T-MOBILE MUSIC
SAMA TREŚĆ: Gitarocentryzm albo inny kanon. Część I
W 2011 roku termin rockizm oznacza wszystko i nic. Pomieszanie z poplątaniem. Nie wróży to dobrze przejrzystości muzycznego dyskursu w przyszłości.
Dla tych, którzy z tym słowem spotykają się po raz pierwszy – krótkie wprowadzenie. Rockizm to pojęcie powstałe około trzech dekad temu w Wielkiej Brytanii, oznaczające pierwotnie świadomie lub nieświadomie manifestowaną ideologię, której główne przesłanie brzmi: w obrębie muzyki rozrywkowej to rock jest stanem "normalnym", centrum, sytuacją docelową – a wszystkie inne gatunki i style (pop, hip-hop, elektronika, jazz i tak dalej) zjawiskami pobocznymi, marginalnymi, których ewentualny udział w kulturze nie powinien przekraczać pewnych domyślnie ustawionych proporcji.

Było to odkrycie istotne i z jego kluczową myślą zgadzam się w stu procentach. Dla mnie największa wartość zdefiniowania rockizmu jako problemu polegała na wytknięciu rockistom przyzwyczajeń i wyobrażeń w kwestii tego, jakie POWINNY być parametry samej muzyki: brzmienia gitarowe, format zespołu wywodzący się z klasycznego rozkładu bębny-bas-gitara-gitara(wokal), operowanie kategoriami "czad" i "ballada" oraz próba zaklasyfikowania/zbliżenia każdego utworu do jednej z nich (ewentualnie przemieszanie na zasadzie: balladowa zwrotka, czadowy refren). Niestety w ciągu kolejnych lat niezliczone dyskusje i artykuły (wśród anglojęzycznych dziennikarzy to jeden z tematów, na który od dawna reagują wymiotnie) pchnęły to zagadnienie na zupełnie inne tory. Krytycy opierający swoje wnioski o background socjologiczny, próbowali poszerzać front zarzutów o sprawy pośrednio związane z muzyką jako taką, a bezpośrednio ze specyfiką odbioru i odbiorcy muzyki.
Do pewnego stopnia to kupuję – na pewno zawsze wtedy, gdy chodzi o demaskowanie irracjonalnych uprzedzeń i zabobonów w rozmowie o muzyce. Więc podobnie jak anty-rockiści nie uważam, aby jakąkolwiek rolę w ocenie muzyki odgrywało wykrywanie "autentyzmu" (bądź braku autentyczności) wykonawcy. Niezależnie od tego, czy ten autentyzm miałby wynikać ze środków wyrazu (według rockistów autentyczne są "żywe" – czyli drewniane, a najlepiej strunowe – instrumenty, w przeciwieństwie do samplerów, sequencerów, gramofonów czy nawet klawiatur pełniących funkcję elektronicznych kontrolerów), charakteru przekazu tekstowego (hołubienie narracyjności, stawianie najwyżej osobistego wyznania w pierwszej osobie), czy nie daj Boże subiektywnie rozumianej (głównie przez fanów) szczerości, objawiającej się w sposobie zachowania i życiu pozascenicznym wykonawcy. Ba, w ogóle nie myliłbym wykonawcy z artystą. I chętnie oddzieliłbym utwór muzyczny od jego autora i wykonawcy. Jasne, nie ma co przypisywać Britney Spears komponowania i aranżowania większości jej hitów – za to są odpowiedzialni panowie producenci, a ona tylko śpiewa, nadaje piosenkom ekspresję, dodaje swój głos – ale to wcale nie oznacza, że piosenki napisane przez taką na przykład Adele są lepsze. Moim zdaniem przeważnie są gorsze – bo może i Adele jest lepszą kompozytorką od Spears, ale nie jest lepszą kompozytorką od panów producentów pracujących na sukces Spears (zależność, której ślepi rockiści nie są w stanie zgłębić). Stąd podkreślanie na każdym kroku, że dany kandydat na Idola (czy zwycięzcę innego programu telewizyjnego dla początkujących wokalistów) SAM PISZE SOBIE PIOSENKI mija się z celem, bo w 95 procentach chciałoby się dodać: "Może niech on lepiej sam nie pisze tych piosenek, bo wyjdą kiepskie – niech skorzysta z usług ludzi, którzy się na tym znają, to efekt będzie lepszy ".

Aranżacje aranżacjami, ale złego słowa na Britney nie damy powiedzieć... fot. Medium
Nie uważam też, że nagrywanie płyty na taśmę, na sprzęcie analogowym, bez równania, bez upiększeń i cyfrowej studyjnej obróbki to rejestracja materiału "tak, jak pan Bóg przykazał". To jest właśnie rockizm w czystej postaci – niczym nie uzasadnione przeświadczenie, że z jakiegoś powodu wiemy co "pan Bóg przykazał". Stąd już bardzo blisko do religijnego fundamentalizmu. O wiele ładniej jest powiedzieć: "Lubię brzmienie taśmy analogowej, więc tak nagrałem płytę". Niestety rockiści nie tylko "lubią", ale i "wiedzą" co będzie lepsze dla innych. I gardzą tymi, którzy nie przestrzegają podobnych reguł. Z kolei na gruncie wizerunkowym skrajny rockizm od zawsze kojarzył się z najbardziej tandetnymi przejawami rocka – przaśnym hard rockiem, (niekontrolowanie) kiczowatym heavy metalem, zatęchłym bluesem i impotentnym progrockiem. Czyli wąsy, broda, spocone długie włosy, skóra, harley i "prawdziwi faceci" (w opozycji do "nieprawdziwych", śpiewających dance-pop czy new romantic). Zgoda, wychowując się w Polsce lat 90. mam prawo czuć obrzydzenie do takiego image'u, nadal mimowolnie tęskniąc za lekkością, zwiewnością i czarem otoczki popowej. I nie będę ukrywał – osobiście, prywatnie, zupełnie subiektywnie uważam, że dziś najbardziej cool jest być osobą nieobciążoną ciężarem rockowej spuścizny. Ja jeszcze należę do pokolenia, które o takim komforcie może pomarzyć – historia mojej edukacji muzycznej naznaczona jest ścisłym związkiem z historią rocka. Ale sądzę, że nie ma nic fajniejszego, niż spotkać osobę, która zna się na muzyce i najbardziej LUBI muzykę klawiszową, syntezatorową, bitową, samplowaną – a gitary owszem szanuje, ale to po prostu... nie jest jej działka! Cudo. Ta moja preferencja to też czkawka po obowiązującym u nas w kraju przez kilkadziesiąt lat terrorze rockizmu.
Z czasem rockizm stał się symbolem każdego rozumowania, w którym pewne upatrzone pozycje są z góry zajęte i nie do ruszenia. W tym sensie na gruncie polemiki muzycznej można być rockistą reggae, jazzowym, hiphopowym... Wiele lat temu kolega ze studiów, hiphopowiec, rzekł do mnie: "Nie znoszę szarpidrutów, mógłby ktoś puścić jakąś normalną muzykę czyli rap?". Ja mu na to: "Rap to nie jest normalna muzyka – tylko zlepek loopów na bazie cudzych nagrań sprzed lat plus gadanie jakiegoś kolesia". Obaj byliśmy w tym momencie okropnymi rockistami – on hiphopowym, ja piosenkowym/autorskim. Nie mam też nic przeciwko przenoszeniu kategorii rockizmu na ogólny plan rozważań o muzyce, kulturze, świecie. Wszyscy jesteśmy trochę rockistami – w literaturze, kinie, malarstwie, kulinariach – każdej dziedzinie, która zakłada wartościowanie i gust.
Cóż, oddaliliśmy się już całe kilometry od jądra pojęcia rockizmu, ale jak dotąd jestem ciągle za – bo popieram obalanie mitów w roli punktów odniesienia dla dyskursu. A jednak nie ze wszystkimi postulatami anty-rockizmu (popizmu, poptimizmu) się identyfikuję. I nie chodzi mi tylko o to, że ja ogólnie lubię rocka wtedy, gdy jest świetny. "Dobry rock nie jest zły". Regularnie słucham Led Zep, Stonesów, Cheap Trick, wracam do Gunsów, do QOTSA, ostatnio naszło mnie na Strokes. Mam sentyment do amerykańskiego college-rocka z lat 90., wiele spośród moich ulubionych płyt sprzed lat to rzeczy stricte gitarowe, zakorzenione w linii punkowo-nowofalowo-hardcore'owej... Wreszcie: sam grałem kilka lat rocka w moim byłym zespole. I żałuję, że bieżący rock jest przeważnie tak mizerny, że zwykle ziewam w połowie kawałka. Ale po prostu na pewnym etapie krucjata anty-rockistowska zaczęła przypominać obsesyjne polowanie na każdego rodzaju przyzwyczajenia – nawet te, które w moim przekonaniu są logiczne i słuszne, bo wynikają z racjonalnych przesłanek, a nie absurdalnych presupozycji. A mianowicie zupełnie nie rozumiem powiązania rockizmu (we wszystkich wymienionych wyżej znaczeniach) z respektowaniem kategorii takich jak "album" i "kanon".
Jeśli chodzi o "album", to ja zwyczajnie traktuję go jako długi format w fonografii – w odróżnieniu do formatu krótkiego, jakim jest singel. Oba te formaty są według mnie absolutnie dozwolone, mają swoje wady i zalety oraz swoje (biegunowo odległe) miejsca w życiu słuchacza. Jednocześnie darzę większym szacunkiem wykonawców, którzy są w stanie wydać cały album wypełniony znakomitymi piosenkami, a nie tylko singel. Z prostej przyczyny – ilościowej. Nie chodzi wcale o przywiązanie do formatu, o epickość, o rytuał słuchania od deski do deski. Chodzi po prostu o... ilość dobrej muzyki ZA JEDNYM RAZEM. To jest właśnie dla mnie album. Nie demonizowałbym albumu jako formatu pozwalającego na taki czy inny sposób słuchania – nie interesują mnie te pseudosocjologiczne rozważania Simona Reynoldsa. Chociaż przyparty do muru – owszem, zakładam, że słuchając uważnie, w domu, na słuchawkach, usłyszymy więcej, niż w klubie pod wpływem używek (które wbrew powszechnemu przekonaniu nie dostarczają żadnego mistycznego przeżycia, a tylko neutralizują działanie neokorteksu, ograniczając percepcję – ale to już poboczny wątek na inny artykuł). Ale nie w tym rzecz – po prostu wyżej stawiam wykonawcę, który nagrał trzy świetne albumy od tego, który nagrał trzy świetne piosenki. Tak samo, jak wyżej stawiamy piłkarza, który ma na koncie trzy świetne sezony od tego, który zagrał trzy świetne mecze. Jeśli to już rockizm, to na tej samej zasadzie można nazwać komunistą każdego w USA, kto wytyka wpadki Republikanom i zwolennikiem PiS każdego w Polsce, kto nie głosuje na PO. Innymi słowy to fanatyzm – próba zdeprecjonowania każdej cechy typowej dla miłośników rocka (a ci widzą świat przez pryzmat albumu), bez realnego rozpatrzenia, czy to cecha pozytywna czy negatywna. Nie widzę problemu z używaniem słowa "dzieło" w odniesieniu do sztuki – i tym dziełem może być zarówno "She Loves You", "Surrender", "1999", "1 Thing", jak i "Kind Of Blue", "London Calling", "Nevermind" czy "Untrue". Strach anty-rockistów przed albumem bierze się z ich strachu przed nabożnym stosunkiem do sztuki – błąd, bo to tylko format wydawniczy.

Bob czyli kanon fot. Medium
Podobnie rzecz ma się z "kanonem". Osobiście nie widzę nic złego w istnieniu czegoś takiego jak kanon, pod warunkiem, że odnosimy się do niego jak do pomocy historycznej w obrębie nakreślonych ram. Co jest złego w beatyfikacji płyty "Smile" Beach Boysów przez krąg słuchaczy ubóstwiających wyrafinowane harmonie, melodyczne zawijasy i eksperymenty aranżacyjno-fakturowe? Nic, skoro tenże krąg słuchaczy nie zna donioślejszych (czas powstania, pionierskość, jakość) przykładów realizacji tych postulatów. I dlatego ktokolwiek będzie próbował zagospodarować podobne poletko - zostanie zestawiony z miarą "Smile". John Darnielle z zespołu Mountain Goats powiedział kiedyś w burzliwej dyskusji nad istotą kanonu w muzyce popularnej, że kanon jest bezwzględnie potrzebny jako referencja dla nowszych zdarzeń poddawanych analizie.
Rockizm bywał miażdżony jako postawa przywiązania do pewnych świętości, do tradycji, do kanonu, który jest aksjomatem w każdej debacie, niezależnie od optyki i zastosowanych kryteriów. Ale tu diabeł tkwi w szczegółach. I o ile zdanie "Bob Dylan wielkim artystą jest i koniec, nie da się tego podważyć" pachnie na odległość rockizmem, to już zdanie "Bob Dylan WAŻNYM artystą jest i koniec, nie da się tego podważyć" – wygląda całkiem sensownie, bo ciężko zaprzeczyć ikoniczności Dylana nie tylko w uprawianej przez niego stylistyce, ale i generalnie w dwudziestowiecznej kulturze zachodniego świata. Słuchając płyty "Come Away with ESG" z 1983 roku widzimy, że wyraźnie powstała pod wpływem albumu "Metal Box" Public Image Limited, wydanego cztery lata wcześniej. Co nie znaczy, że dla każdego, automatycznie, "Metal Box" musi być lepsze od "Come Away"! Ale kierunek inspiracji był jeden. I to jest właśnie kanon – muzyka (sztuka) ważna dla jakiegoś środowiska, którą to środowisko jakoś konstytuuje. Nitsuh Abebe pisał w recenzji reedycji "Daydream Nation" – "to album, który uwielbiają wszyscy fani indie rocka – ale to oczywiste, skoro uwielbianie go niejako oznacza bycie fanem indie rocka". Otóż to.
Dlatego udając, że nie ma (nie powinno być) kanonu – oszukujemy się. Kanon jako akademia, jako dorobek kultury pielęgnowany przez pokolenia i trampolina do dalszych poszukiwań – jest potrzebny i konieczny. W tej kwestii anty-rockiści jakby słyszeli, że gdzieś dzwoni, ale nie wiedzieli w którym kościele. Dochodzimy do paradoksu: większym rockistą jest ten, który głosi bezkrytyczne laudacje na cześć Sly'a Stone'a, Chic, Pet Shop Boys i Underworld, gotów na śmierć i życie bronić ich świętości, niż ten, który wprawdzie nie ma żadnych bogów wśród muzyków i nie traktuje na serio "dzieł muzycznych", ale prywatnie słucha mało znanego, niszowego hard rocka, punka i grunge'u, bo brzydzi się muzyką nie-gitarową. Tymczasem, drodzy anty-rockiści: problemem wcale nie jest INSTYTUCJA kanonu, a tylko jego dramatycznie gitarocentryczny KSZTAŁT. I o tym już w następnym odcinku. Zapraszam.
-
Fajne, będę czekał na ciąg dalszy. Brakuje mi tylko wspomnienia o stadionowości - słuchacze dinozaurów mogą przyznawać, że jakiś album jest fajny, ale żeby był wielki potrzebne są mocne riffy, ogromna przestrzeń i śpiewny, stadionowy refren. W sam raz do promowania przez TVP.
-
generalnie to prawda. no i widać też spójną metodologię jak w pozostałych tekstach. nazwałbym to linią akademicką + brak uprzedzeń.
-
komentarz
