Opinie
A A A
19.06.2011

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Ewrybady frytki

Polak rzadko bywa wynalazcą. W muzyce w szczególności. Ale coś tam wynaleźliśmy.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Ewrybady frytki - T-Mobile Music

Biednym jesteśmy narodem, historię mamy niewesołą. A to nas jeden sąsiad gnębił, terroryzował i podgryzał, a to drugi wygrażał sierpem i młotem. A kiedy nazistę, albo bolszewika trzeba gnać, nie ma nastroju i aury dla wynalazczości. I tak w kółko, przez całe wieki, trza było przed obcym, a czasem i swoim, szablą albo i widłami, w imię ojczyzny wywijać. A jak już zdarzył się moment, kiedy nauka i sztuka zaczęły kwitnąć, to nas król-laluś kochance i jeszcze tam innym sprzedał. Co nam się ostało? Kopernik, Skłodowska-Curie i kilku mniej głośnych odkrywców. Trudno, nie ma co się dumą narodową unosić i histerycznie zaprzeczać. Mamy w zamian zwalistą posturę i łapy jak bochny, czego dowodem kawaler poniżej.

Jak z wynalazczością ogólną, tak i z muzyczną. Pomijając Chopiny, Moniuszki i tym podobne, a zaznaczając - bo warto - Pendereckiego, Lutosławskiego i Góreckiego, czy z młodszych Mykietyna, do Germańców albo Francuzów nie mamy startu. W szeroko rozumianym popie też jesteśmy sto lat za jaskiniowcami. Ledwie się nam PRL skończył, co to nie pozwalał narodowi być na bieżąco z tym, co muzycznie dzieje się w szerokim świecie, to kraj przykryły stragany-szczęki z fatalnej jakości pirackimi kasetami z "Thrillerem" Jacksona, "Debestofami" ABBY i Sandrą, a rodzimi bonzowie muzyczni poczęli uprawiać rock i pop rock tak, jakby nadal, mimo możliwości, kompletnie nie chcieli ogarniać, co dzieje się za granicą. Wskutek czego taki na przykład grunge zaczął się u nas z – powiedzmy – pięcioletnim opóźnieniem. Może z chlubnym wyjątkiem Heya. Lecz w tym mrocznym, sauronicznym świecie, gdzie jak biedni hobbici, byliśmy skazani na klęskę, poniewierkę i bujanie się z Gollumem, na niepozornych warzywnych bazarkach i chodnikowych straganach wzrastało i rozkwitało coś, co zrodziło się zaledwie kilka lat wcześniej, było stuprocentowo nasze, nowatorskie i oryginalne. Coś, z czego winniśmy być dumni.

Wbrew powszechnej opinii, zorganizowana w lutym 1992 roku "Gala piosenki popularnej i chodnikowej" nie stworzyła disco polo. Co najwyżej je spopularyzowała. Poważne autorytety, jak Janusz Weiss, ś.p. Jacek Skubikowski czy Marek Kondrat po kilku latach pewnie wstydziły się tego faktu, lub spuszczały zasłonę milczenia nad tym, że rodacy ich dowcip wzięli zbyt serio. Faktem jednak jest, że dzięki tej gali "Mydełko Fa" zawładnęło masową wyobraźnią. A przecież nie tylko mydłem stała gala owa. Wzięli w niej udział choćby Atlantis, Top One, czy zespół Dystans, którego ówczesną frontwoman była znana z Sixteen, a później Seventeen, Renata Dąbkowska. No i dla mnie prywatnie najważniejsza, żyrardowska grupa Fanatic, z genialnym hitem "Czarownica". Oni mieli wszystko. Piękne fryzury stylizowane na Afroamerykanach z lat 70., szczurze wąsiki i seksownego wokalistę ze stylówą godną Davida Bowie. To był nasz polski synonim glamu, blichtru i kawiorowej niemal rozrywki. Sam Janusz Weiss dał się ponieść emocjom i radośnie klaskał w dłonie. Zobaczcie sami. Zwracam też uwagę na absolutnie fantastyczną linijkę w tekście: "Na podwórzu kundel biały pręży się jak bury kot". I co? Że "Little Wonder" niby taki poetycki dadaistyczny tekst ma? Ha! Polak też potrafi.

Skąd wzięła się tak fascynująca muzyka w naszym kraju? Popularna opinia mówi, że disco polo było próbą przeniesienia na polski grunt estetyki italo disco – przynajmniej taki zamysł przyświecał ojcom gatunku, wspomnianym Top One. Inni twierdzili, że odpowiedzialność za disco polo ponosiła fenomenalna skądinąd grupa Papa Dance. Pierwsze ma w sobie część prawdy, drugie zapewne też, choć mniej, czego dowodem fantastyczne – i całkiem skomplikowane! - rozwiązania melodyczne w numerach Papsów oraz to, że w biednej Polszy, mając taki sprzęt i takie możliwości, jakie mieli, aspirowali do święcącego triumfy na Zachodzie synth popu czy new romantic. Do przodu pchała ich nie tylko fantastyczna – w porównaniu z późniejszymi discopolowcami - wirtuozeria muzyczna i umiejętność pisania dobrych numerów, ale także, a może przede wszystkim punkujący, rockowy drive, który w muzyce chodnikowej był już zupełnie nieobecny, a który wyraźnie łączył Papsów z konfratrami z Londynu, czy Berlina. Posłuchajcie sami ”Panoramy Tatr”, poczujcie, jak wszystko tam chodzi, a potem powiedzcie mi, że Papa Dance to zespół discopolowy, doprawdy... A jeśli nie wierzycie mnie, może uwierzycie autorytetowi Borysa Dejnarowicza, który w niedawnym felietonie dokonywał skutecznej apologii ich muzyki.

Prawdziwym i może najważniejszym zarzewiem discopolowej nawałnicy pod koniec lat 80. i u początków kolejnej dekady był jednak inny etos. Co tam Top One, co tam Papa Dance... Taki numer, żeby jeden zespół powoływał do życia nowy gatunek muzyczny zdarzał się, a owszem – wspomnieć Blue Cheer, którzy stworzyli stonera - ale nie była to rzecz powszechna. Prędzej ojcem disco polo można by nazwać redaktora Marka Sierockiego, który niestrudzenie popularyzował u nas uroki muzyki Savage, Gazebo czy Miko Mission. Ale wczesne disco polo niewiele miało wspólnego z popem, a tym było i italo disco, i Papa Dance. Melodyka jednoznacznie wskazywała, że prapoczątków gatunku należałoby szukać nie w zachodnich muzycznych telewizjach, ale w miejscu cokolwiek bardziej rustykalnym. Na polskiej wsi. I to nie byle jakiej wsi, bo podszytej żubrem i kuszącej wonią kiszki ziemniaczanej, wsi podlaskiej, gdzie przenikały się muzyczne tradycje polskie, żydowskie, ale i – a może przede wszystkim – białoruskie i rosyjskie, czy może wręcz ruskie. Ten element jest zresztą w disco polo żywy do dziś. Zespół Zorka, zwany ATB z Kuźnicy Podlaskiej, mimo elektronicznego beatu, pingli á la Marion Cobretti i koszul z tańszej wersji H&M-a, do dziś nie zagubił swoich etnicznych korzeni i porusza ustami do playbacku z muzyką wyraźnie wschodniego pochodzenia.

Zespół disco polo to nic innego jak pewna forma rozwojowa wiejskiego zespołu folklorystycznego, który gdzieś na swojej artystycznej drodze napotkał wynalazek zwany tanim keyboardem. Muzyk taki – folklorystyczny, więc w jakiś sposób prymitywny – cieszył się na urządzenie, które nie dosyć, że pozwalało mu osiągać kilka, kilkadziesiąt, czy kilkaset różnych brzmień bez konieczności taszczenia ze sobą odpowiedniej ilości sprzętu, to jeszcze miało często wbudowane proste melodyjki, czasem zupełnie nie do odróżnienia od tego co grał on sam. Melodyjki te, zastosowane, kiedy na przykład zebrana w remizie ekipa weselników była już dobrze przepita, pozwalały mu na chwilę odpoczynku, albo dawały wolną rękę do trzymania kielona. Jak uczy doświadczenie, pionierzy ruchu discopolowego byli właśnie takimi ludźmi. Ludźmi, którzy artystowskie sznyty zdobywali na wiejskich, pachnących podlaskim sianem, weselach. O ile takie stawianie sprawy może się wydawać drwiną, o tyle nic z drwiny nie ma stwierdzenie, że w disco polo ujawniają się treści dosyć jednoznacznie folklorystyczne.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Ewrybady frytki - T-Mobile Music
I am the king of the world... Lider zespołu Boys już nie jest chłopcem    fot. Medium

Społeczności, gdzie istniało tabu, gdzie zakazy regulowały nasze zachowania, zwykły budować w sobie pokłady frustracji. Frustracja taka, nie redukowana w żaden sposób mogła - a raczej musiała - w pewnym momencie wybuchnąć. Stąd w plemiennej obrzędowości święta, kiedy – na jeden dzień, lub noc – zakazy i nakazy były znoszone. I tak znoszono zakazy używania przemocy wewnątrz grupy, znoszono nakazy monogamii, lub regulacje, które tyczyły przynależności kobiety określonego mężczyzny. Znaczy poróbstwo kwitło i Sodoma się działa. Takie prymitywne bachanalia pozwalały grupie trwać w sferze swoich tabu przez kolejny rok, kiedy to historia się powtarzała. Ślady takich obrzędów znajdowały potem miejsce w lokalnej twórczości artystycznej, wpajając w grupową świadomość, że nie, nie trzeba łamać zakazu/nakazu i występować przeciw prawu grupy. Wystarczy poczekać na ten konkretny moment, kiedy święto samo wyzwoli nas od reguł. Stąd w twórczości takiej często znajdowaliśmy poziom plugastwa nieznany apollińskiej muzyce głównego nurtu. I stąd w dzisiejszej muzyce disco polo znajdujemy frazy, o jakich muzyce pop się nie śniło. Odważne obyczajowo, ale nie budzące oburzenia. Więcej – akceptowane społecznie, bo będące tym właśnie wentylem, który pozwalał grupie, czy plemieniu nie pozabijać się nawzajem, wentylem, który skutecznie rozładowywał emocje. Przypomnijmy sobie trzy klasyczne przykłady tematów cokolwiek związanych z alkową i zastanówmy się, czy coś takiego możliwe byłoby w popie.

W popie treści tego typu – może nawet do czasów Peaches - musiały być zawoalowane, podane w formie metaforycznej. Tu nie, bo prawo bachanaliów pozwala wszystko powiedzieć wprost. Co więcej – myślicie, że któraś ze "świnek" mających "zająć się" fragmentem Marcina Millera, protestowała? Skądże. Discopolowe damy bezbłędnie rozkodowywały sobie bachiczny aspekt tej twórczości i nie dość, że nie reagowały negatywnie, to spokojnie brały udział w wiążącej się z taką seksualną eksplikacją, ludycznej euforii.

Społeczność miejska realizowała się w muzyce popularnej, ale mieszkańcy prowincji, nie otoczeni blichtrem betonowych gigantów, nie przyzwyczajeni do nocnych świateł miasta, nie mieli skutecznego zaczepienia, by uznać taką muzykę za swoją. Ona wyrażała treści które, czy przez otoczenie, w jakim funkcjonowali, czy różnice doświadczeń, czy przez edukację, a więc stopień i sposób współuczestnictwa w kulturze, były im obce. Disco polo więc skutecznie pełniło rolę ludowego trybuna, było medium dla tych, którzy z różnych względów nie utożsamiali się z oficjalną sceną muzyczną. Tych, dla których najważniejszym wydarzeniem tygodnia były weekendowe szaleństwa w dyskotekach pokroju ”Panderozy” w Janowie, czy ”Milano” w Jeziorku, kiedy ważna była grupa, wspólnota, brak zasad i zabawa, a nie przykre obowiązki związane z sianokosami.

A że jeden kod kulturowy drugiemu nierówny, widać było szczególnie w masowym oporze przed disco polo, jaki pojawiał się często w miastach, szczególnie tych największych. Niska jakość merytoryczna muzyki niewiele tu tłumaczyła, bo wcale nie była wyznacznikiem tylko disco polo. Niewiele rzadziej zdarzała się i na łonie mainstreamowej muzyki popularnej. A i przeciętny konsument popu nie zawsze potrafi rzetelnie ocenić ową muzyczną wartość. Ostracyzm jaki w swoim czasie otaczano disco polo miał swój początek nie w muzykologii, ale w tym właśnie plemiennym podziale na "my" i "oni", na różnice kulturalnego kodu obu grup. A że w takich sprawach może iść na noże to inna sprawa. Jak ważnym elementem świadomości potrafi być dla niektórych disco polo, możemy się przekonać czytając youtube’owe komentarze pod poniższym teledyskiem (beczka piwa temu, komu przy tym numerze nie drgnie choć raz nóżka):

Wracając jednak do naszego folklorystycznego muzyka, który napotkał na swej drodze keyboard  – elektroniczna klawiatura, poza dawaniem mu szansy na szerszy artystyczny wyraz, zbliżała go też, choćby tylko w kategoriach brzmienia, do muzyka głównego nurtu. I tu należy upatrywać sukcesu "Gali piosenki popularnej i chodnikowej" i powodu, dla którego disco polo wpełzło w pewnym z powodzeniem do miast, czy raczej na ich bazary i przedmieścia. Nie było tu winne Papa Dance, ani żaden inny zespół. Odpowiedzialność spada na Zeitgeist i oddolne parcie ze strony potężnego nurtu wykluczonego z kultury. Coś dla ministra Arłukowicza.

Kiedy jednak disco polo trafiło do mediów, kiedy pojawił się legendarny "Disco Relax" i bardziej true, bo bardziej zgrzebne "Disco Polo Live" (dlaczego przegląd teledysków miał w tytule "live" nie rozumiem do dziś), a masową wyobraźnię Polaków trawiły nie tytaniczne piersi Dody, a inspirowany mrokami starożytnego Egiptu, niebezpieczny jak kobra, urok Izydy z Pruszkowa, to jest Shazzy, okazało się, że w kategoriach różnorodności i kreatywności nurt ten ma całkiem niemało do zaoferowania. Pokuszę się o bardzo subiektywny przegląd tego, co ja osobiście najmocniej pamiętam i najlepiej wspominam, z szalonych lat discopolowej zawieruchy.

Dowodem na łączność disco polo z folklorem, tym razem już wtórnym, to jest takim w miejskim wydaniu, może być na przykład piękna ballada Janusza Laskowskiego, który - jak Picasso kolorowe - miał w swoim życiu okresy: i ten masowy, i ten discopolowy.

Genius loci, miejsce, jego magia, ludzie. Folklor. Tylko do dziś nie potrafię ogarnąć, kto wpadł na pomysł, by w tej smutnej – a jakże – piosence z globalnym przesłaniem, widoczki z mojego rodzimego Białegostoku (zmienił się od tamtych czasów, zapewniam) zestawić z tragedią umierających z głodu afrykańskich dzieci. To fantazja już nie ułańska, ale ubecka.

Folklorystyczne, czy nawet przyrodoznawcze elementy pojawiały się też w innym wielkim przeboju nurtu, "Białej mewie" formacji KIS Lech Stawski. KIS nie jest wbrew pozorom mistyczno-okultystycznym skrótem, który może i pasowałby facetowi z lansem na Wayne’a Husseya z The Mission, ani nie sugeruje, że Stawski stawał (ach te aliteracje!) na jednej scenie obok Gene’a Simmonsa i jego imponującego języka, ale zwyczajnie skrótem od pierwszych liter nazwisk członków zespołu.

Trudno też pominąć folklorystyczną piosenkę największej formacji gatunku, Boys i jej dosadniejszą kontynuację. Tym razem jednak mamy do czynienia z innym folklorem. A mianowicie więziennym.

Co więcej, twórcy discopolowi nierzadko sięgali również i do folkloru innych nacji i grup społecznych, jak na przykład zespół Voyager, który czarował nas onegdaj balladą o Johnnym, kowboju, który w amerykańskich Górach Skalistych polował na kangury. Dużo pewnie nie upolował. Tym niemniej fraza "on zdradzał swoją Mary, nie wiedział sam, dlaczego" pozostała mi w sercu do dziś.

Jednak disco polo to oczywiście nie tylko łzy, przyroda i niedole kryminalistów. Może się na jego łonie pojawić i miłosny sonet. Szczególnie jeśli śpiewa go Zenon Martyniuk z formacji Akcent, przez niektórych zwany polskim Bryanem Ferrym. Cóż… z lansem pana z Roxy Music z pewnego okresu zgadzają się: zła fryzura, kaskaderski wokal i wyjątkowo niedobra marynarka.

A tu ten sam Zenon Martyniuk w kawałku, który zdecydowanie powinniśmy byli promować na Ibizie. Ale nic straconego, przed nami wszak europejska prezydencja.

Od grupy Akcent wiało wielkim światem, do legendy przeszły historie o tym, że mieli nie mniej groupies, niźli Motley Crue. Nie każdy zespół disco polo jednak miał tyle szczęścia. Od grup tego nurtu, mimo szczerych chęci, prędzej niż wielkim światem, mogło powiać kompostem. Bo budżet na klip był mniejszy, bo ambicje nie tak rozbuchane jak Martyniukowskie… Lecz i w takim rustykalizmie znajdowaliśmy i szczerość i głębokie zamyślenie nad życiem. A lans na enerdowca vel czeskiego piłkarza? Oczywiście nieoceniony.

Na sam koniec mój prywatny faworyt. Kawałek, który skutecznie każe mi przechodzić regresję do czasów pierwszych romantycznych wzruszeń. Tańca natomiast, panowie z zespołu Redox, mogliby uczyć samego Majkela.

No, ale fala medialnego zainteresowania disco polo dawno już za nami. To co nasze i piękne znowu znalazło się w medialnym undergroundzie. Medialnym, bo za rogatkami miast discopolowe życie wciąż kwitnie, choć sam gatunek przeszedł ewolucję zbliżając się do szeroko pojętej muzyki dance. Nie przeszkadza to jednak formacji Boys zawstydzać całej naszej muzyki pop nakładami płyt, o jakich taka Doda może tylko pomarzyć. Nie przeszkadza to weekendowym imprezom w wiejskich dyskotekach nadal koncentrować wyobraźni lokalnych społeczności i redukować społecznej plemiennej frustracji. Jedno pewne: nigdzie poza Polską nie zdarzyło się, by muzyka tak mocno związana z folklorem, w tak niecodzienny sposób i na taką skalę przebiła się do kultury masowej. Bo taki freak folk, czy tam americana, to przecież jednak nadal zjawisko niezależne. Polak potrafi. A my – miast chełpić się jednym z niewielu przykładów naszej narodowej wynalazczości, disco polo zesłaliśmy w mroki zapomnienia i z wysokości naszego znawstwa, z ambony naszego zblazowania, przykryliśmy wstydem. Smutna to konstatacja.

Winien jestem jeszcze wytłumaczenie tytułu dzisiejszego odcinka. Proszę bardzo, znajdziecie je w klipie poniżej. Dodam, że "frytka" jest w tekście nie nawiązaniem do ziemniaka, ani – Boże uchowaj – Agnieszki vel Mai Frykowskiej, ale metaforycznym określeniem dziewczęcia, co niewątpliwe osiągnięcia poetyckie panów z Milano stawia w cokolwiek innym świetle. I tutaj polecam poczytać komentarze na YouTube. Różnorodność świata to piękna sprawa!

 

OCEŃ: 11 0
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 20.06.2011
    dodany przez: Paweł Waliński
    Gość
    Dziękuję za poprawkę :)
  • 20.06.2011
    dodany przez: iwański
    Gość
    Bardzo fajny tekst. Jedno małe "ale": "Czarownica" nie jest oryginalnie kompozycją popularnych Fanatyków, tylko właśnie "króla pocztówek dźwiękowych PRL-u" Janusza Laskowskiego. Pierwotnie utwór nazywał się, o ile czegoś nie pomyliłem, "Powiadali przyjaciele".

    W sumie, to nie da się ukryć, że Laskowski jest ojcem chrzestnym gatunku (trochę chillwave'owe brzemię Ariela Pinka się tu wkrada), a jego macki sięgają dalej, niż można by przypuszczać. Pozdrawiam!