T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Ładniejszy bliźniak Buriala
Debiut Desolate to pierwsza bardzo piękna płyta 2011 roku.
"Cześć, nazywam się Sven Weisemann i pracuję jako didżej od 1997 roku, a produkuję muzykę od 2001 roku. Potrafię grać na pianinie, gitarze akustycznej i perkusji - wszystkiego nauczyłem się sam" - pisze na swoim MySpace 27-letni Berlińczyk. Pod własnym nazwiskiem zadebiutował dwa lata temu epickim longplayem "Xine", chociaż krótkim metrażem i muzyką filmową zajmuje się już od 2005 roku. Desolate to jego kolejne wcielenie - podobno już trzecie, ale nikt tego nie wie na pewno, bo lubi igrać anonimowością. Skojarzenie z Burialem? O tym za chwilę.

"The Invisible Insurrection" byłaby pierwszą tegoroczną płytą, o której wypada napisać: bardzo piękna. Ani odkrywcza, ani błyskotliwa. Wprost przeciwnie, prześlizguje się po schematach, na szczęście nie do końca wyeksploatowanych. Ładna, przyjemna, relaksująca - nie mylić z relaksacyjną. W jednej z recenzji wyczytałem kilkadziesiąt terminów młodszych od tego tysiąclecia, z których kilku nawet nie rozumiałem, mimo że za rozumienie terminów muzycznych mi płacą. A przepis na Desolate jest prosty: minimalistyczne pół-rytmy (ale nie w duchu Detroit, nazbyt synkopowane), strzępy fortepianowych melodii, obficie repetowane sample gadane (enigmatyczne brednie), filmowe (S-F) i poważne (smyczki) zanurzone zostały w nieprzyzwoitych ilościach pogłosów i ech, które nadają majestatu zgoła niewymyślnym dźwiękom wyjściowym. Bas i stopka nabierają pozoru dubstepowych infradźwięków, płaskie tła zyskują dodatkowy wymiar, a pojedyncze nuty skutecznie udają pełnowartościowe melodie. Wespół wprowadzają nas w klimat, który jest absolutnie największym atutem tej płyty. (I chrzanić to, że o 87 procent wydawnictw z gatunku "elektronika" mówi się: klimatyczne).
Brzmienie Desolate jest monolitem. Jako się rzekło pięknym, lecz to nie ratuje nas przed monotonią. Na szczęście Weisemann różnicuje kompozycję. Skleił tę płytę z miniaturek opartych na jednym zjawiskowym pomyśle - "Farewell #1" i "Aviance" rzucają wyzwanie najlepszym motywom z soundtracków Clinta Mansella - oraz z nieco bardziej rozbudowanych utworów, bogatszych rytmicznie i naszpikowanych wspomnianymi samplami. I tak dochodzimy do najdłuższego na albumie, sześcioipółminutowego "Divinus" czy niewiele krótszego "Endurance", które to dubstepowymi koligacjami wymuszają porównania z Burialem. Portal Resident Advisor napisał wręcz, że "The Invisible Insurrection" to "jeden z najlepszych albumów, których Burial nigdy nie nagrał". Podobieństwo brzmienia jest istotnie bezsporne. Jednak już wydźwięk albumów: zupełnie inny. Burial niepokoił. Desolate, wbrew ponurej nazwie, koi. Weismann to prawdopodobnie brat bliźniak Buriala, który wprawdzie osiągnął mniej, ale za to jest ładniejszy.
Desolate "The Invisible Insurrection", Fauxpas Musik
