Opinie
A A A
14.03.2011

RECENZJA: Zrzut pierwszy

Tim Hecker już na okładce nowej płyty ostrzega: będzie się działo!

"Czasem jest gęsta i złożona, czasem nie" - odrzekł Tim Hecker, gdy spytałem go o jego własną muzykę. Był to niewątpliwie najgorszy wywiad, jaki miałem okazję przeprowadzić, ale wydobyłem jedną cenną informację: "Syntezator, pianino, sampler, efekty gitarowe, komputer". Tyle Heckerowi wystarcza do tworzenia owych czasem gęstych i złożonych, a czasem tylko udających takowe ambientów. Tym razem do listy trzeba jeszcze dopisać organy jednego z kościołów w Reykjaviku, w którym Hecker rezydował przez dobę, gromadząc materiał źródłowy.

RECENZJA: Zrzut pierwszy - T-Mobile Music

"Ravedeath 1972" to najbardziej niespokojny album w dorobku Heckera. Przewalające się przez wszystkie trzy części "In the Fog" warstwy harmoniczne przypominają nawarstwione chmury: jednoakordowe stratusy trwają stoicko przez całą kompozycję, widok co chwilę przysłaniają masywne, utuczone basami cumulusy, a cirrusy popiskują w oddali nieśmiałymi melodiami, których nie sposób się uczepić, bo nazbyt są niewyraźne w daleko już posuniętej entropii. Oba rozdziały znakomitego "Hatred of Music" w swoim nieprzewidywalnym falowaniu ewidentnie celują w przejęcie kontroli nad emocjami słuchacza. Znów trzyczęściowa suita "In the Air" to już kompletna fabuła: rześki początek, podkręcanie pokręteł i zarazem napięcia, kulminacja z ruiną w tle, wyciszenie oraz napisy końcowe.

Relatywną prostotę muzyczną poprzednich płyt Hecker przykrywał przesterem, sugerując tylko gmatwanie. Tutaj burzowe są fundamenty, powierzchnię Kanadyjczyk mógł więc pozostawić względnie niezaburzoną. Stąd też "Ravedeath 1972" jest albumem niewadzącym. Ale też mało przystępnym, chyba że ktoś czujniki chwytliwości ma nastawione na elementy brzmienia, a nie melodii, harmonii czy rytmu. Zapowiedź rozłąki z nośnymi tematami - operujemy oczywiście  miarą ambientową - sugerowała już prześwietna okładka płyty, którą producent "znalazł w Internecie". Przy okazji odkrył, że studenci amerykańskiego MIT rozpoczęli ten rytuał już w latach 70. Tutaj widzimy zrzut pierwszy.

W ubiegłej dekadzie Hecker ekspandował na kolejne nisze: począwszy od szacunku ze strony zagorzałych ambientowców i elektryków wszelkiej maści aż po posłuch w krainie niezalu. Z myślą o względnie zaawansowanej karierze należało teraz postępować ostrożnie (by nie zrazić neofitów), a jednocześnie pozorować rozwój ("To już było" zabija na śmierć). Z kolei w trosce o własną kondycję artystyczną Hecker powinien był raczej skoncentrować się na tym, co autentycznie go kręci: cyzelowaniu mikrodźwieków i projektowaniu makropływów harmonicznych. Co wybrał? Jedno i drugie.

Tim Hecker "Ravedeath 1972", Kranky

 

 

OCEŃ: 6 1
7

Ocena autora:

Autor: Mariusz Herma
Do góry
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.