry, zasiądziecie z gitarą, by pisać ballady zawstydzające Cohena? Tylko pamiętajcie, genius loci może i szkodzić. Wspomniany Cohen, po dłuższej nasiadówie w buddyjskim centrum, gdzie miał się wyciszyć i znaleźć ukojenie od swoich demonów, wrócił do świata jako zaledwie cień dawnego artysty. Wam oczywiście życzę doświadczeń przeciwnych.
