Opinie
A A A
05.04.2011

WYWIAD: Nuty to nie Biblia

Serce waliło mi w tempie 200 uderzeń na minutę - mówi Michał Pepol, wiolonczelista Royal String Quartet, o nagrywaniu kwartetów smyczkowych Henryka Mikołaja Góreckiego. Album właśnie ukazał się w prestiżowej brytyjskiej wytwórni Hyperion.

Jakim kompozytorem byłby Górecki, gdyby pozostawił po sobie tylko kwartety?
Wrażliwcem, minimalistą, tradycjonalistą. W kwartetach porusza się w ramach systemu dur-moll, czasem tylko nieznacznie go rozszerza. Miejscami czerpie z muzyki ludowej, jest człowiekiem religijnym, chociaż nie potrafię powiedzieć, czy wyczuwam to w samej muzyce, czy narzuca mi się wiedza pochodząca z innych źródeł. Aczkolwiek II Kwartet - niepokojący, wręcz dramatyczny - kończy się kojącym cytatem z kolędy "Cicha noc".

WYWIAD: Nuty to nie Biblia - T-Mobile Music
fot. Agencja BlowUp

Co jest siłą tych kwartetów? Dlaczego warto się nimi zainteresować?
Szczególna moc. Gdy uda się zestroić te wszystkie akordy, to brzmią jak armata, nawet jeśli utrzymane są w cichej dynamice. Mają w sobie jakieś potężne wibracje. Jest taki przesąd, że odpowiednią wibracją da się zburzyć most. Nie jestem człowiekiem specjalnie religijnym i nie mam w zwyczaju słuchać naszych własnych albumów, natomiast przy naszej płycie z kwartetami Góreckiego ponad wykonaniem udało mi się dotknąć - tak to poczułem - transcendencji. Rzadko mi się to zdarza. Podobną transcendencję odczuwam słuchając późnych kwartetów Beethovena, np. op 132.

We wkładkach do płyt widuje się dopiski w rodzaju: "Słuchać przy zgaszonym świetle". Jakie warunki pasują do waszej?
Trafiłeś. "Przy zgaszonym świetle" - może brzmieć banalnie, ale zróżnicowanie dynamiczne tej muzyki wymaga szczególnej uwagi. Trzeci kwartet rozpoczyna się potrójnym pianissimo. Na niewiele zda się w samochodzie czy przy zmywaniu naczyń. Trzeba raczej zarezerwować godzinę na pierwszy i drugi kwartet oraz oddzielną godzinę na trzeci. Wieczór to cisza, a z tą muzyką jest trochę jak z mantrowaniem czy modlitwą: trzeba wyczuć jej puls, wciągnąć się w te kroczące akordy. Jeśli słucha się kwartetów nieuważnie, to prawdopodobnie pozostanie się na nie obojętnym.

Nagrywaliście tę płytę jeszcze przed śmiercią Góreckiego?
W lutym 2010 roku. Nie spotkaliśmy się z nim niestety. Wstydziliśmy się napraszać w nie najlepszej dla kompozytora sytuacji zdrowotnej. Ale dzwoniłem do niego kilka razy, odbyliśmy dwie dłuższe rozmowy.

WYWIAD: Nuty to nie Biblia - T-Mobile Music
fot. Łukasz Pepol

Potrzebowaliście w ogóle takich konsultacji, czy byłaby to raczej uprzejmość względem mistrza?
Nie było takiej konieczności, jeśli chodzi o partyturę. Górecki szczegółowo wszystko opisał. Ale skoro byliśmy już przygotowani, to myśleliśmy, że dobrze byłoby zagrać materiał kompozytorowi, uszczknąć nieco mądrości mistrza. Wydało nam się to jednak egoistyczne i ostatecznie postanowiliśmy nie zawracać mu głowy. Z wysłaniem gotowej płyty już nie zdążyliśmy.

Mówił o swoich kwartetach, że zawdzięcza je Beethovenowi.
Też słyszałem o tym porównaniu. Trudno powiedzieć, co miał na myśli. Charakter jego kwartetów jest przecież odległy od klasycznego. Czy chodziło o to, że Beethoven był mistrzem kwartetów i to on uczynił z nich formę najwyższą? Na pewno od czasu Haydna - ojca kwartetu smyczkowego - kompozytorzy lubią się sprawdzać właśnie w tej materii. Począwszy od Mozarta, przez Schuberta, Mendelssohna i Brahmsa, po Szostakowicza. Panuje taka niepisana zasada, że jeśli nie potrafisz napisać porządnego kwartetu, to nie jesteś dobrym kompozytorem.

Wszystkie trzy kwartety u Góreckiego zamówili Kronos Quartet. Potem zarejestrował je także Kwartet Śląski. Wasza płyta jest jakąś reakcją na tamte nagrania?
Pamiętam nawet prawykonanie III Kwartetu przez Kronos Quartet w Bielsku-Białej. Nie zrobili na mnie wtedy najlepszego wrażenia. I chyba nie tylko na mnie. Nawet Górecki miał wtedy niewyraźną minę. Oni po prostu zagrali tam dosyć nieczysto i niedokładnie. To, co robią świetnego w innej muzyce, do tej zupełnie nie pasuje. Górecki wymaga niesamowitej dyscypliny i precyzji. Wyczulenia na pojedyncze dźwięki. Kronosi gdzieś to po drodze zgubili. Są niezrównani, gdy chodzi o eksperymenty - nietypowe brzmienia, wkraczanie z kwartetem smyczkowym na nowe terytoria, wszystkie te przestery, manipulacja mikrofonami - i za to ich autentycznie podziwiam. Górecki kwartetu Śląskiego za to mnie przekonuje. Grają bardzo pięknie, chociaż inaczej niż my. U nas - aczkolwiek jestem nieobiektywny - więcej jest energii i emocji, budowania i rozwiązywania napięcia.

WYWIAD: Nuty to nie Biblia - T-Mobile Music
fot. Łukasz Pepol

Co nie bierze się znikąd: przecież wykonywanie tej muzyki musi być dla was fizyczną męczarnią?
Bywa ciężko. Na koncertach siły fizyczne i psychiczne trzeba rozkładać na całą godzinę. Nie da się przez kwadrans rżnąć fortissimo tak, by potem ręką nie odpadała. Rozmawiałem z wieloma wiolonczelistami i w pierwszym kwartecie jest takie miejsce, w którym nie da się normalnie utrzymać smyczka. Bierzemy go w garść i gramy jak jakiś ludowy grajek, zapominając o klasycznym uchwycie. Do tego na partyturze są komentarze w rodzaju: Nie żałować smyka! Więcej! Głośniej! Jeszcze głośniej! Szeroko! Całym smykiem! Skrzypkowie i altowiolista mogą jeszcze liczyć na grawitację, bo grają smyczkiem ustawionym w pionie. Wiolonczelista trzyma go w poziomo, a nacisk musi pozostawać jednakowy. Z kolei w trzecim kwartecie te długie, stojące nuty powtarzamy wielokrotnie w dynamice piano. To też ma swoją trudność.

Podobno męczyliście się ze wstępem do pierwszego kwartetu, czyli cytatem z pieśni "Już się zmierzcha" Wacława z Szamotuł?
W nutach jest adnotacja, że wszyscy grają bardzo cicho, natomiast altówka ma wyraźnie wyjść z tym tematem. Szukaliśmy brzmień dla akompaniującej trójcy, by wyodrębnić ten pojedynczy głos. Tego właśnie brakowało nam we wcześniejszych nagraniach kwartetów. Po tygodniach prób i błędów wymyśliliśmy, żeby grać przy podstawku. Daje to mroźny, surowy dźwięk w zawężonym paśmie. Altówka na tym tle wyróżnia się pełnym, okrągłym brzmieniem. Jest czytelna, mimo że nie gra specjalnie głośno. Być może zamysł Góreckiego był inny, ale chociaż z reguły jesteśmy wierni partyturze, mamy też powiedzenie: "Nuty to nie Biblia". Przy poprzedniej płycie w Kwartecie Różyckiego w kilku miejscach musieliśmy zmienić dynamikę i tempo. Uznaliśmy, że skoro przez blisko sto lat nikt się nim nie zainteresował i nagrywamy go jako pierwsi, możemy sobie na to pozwolić. U Góreckiego przed kulminacją w pierwszym kwartecie było napisane "zwalniać", a zaraz obok "furioso". Nam furioso nie kojarzyło się zupełnie ze zwalnianiem, więc złamaliśmy ograniczenie prędkości i poszliśmy do przodu.

Cała sesja była podobno bardzo do przodu?
Nagrywaliśmy na wschodnim wybrzeżu Anglii: koniec świata, stara stodoła przerobiona na studio. Mieliśmy zarezerwowane cztery dni. Skończyliśmy w dwa i pół. Wiedzieliśmy, czego chcemy, a dzięki technice - poszczególne fragmenty można przecież połączyć już po fakcie - nie musieliśmy się oszczędzać. Pamiętam, że w pierwszym kwartecie wpadłem w taki szał, że po nagraniu musiałem wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć powietrza. Serce waliło mi w tempie 200 uderzeń na minutę.

Na koncertach też tak macie?
Z natury jesteśmy raczej emocjonalni, ale na scenie muzyk musi zapomnieć o swoich przeżyciach, żeby pilnować przeżyć publiczności. Bo można się wzruszyć czy podniecić, a potem patrzeć, jak ludzie wychodzą z koncertu kompletnie zimni.

Często gracie dla brytyjskiej publiczności.
Tam kwartet stoi na piedestale. W samym Londynie jest podobno kilkadziesiąt kwartetów smyczkowych. W Polsce jest ich około pięciu. A takich, które żyją z samego grania? Może trzy. Muzycy pozostałych grają też w orkiestrach i robią różne inne rzeczy. Nam się udało, ale nie byłoby to możliwe, gdybyśmy mieli poprzestać na Polsce.

Kwartety Góreckiego macie w repertuarze już od dłuższego czasu.
Zawsze proponujemy dodać Góreckiego do programu. Prawykonanie trzeciego kwartetu mieliśmy już w 2008 roku na irlandzkim festiwalu West Cork Music. Graliśmy w kościele. Dziesiąta wieczór, absolutna ciemność - wyłączając parę świec i lampki punktowe dla nut. Nigdy wcześniej i nigdy potem nie grałem dla tak skupionej publiczności. Panowała absolutna cisza. I to nie dlatego, że spali, bo wtedy słyszelibyśmy głośne oddechy. Energia, jaką w tych okolicznościach objawił Górecki, zszokowała całą naszą czwórkę. Co było o tyle dziwne, że na widowni zasiadali typowi festiwalowi turyści, którzy lubią spędzać czas wolny przy muzyce, ale nie są specjalnymi znawcami. Na nasze koncerty przychodzą melomani znający wszystkie wykonania, ale są też tacy, którzy w ogóle nie słuchają klasyki. A muzyka kameralna to szczególnie ekskluzywna kategoria muzyki, jest jakby podwójnie klasyczna. I to ci drudzy po koncertach mówią nam najciekawsze rzeczy. Najpierw to my odkrywamy przed nimi nowe światy, a potem to oni zaskakują nas swoimi obserwacjami.

OCEŃ: 24 0
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.