Opinie
A A A
05.06.2011

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Fala za falą

Najfajniejsze w punku jest to, że był oraz to, że był stosunkowo krótko.

"Przypływ, odpływ, fala za falą" – śpiewała Anna Maria Jopek. I mądrze śpiewała. Bo co rusz jakaś kolejna fala nawiedza – jeśli nie plażę światowej kultury – to na pewno umysły krytyków, teoretyków, komentatorów. Mieliśmy więc nową falę we francuskim kinie lat 50., z Truffautem, Godardem i Rivettem, mieliśmy ją w kinie czeskim lat 62-72 (Forman, Menzel, Chytilova), w rodzimej literaturze po roku 68., w połowie lat 60. w literaturze fantastycznej (Silverberg, Moorcock, Żelazny, LeGuin), a w heavy metalu pod koniec lat 70. (New Wave of British Heavy Metal, to znani i lubiani Saxon, Iron Maiden czy Def Leppard). Z ociekającej seksem i tańcem Brazylii pod koniec lat 50. dotarła do nas bossa nova (port. nowa fala), sprawiając, że cały zachodni świat pokochał Jobima, Gilberto i de Moraesa. Stąd nie dziwi, że swojej nowej fali musiał doczekać się i punk. Dziś zbadamy cztery kapele nowofalowe o bardzo zacnej wartości, a według mnie przez polskiego odbiorcę niedoceniane.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Fala za falą - T-Mobile Music

Na początku był punk. Nie zaczął się oczywiście na Wyspach Brytyjskich w roku 1977, jak tego chciałoby kilku popularnych dziennikarzy muzycznych, a wziął się z USA. Bo to w USA działały podstawowe dla późniejszego powstania nurtu kapele, które dziś określa się mianem proto-punkowych. W Detroit z kopa dawali panowie z Motor City Five (MC5), w Nowym Jorku czarem koncertów na pograniczu burleski raczyli publiczność para-transwestyci z New York Dolls i stylizujący się na półinteligentów wynalazcy specyficznych skórek, to jest The Ramones. W Michigan z kolei butelkami po klacie ciął się James Newell Osterberg Junior, lepiej znany jako Iggy Pop. Dla jednych byli oni muzycznymi imbecylami, którzy poza robieniem wokół siebie szumu niewiele potrafili, dla innych wyprzedzającymi swoją epokę geniuszami - ale już po kilku latach stało się jasne, że granie w tym stylu jest odtrutką na czerwia toczącego muzykę rockową. Czy się nam to podoba, czy nie, rock w latach 70. zdychał. Energię i witalność pierwszych wcieleń gatunku zastąpiła ciężka, pompatyczna, aspirująca do nie wiadomo czego rozkmina w stylu wielopoziomowych konstrukcji Pink Floyd i King Crimson, czy mających w sobie wiele cech grzechu Onana, solówek na siedem gitar The Eagles. Deep Purple zagrali z orkiestrą symfoniczną, a przeciętny rockowy kawałek bywał bardziej przedmiotem analizy akademickiej, niż bezpretensjonalnego wygrzewu w zaciszu sypialni. Dzieciaki czuły, że pokolenie trzydziesto-czterdziestolatków zabrało im z rąk oręż buntu. Że rock ramoleje, bo mogą go słuchać (i nie grzmieć) ich starzy. Wrzód napęczniał, aż pękł i popłynął. Popłynął rewoltą punkową.

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Fala za falą - T-Mobile Music
Iggy Pop cieszy się, że został bohaterem "Gabinetu..." i przesyła pozdrowienia     fot. Medium

Żadna rewolucja nie trwa jednak długo. Punk obalił dotychczasowy muzyczny establishment postrącał główki posągom idoli, ale potem znalazł się w typowej dla rebeliantów sytuacji. Burzenie jest fajne, ale trudniej coś zbudować. A tego punk nie umiał. Ludzie więc poczęli nań fukać. Pół biedy, jeśli byli ciężko pracującymi fizycznie młodzieńcami z klasy robotniczej – ci nadal zadowoleni byli z faktu bycia beneficjentami prostoty i energii. Gorzej z przyjemniaczkami z tak zwanych dobrych domów. Ci, naczytawszy się Sartre’ów, Marksów i innych Freudów, chętnie płynęli na fali nihilistycznej rozwałki. Ale kiedy stanęli w obliczu prawdziwej intelektualnej pustki pobojowiska, okazało się, że mamina kuchnia wcale nie była taka zła i że budzi się w nich tęsknota za muzyką niosącą coś więcej, niż czystą radość niczym nieskrępowanej rozpierzuchy.

Jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać zespoły, które nad punkowy gniew i nihilizm przedkładały zgoła spokojniejsze, refleksyjne, bardziej związane z egzystencjalizmem stany. By wspomnieć choćby, przypomnianego ostatnio przez Klaxons, Jamesa Grahama Ballarda, który pojawiał się w muzyce Joy Division, czy rozpolitykowanych, ubranych w drogowe słupki, apostołów ponowoczesności w postaci Devo. Devo od de-evolution. Sens nazwy raczej oczywisty. Pod new wave podpinano wszystko: nieważne, czy był to egzaltowany Marc Almond, czy niestrudzeni industrialni eksperymentatorzy z Cabaret Voltaire. I sam ciężar kulturalnej rozkminki się przesuwał, apogeum znajdując w pociesznych potworkach w stylu Men Without Hats czy Heysi Fantaysee. Na imprezach z kolei nie skandowano godnych czerwonej książeczki Mao haseł, a stawiano na zabawę i dyskusję o tym, czy Debbie Harry ma fajne cycki. Ja osobiście uważam, że w tamtej epoce Debbie Harry cała była fajna. Wracając jednak… O ile większość kapel łączonych z new wave wkrótce z powodzeniem śmigała po falach radiowych i gościła w "Top of the Pops", o tyle te, które przypomnimy sobie poniżej, raczej masowej kariery, szczególnie w naszym kraju nie zdobyły. A szkoda, bo granie to zacne. Dla fana gatunku lektura obowiązkowa.

Pierwszych bohaterów możecie znać. A właściwie prawie na pewno znacie ich największy przebój. I to w ładnej (bossa nova nomen omen) wersji Marka Colina i reszty ekipy Nouvelle Vague, która to nazwa oznacza oczywiście… nową falę. Posłuchajmy.

Smutna ta piosenka, która w tej wersji porywała hipsterki z wydziałów kulturoznawstwa i ich kolegów-abnegatów nie jest oczywiście wymysłem Nouvelle Vague. Piękna melodia i rozdzierający niereglamentowaną pustką tekst jest autorstwa Tuxedomoon - zespołu, który niesłusznie ograniczono tylko i wyłącznie do ”In a Manner of Speaking”. Zespołu, który i po reaktywacji w nowej epoce (jak na wspaniałej ”A Cabin in the Sky” z 2004 roku), radził sobie doskonale, fantastycznie podsumowując cały nowofalowy Zeitgeist i cały niepokój postpunkowej epoki, jednocześnie nie tracąc talentu do cokolwiek sowizdrzalskiego dowcipu. Przekonajcie się sami:

Ale Tuxedomoon to także talent do pisania chwytających za serce soundtracków do istniejących, lub nie, filmów. Szkoda tylko, że niespokojne dusze muzyków z rzadka pozwalają im pracować razem. Na pociechę zostają nam jednak setki milionów płyt solowych i różnorakich muzycznych kolaboracji. Czy po ostatnim longplayu "Vapour Trails" (2007), będzie nam dane jeszcze posłuchać nowego materiału grupy? Miejmy nadzieję, tym bardziej, że w ramach trasy promującej "Vapour…" Tuxedomoon, cztery lata temu zawitali do Wrocławia i narobili apetytów na więcej.

Po kolejną nowofalową perełkę, znaną dużo słabiej, niż na to zasługuje, musimy pojechać do Izraela… albo Holandii i przenieść się w czasie do wczesnych lat 80. Wtedy właśnie trójka przyjaciół - Malka Spigel (bas, wokal), Samy Bimbach (wokal, teksty) i Berry Sakharof (gitara, klawisze, wokal) - uciekła z prowincjonalnego wówczas i nasyconego maniakalnym syjonizmem Tel Avivu, w poszukiwaniu artystycznej wolności i zgoła innego, niż podporządkowany bliskowschodniej militarystyce, stylu życia. Jak wiele innych kapel nowofalowych (np. wspomniane przed chwilą Tuxedomoon) trafili do Amsterdamu, gdzie ucząc się dopiero grać na instrumentach (cały czas mówimy o muzyce postpunkowej, nie dziwcie się więc), postanowili tworzyć wspaniale etnicznie podkolorowaną nową falę pod szyldem Minimal Compact.

Pochodząc, skąd pochodzili, wnosili do gatunku nową jakość. Specyficzne rytmy, wokalizy łączące w sobie egzaltację brytyjskich nowofalowych wokalistów z wyciem godnym najprzedniejszych kantorów, otworzyły im drzwi do nagrania debiutu. Jednak sam pomysł nie wystarczał. Muzycy nadal doszkalali się w kunszcie obsługi instrumentów i dopiero po wydaniu drugiego albumu "One by One" (1982) i dokooptowaniu do składu perkusisty Maxa Frankena, Minimal Compact byli gotowi do występów live. A te potwierdziły tylko klasę ich nagrań. Do tego stopnia, że w postpunkowo-nowofalowym światku zaczęli być języczkiem nie u wagi, ale na pewno uwagi. Kolejne albumy produkowali im Peter Principle z Tuxedomoon, albo Colin Newman z Wire.

Za sukcesem artystycznym nie stał jednak w ich przypadku komercyjny. Z niezrozumiałych powodów. Mimo wsparcia Johna Peela, który Minimal Compact darzył wielką sympatią i nie stronił od grania ich muzyki. Zaproponował im też nagranie sesji w legendarnej serii BBC John Peel Sessions, które często stawały się na Wyspach Brytyjskich przepustką do statusu ikony. Nic z tego. Słuchano ich na całym świecie, ale w UK wprowadzili na listy przebojów zaledwie jeden singel. O tym, że błąd to Angoli ewidentny, przekonuje numer poniżej:

Minimal Compact rozpadli się w 1987 roku, pozostawiając po sobie kupę fajnej muzyki. Wracali dwa razy. W 2004 i 2008 roku. Na koncerty. Na reaktywację raczej nie ma co liczyć.

Innym zupełnie niesłusznie mało znanym w naszym kraju zespołem, są Australijczycy z The Church, którzy dysponują talentem do pisania niesamowicie fajnych singli. Grupa powstała u zarania lat 80. w Sydney i długo zmagała się ze statusem zespołu raczej undergroundowego, do masowej świadomości przebijając się dopiero pod koniec dekady, fantastycznym albumem "Starfish". Ale jakie to było przebicie! Posłuchajcie sami:

Jednak The Church to oczywiście nie tylko łzawe balladki i niezdrowy pociąg do niestrawnego progresywnego rocka, czemu zaczęli dawać wyraz na późniejszych etapach kariery. To także dobre, piłujące rockowe single, których nie powstydziliby się gentlemani z Echo & The Bunnymen, jak choćby "Reptile", gdzie dają wyraz odwiecznej prawdzie, że babsztyl gadem jest i żadnej okazji by nas kąsać nie przepuści. No i ta partia gitary…

Na koniec pozostali nam najwięksi klasycy. Panowie, którzy nie dosyć, że w ciągu jednego sezonu z jednego z najciekawszych zespołów punkowych stali się ekipą definiującą post-punk, to w dodatku w kategoriach ilości artystów, których zainspirowali, ustępują może tylko Bachowi i Trubadurom. Chodzi oczywiście o Wire.

Powstali w 1976., a już rok później dali nam fenomenalny album "Pink Flag". Dlaczego fenomenalny? Bo nikt wcześniej na łonie prostej muzyki dla robotniczej młodzieży nie nagrał dzieła tak skończenie skomplikowanego, urozmaiconego i… przeintelektualizowanego. Tam, gdzie niedomyte szczeniaki z Sex Pistols warczały "noł fjuczer i rozwalały gitarami piece, tam Wire zagłębiali się w sytuacjonistyczną krytykę społeczną. Tam, gdzie wszystkim chodziło o agrafkę w uchu, jabola i trochę hałasu jako tła do pogo, oni już uciekali peletonowi drugim albumem - pełnym postpunkowych w swojej naturze, atmosferycznych dźwięków – "Chairs Missing". Przekonajcie się sami. A nie znać "Chairs Missing”, to jak nie kochać własnej matki, pluć na flagę, bić młodszych i kraść jajka w supersamie. I to wszystko naraz.

Jasne, że powyższe kapele i powyższe klipy to zaledwie nieśmiała próba przybliżenia czegoś, co obiektywnie znane, a u nas mogło co po niektórym przejść mimo ucha. Jednak przy okazji każdego z czterech powyższych ansambli, warto poszukać głębiej, warto dać szansę ich albumom w całości. W końcu w dobie dogasającego indie rocka, winniśmy wiedzieć, skąd wziął się ten cały szczeniacki impet new rock revolution. A nie wziął się z tego, co kryją tylne kieszenie spodni, ale z gitarowej nowej fali, która rewoltę wściekłych punkowych młokosów wyniosła do rangi wydarzenia o charakterze artystycznym, jeśli nie artystowskim. Co więcej, czy w muzyce rockowej od czasów punka i pochodnych powstała jakakolwiek nowa jakość o znaczeniu naprawdę kolosalnym? Powiecie: grunge. Ale o grunge’u z powodzeniem można wszak powiedzieć punk prym, czy punk bis. Powiecie: indie…

GABINET MUZYCZNYCH OSOBLIWOŚCI: Fala za falą - T-Mobile Music
Wire    fot. Malka Spigel

W "Imieniu Róży" Umberto Eco, wybucha kłótnia. Między Wilhelmem z Baskerville a Czcigodnym Jorge z Burgos (pochodził z Hiszpanii, więc i z hiszpańska wymawiamy jego imię, nie – jak chciał polski lektor – z niemiecka), nota bene inspirowanym Jorge Luisem Borgesem (ślepy bibliotekarz przecież!) i oczywiście jak to u Eco, przefiltrowanym ponowocześnie tak, by służył w książce za istotę zła. W pewnym momencie Jorge powiada (cytat z pamięci może być ciut niedokładny): "Nie ma postępu w dziejach świata, następuje tylko podniosła i chwalebna rekapitulacja". Jeśli każda kolejna rekapitulacja w muzyce rockowej będzie miała twarz nowej fali, to ja osobiście mogę odpuścić sobie nowalijki. A co mi tam! Faaaaate up against your wiiiiiiiiiil!

OCEŃ: 9 -2
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 5.07.2011
    dodany przez: Rełaj
    Gość
    Wire mało znane? A Tuxedomoon też może być dosyć znane, ale nie jestem tego, aż tak pewny. Dla mnie niedocenionym zespołem post-punkowym jest The Nightingales.
  • 6.06.2011
    dodany przez: mi
    Gość
    no!