T-MOBILE MUSIC
GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Lans
Można skromnie. W kraciastej koszuli i w adikach. Ale na szczęście nie trzeba.

Świat poznajemy głównie wzrokiem. To najsilniejszy z naszych zmysłów, nie dziwota więc, że bodźce od niego pochodzące odbieramy najszybciej i najmocniej. Z jednej strony to niedobrze, bo płytkie i zorientowane na urodę z nas bydlęta. Z drugiej jednak dobrze, bo strach pomyśleć, co by się z nami działo, gdybyśmy przy takiej aurze, podczas jazdy publiczną komunikacją, mieli węch – powiedzmy – psi.
Człowiek lubi patrzeć. W szarości dnia codziennego patrzenie dostarcza nam bodźców, które utrzymują mózg w jako-takiej aktywności. A to mignie nam kolanko pod letnią sukienką, a to przejedzie fajna bryka, a to kwiatek zobaczymy, albo motylka. Wojerystą człowiek jest z natury i muzyka wcale, a wcale nie jest wyjątkiem. Lubimy, gdy muzyce towarzyszy obrazek, lubimy na czymś zawiesić oko, niechby to nawet wiązało się z bólem fizycznym, jak obcowanie z wideo do "Rubber Johnny" Aphex Twina. Dziwnym nie jest więc, że popularnością cieszą się często nie ci, co najwięcej mają talentu, ale ci, co w najbardziej kolorowe piórka się stroją. Z drugiej jednak strony, zawartość szafy często określa, czego po danym twórcy możemy spodziewać się muzycznie. Nawet jeśli dzieje się to na zasadzie ironii, jak przy okazji Roba Halforda, wokalisty Judas Priest, który swój esencjonalny dla metalu lans podpatrzył w jednym z gejowskich fetyszystycznych klubów. I tak oto, ćwieki i skóry na wiele lat stały się symbolem ekstremalnego metalowego machismo, zdruzgotanego, ale nie obalonego późniejszym Halfordowskim coming outem.
Po ciuchach rozpoznamy na ulicy gotkę, bezbłędnie wypatrzymy miłośnika beatów z amerykańskiego getta, charakterystyczna grzywka podpowie, że delikwent słucha indie rocka. Ciuch to deklaracja. Logo. Nie tylko fajnymi singlami wypłynęła Lady Gaga i nie wirtuozerią Lordi wygrali Eurowizję. Z potęgi lansu od czasów jej pioniera, Arthura Browna, korzystał niejeden. Czy była to wielce intrygująca dziewiarsko-wikińska eskapada chłopaków z Manowar, czy kosmiczne wojaże Ziggy’ego Stardusta, nie wspominając już o norweskim black metalu, gdzie występy po cywilnemu łączyły się w pewnym okresie z towarzyskim wykluczeniem, a już na pewno symbolizowały pewną dezynwolturę.
O ile jednak lansowało się wielu, nikt nie robił tego tak konsekwentnie, jak panowie z legendarnego, a i tak u nas zbyt mało znanego, The Residents. Konsekwentnie do tego stopnia, że do dziś praktycznie nic o nich nie wiadomo. Pewna jest tylko data założenia formacji - rok 1969. - a spory budzi nawet lokalizacja owego aktu. Czy było to Shreveport, czy Slidell w wilgotnej Luizjanie trudno orzec, pewne jest natomiast to, że panowie znali się jeszcze z czasów szkoły średniej, a połączyła ich miłość do wszystkiego, co artystowskie: nieważne czy była to muzyka, video-art, czy plastyka. Eksperymentowali więc z fotografią i magnetofonami szpulowymi, szybko robiąc wokół swoich produkcji niemało szumu. Do tego stopnia, że z wizytą do nich pofatygowali się Phillip Lithman, brytyjski gitarzysta i N.Senada, wielce tajemniczy bawarski kompozytor i teoretyk muzyki. Spotkanie z Europejczykami stało się dla The Residents ostatecznym bodźcem. Szybko zakupili sprzęt do grania i rejestracji muzyki i zabrali się za nagrywanie taśm demo. Wkrótce także powołali do życia Cryptic Organisation, osobną grupę, która w imieniu The Residents miała udzielać wywiadów, komentować historię grupy i zajmować się jej managementem. Ale niewiele mniej widmowy jest to twór i konfabulację nadzwyczaj sobie ceni…

Zostać najbardziej oryginalnym zespołem na świecie? The Residents nie widzą przeszkód... fot. arch. zespołu
The Residents stosunkowo długo przygotowywali się do debiutu. Pierwszy koncert dali dopiero w trzecim roku istnienia, chwilę później wydając swój pierwszy album "Meet the Residents". Od razu wiadomo było, że tak muzycznie, jak i wizualnie, nie jest to kolejna rockowa grupa. Dowód poniżej.
Ubrane we fraki i noszące cylindry gałki oczne to oczywiście nie jedyne wcielenie zespołu. Zdarzały się inne. Gałki jednak, jako najbardziej absurdalne, na zawsze zostały znakiem firmowym grupy. Choć na braki pomysłów tak lansiarskich, jak artystycznych narzekać niepodobna. W ciągu czterdziestu lat kariery panowie wymyślili niejedno. Pokuśmy się o wybór. W późnych latach 70. The Residents wpadli na pomysł nagrania albumu inspirowanego "teorią zaciemnienia" wspomnianego N.Senady – płyta miała zostać wydana dopiero kiedy wszyscy zapomną o jej istnieniu, co finalnie nie udało się z uwagi na postanowienia umowy z wydawcą. Kiedy indziej Residents wpadli na pomysł "Vileness Fats", czternastogodzinnego wideoklipu, z którego – po czterech latach pracy – światło dzienne ujrzało zaledwie 45 minut. Planowali też wydanie albumu trójstronnego. To jest takiego, gdzie po jednej stronie winylu rowki miały być wyryte tak, by umożliwić – zależnie od położenia igły – odtwarzanie kompletnie innej zawartości. W tym przedsięwzięciu The Residents ubiegli jednak Monty Pythoni na "Matching Tie and Handkerchief". Największym ciosem i największą ich prowokacją był wydany w 1976 roku album "Third Reich‘n’Roll", gdzie Residents umieścili nagrane po swojemu kolaże hitów muzycznych sprzed dekady, wzbogacając je tematyką narodowo-socjalistyczną. Ot, taki zgryźliwy komentarz a propos amerykańskiej popkultury.
Nie był to zresztą jedyny komentarz, jakim zespół chciał smagać amerykańską kulturę popularną. W 1980 roku Residentsi wydali "The Commercial Album", płytę wypełnioną czterdziestoma jednominutowymi utworami, na które składała się zwrotka i refren. Należało każdą z nich odtworzyć trzykrotnie, w ten sposób otrzymując pełnowartościowy radiowy singiel. W ramach promocji, w lokalnej rozgłośni radiowej, wykupiono czterdzieści jednominutowych pasm reklamowych. Udało się. Krytycy pisma "Billboard" zastanawiali się, czy to muzyka, czy zwykłe reklamowe dżingle. O zespole znowu zrobiło się głośno.
Z wiekiem panowie wcale nie spokornieli. A to nagrali surrealistyczną biografię Presleya, a to tworzyli "Freak Show", jeden z pierwszych multimedialnych projektów na płycie CD (palmę pierwszeństwa dzierży w tej kategorii ”Puppet Motel” Laurie Anderson). "Freak Show" doczekał się też wersji koncertowej, tu jednak ciekawostką był fakt, że koncert ów zagrali nie The Residents, ale czeska grupa Uz Jsme Doma.
Gdzie The Residents kostiumów używają celem artystycznej prowokacji, czy zachowania anonimowości, tam nasi kolejni bohaterowie - Brytyjczycy z Haysi Fantazyee - pławią się w efekciarskim blichtrze. Do tego stopnia, że z powodzeniem przesłania on wartość merytoryczną. Czego dowodem krótka dyskografia.
Trochę więcej szczęścia w starciu z listami przebojów mieli kosmici z formacji Sigue Sigue Sputnik. Nazwę wzięli od rosyjskiego gangu ulicznego, sądząc, że oznacza ona "płoń, płoń, Sputniku", a dalej było już tylko lepiej. Fantazyjne fryzury, czerwone irokezy, makijaże i rajstopy z demobilu w roli koszulek. Brytyjska muzyczna prasa dała się złapać, a płyty zaczął im produkować sam Giorgio Moroder. Jednak nic co dobre, nie trwa wiecznie, sprzedaż drugiego albumu nie umywała się do poprzednich wyników. Ale i na to zespół miał buńczuczną odpowiedź. Na trzecim albumie pomiędzy kawałkami umieszczono 20-30 sekundowe przerwy, które można było wykupić jako przestrzeń reklamową. Niejedna firma się nabrała. W tym L’Oreal. Niewykupione miejsca uzupełnił sam zespół… ironicznymi reklamami Sputnik Corporation. Jak w praktyce wyglądały elektroniczne dzieci Suicide i New York Dolls? Jak z dystopii urządzić sobie image? Sami zobaczcie.
Sigue Sigue Sputnik to nie jedyni, którzy sprawiali, że Boy George wcale nie prezentował się aż tak oryginalnie. Choćby takie Flock Of Seagulls, którego wokalista na wiele lat stał się synonimem fryzjerskiej porażki. Porażki tak wielkiej, że wzorowaną na nim fryzurę w latach 90. nosił Chandler, jeden z bohaterów serialu "Przyjaciele". Chandler oraz wokalista fantastycznego zespołu italo disco zwanego Silent Circle. Poniżej do porównania.
Żyjemy w ponowoczesności. Czyli wszystko już było, wszystko może być już tylko efektem filtracji jednego przez drugie. A to oznacza, że w cenie jest abnegacja i ironia. Dystans często zastępuje szczerość. A zdystansowany wszak nie strzeli sobie w stopę lansem i stylizacją. No chyba, że jest to lans i stylizacja á la Gaga czy Björk. Inaczej zaraz padnie oskarżenie, że niedostatki merytoryczne ktoś tu lukruje, że tania sensacja. Szczególnie u nas. Ot, wystarczy, że jakiś nasz krajan zdecyduje się na ciut odważniejsze i mniej konwencjonalne zachowanie – nieważne, czy to Nergal, czy Michał Szpak - rwetes rozpoczyna się jakich mało. Może dlatego nasi rodzimi artyści wolą bylejakość dresowej bluzy od nieokrzesanej fantazyjności pióropuszy i okularów á la Elton John. Swoich The Residents nie mieliśmy, ale przecież i na naszym podwórku zdarzały się przypadki samobójczego lansu. Kapitan Nemo, Oddział Zamknięty, wczesna Izabela Trojanowska, wyraźnie inspirująca się Klausem Nomi. Jasne, że mieliśmy gorsze kosmetyki. Że w PRL-u było biednie. Że ciuchy trzeba było sobie szyć samemu. Ale czy teraz, w przededniu unijnej prezydencji, po dwudziestu latach wolności, nasi artyści nie mogliby sobie pozwolić na odrobinę więcej szaleństwa? Jedna Doda ma honoru lansu bronić w Rzeczypospolitej? I obrywać po głowie za jakiś tam fotomontaż z psimi nogami? Jaki kraj, taki skandal? Nie zmuszajcie mnie, bym w to uwierzył.
