T-MOBILE MUSIC
WSTYDLIWE PRZYJEMNOŚCI ANGELIKI: Bryan Adams i Mel C
Wyobraźcie sobie taką tragiczną sytuację, że są dwie osoby w muzyce, które wywołują w was szczególny rodzaj obrzydzenia. I wyobraźcie sobie, że te dwie osoby nagrywają razem piosenkę. Że im wychodzi, nie musicie sobie wyobrażać, bo to się akurat stało naprawdę.
Nie wiem, czy muszę tłumaczyć, dlaczego nie lubię Bryana Adamsa. Nie wiem nawet, czy gdybym jednak spróbowała, mój słownik nie okazałby się zbyt ułomny i ograniczony. Nie wiem, czy trzeba. Bryan Adams to dla mnie Antonio Banderas piosenki. Harlekinowy szansonizm najwyższej żenady. I nie wyskakujcie mi tu z żadnym "Summer of 69". Adams pod strzechy wprosił się balladkami – i jak ktoś wyrósł na MTV lat 90., to pamięta, choćby nie wiem jak ze świadomości tę traumę wypierał. A poza tym "Summer of 69" to i tak bardzo słaba piosenka.

fot. Medium Photo
Potrafię za to powiedzieć, dlaczego nie lubię Mel C. Wcale nie dlatego, że była z girlsbandu, choć z przyczyn oczywistych większym sentymentem darzę boysbandy. Spice Girls miały parę dobrych piosenek, i to tak dobrych, że nawet nie nadają się do tej rubryki ("Who Do You Think You Are?" zwłaszcza). Chodzi o wszystko, co działo się poza muzyką. I Sporty Spice wkurzała mnie najbardziej. Pamiętam jakiś wywiad emitowany w bodajże "Muzycznej Jedynce", niewykluczone że prowadzony przez Artura Orzecha (to mógł też być jeden z tych ściemnionych wywiadów, gdzie polski dziennikarz dogrywał się już po fakcie – klasyką uścisk dłoni Romana Rogowieckiego). Mogę mylić fakty, pamięć już nie ta, zresztą szczegóły zatarła szokująca scena, kiedy Sporty na wizji sprwdzała, czy użyła antyperspirantu. W sensie: nosem. Jak jakiś, nie przymierzając, obyczajowy prototyp Marii Peszek. Nie o takie girl power walczyłyśmy!
I wreszcie ta ordynarna dresiara spotyka muszkietera z gitarą i nagrywają ultraprzebój. Zaprzyjaźniony muzyk potrafi skreślić piosenkę jednym argumentem: "Nie ma melodii!". W "When You're Gone" jest melodia. W "When You're Gone" jest nawet refren, czysty, bezbłędny, do powtórzenia po pierwszym przesłuchaniu, a to sztuka i sekret powodzenia. Nie bez powodu numer znalazł się w setce singlowych bestsellerów lat 90. Redakcyjna koleżanka Małgorzata napisała ostatnio felieton o muzyce odrzuconej – taki z humanitarną tezą, że nawet jak coś jest straszne, ale kogoś wzrusza, to to jest wartość tej piosenki i trzeba się z tym pogodzić, koniec. Bryan Adams mnie nie wzrusza, w zasadzie, jeśli cokolwiek we mnie prowokuje to socjopatyczne pragnienie zbrodni na niewinnych bliźnich. Poza tym jednym, zupełnie wyjątkowym przypadkiem. "When You're Gone" mnie rusza. Bardzo mnie rusza. Tak bardzo, że gdybym słuchała radia i akurat ten kawałek by leciał, tobym nie tylko nie zmieniła stacji, ale i nawet sobie kompromitująco pośpiewała. A śpiewanie w moim wykonaniu to już konkretnie wstydliwa przyjemność.
-
Tyle powiem, że mi Cię żal.
-
komentarz
