T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: I po patosie ich poznacie
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead po raz siódmy, czyli nadkoncept.
Stereotypowa neoprogrockowa okładka sama byłaby konceptem. Nade wszystko musiałaby mieć własnych bohaterów. A chociażby wygadanego okularnika w nowoczesnym uczesaniu, szalonego naukowca spokrewnionego z Inspektorem Gadżetem, elegancika w nudnym szaliku, pieniacza-idiotę i lisa z rewolwerem ściśniętym w człekokształtnej dłoni. I dla równowagi parę dziewcząt łapiących wzrok lubieżników. Najlepiej dwie pary, reprezentujące przy okazji społeczny kontekst opowieści: szlachciankę, mieszczankę, wieśniaczkę i zbuntowaną chłopczycę-bojowniczkę, jakkolwiek z dobrym sercem, bo ktoś musi czuwać nad chłopcem, który przypadkiem zaplątał się w całą kabałę. Tajemniczy lazur Jej oczu górowałby nad tą gromadą, a cała jedenastka wciśnięta w pstrokate tło obiecywałaby odbiorcy przygodę nie byle jaką, skoro obwieszczoną złoconymi napisami.
Pendragon?

Siódmy album ...And You Will Know Us By The Trail Of Dead próbuje spełniać oczekiwania tych krytyków, którzy od dziesięciu lat stosują w stosunku do Teksańczyków określenie prog-rock (nieprawda) naprzemiennie z prog-punk (absurd). Po nijakim "Worlds Apart", nudnym "So Divided" i wydanym dokładnie dwa lata temu "Century of Self" - ta akurat płyta miała zapamiętywalne momenty, a nagranie na setkę zatroszczyło się o energię - skurczone z sekstetu do kwartetu Trail Of Dead w dziesięć dni nagrało arcydzieło pozorów.
Fabuła "Tao of the Dead" dotyczy między innymi "ciągłych zmagań pomiędzy Trzecim Światem a Pierwszym Światem", o których wokalista Conrad Keely dowiedział się z "jednego filmu dokumentalnego o Chinach - czy jak to dziś nazywają: Chinameryce". To w utworze "Summer of All Dead Souls". Bo z kolei "The Spiral Jetty" - piosenka zainspirowana przez ten obrazek - opowiada już o "ludzkiej potrzebie stawiania pomników i oznaczania przestrzeni". A "Radio Free Cosplay" mówi o śmierci rocka, chociaż wątków autobiograficznych akurat tutaj nie ma.
Rzekomego konceptu dopełnia powiązanie muzyki z obrazkową historią science-fiction, którą Keely zajawia we wkładce albumu i obiecuje więcej, a także podział płyty na dwie części: jedenastoutworową suitę (progrockowe słowo-klucz) zatytułowaną "Tao of the Dead" i utrzymaną w tonacji D oraz trwającą kwadrans część drugą "Strange News From Another Planet" w tonacji F.
- W ten właśnie sposób słuchałem albumów w młodości - tłumaczył Keely w rozmowie z Spin.com. - Do moich ulubionych należały "Dark Side of the Moon" Pink Floyd, "Relayer" i "Close to the Edge" Yes czy "Hemispheres" Rush.
Kto mu wytłumaczy, że wybitnych płyt nie wolno naśladować?
Tytułowy mega-koncept "Tao of the Dead" Keely zaczerpnął z księgi "Daodejing", którą według legendy spisał starożytny myśliciel i twórca taoizmu Laozie. Z dzieła zaczerpnięto słowa jednej z wspomnianych dwóch części albumu. Której? Oczywiście nie tej zatytułowanej "Tao of the Dead". Mimo wszystko pomysł wydał mi się ciekawy, bo zapowiadał coś autentycznego i bardziej osobistego niż obrazki z telewizji albo internetu. - Prawdę mówiąc, to dzieło przypadku - mówi Keely. - Pracowaliśmy nad tekstami i w studiu akurat znajdował się egzemplarz "Daodejinh".
Waters, Anderson oraz Lee byliby dumni.
Brzmienie płyty jest silnie retrospektywne, chociaż nie aż tak, jak w przypadku ich rodaków ze Smith Westerns, którzy w tym samym mniej więcej czasie korzystali z usług producenta Chrisa Coady’ego. Powiedzmy: połowa lat 90.? O, to wtedy zaczynali karierę. Aranżacje z kolei - nudne gitary, nudne bębny, nudne gitary i nudne bębny, nudne gitary i nudne bębny z nudnym wokalem - wraz z zarysowanym wyżej przesłaniem kojarzą mi się niestety z równie płaskim "American Idiot" Green Day, a nie połową lat 70.
A teraz wyobraź sobie, że opisuję cały ten album utwór po utworze: z ciszy wyłania się dwuminutowy postrockowy, obiecujący (tytułem) wstęp "Let Us Experiment". Przechodzi w dwuakordowe kreszendo, które wespół z dramatyczną stopką przygotowuje nas na jazgot "Pure Radio Cosplay", rozdartego pomiędzy parzystym a nieparzystym metrum. Pierwszą i ostatnią ciekawą melodię przynosi owo singlowe, chińsko-amerykańskie "Summer of All Dead Souls". Teatralny szept w "Cover the Days Like a Tidal Wave" prowadzi naszą uwagę ku elektronicznemu arpeggio - czyżby hołd czyniony floydowskiemu "On the Run"? - by przygnieść majestatem adekwatnie zatytułowanego "Fall of the Empire". Niezobowiązująca, akustyczna czołówka relatywnie pogodnego "The Wasteland" to oddech konieczny, by przygotować na eksperymenty: klawisze, czysty wokal i absencja gitar w pomnikowym "The Spiral Jetty". "Weight of the Sun" ma niepokojąco numetalową budowę - słodką zwrotkę i podszyte przesterem patetyczne okrzyki w refrenie - posiada za to intrygujący podtytuł: "Or, the Post-Modern Prometheus". Repryza "Pure Radio Cosaplay" zapowiada zamknięcie suity klasyczną progrockową klamrą, ale nie, przecież jeszcze "Ebb Away" musi zrównoważyć nam tętno zdwojoną linią wokalu i gitary, i przygotować grunt pod "Somewhere Over the Double Rainbow" - szacunek za ten żart - czyli instrumentalne coraz szybciej, coraz głośniej, przyjdźcie na koncert, a usłyszycie jeszcze głośniej i jeszcze szybciej. Piętnastominutowe "Strange News from Another Planet" z wszystkimi swoimi częściami – "Know Your Honor", "Rule by Being Just", "The Ship Impossible", "Strange Epiphany", "Racing and Hunting" - to oddzielna opowieść o honorze, sprawiedliwości, umożliwianiu niemożliwego, nieziemskich rewelacjach oraz ich konsekwencjach...
Czytasz jeszcze? W takim razie sięgaj śmiało po opisywane dzieło. Polecam edycję limitowaną, zawiera dodatkowe dwa kwadranse konceptu.
...And You Will Know Us By The Trail Of Dead „Tao of the Dead”, Century Media/EMI
-
"najlepsze kawałki od 2002"
to tak jak napisać coś takiego o nowym Pendragon :>> -
Które konkretnie? (mh)
-
Ej, ale recenzja chyba pisana pod tezę i pod okładkę. Bo na samym albumie są ich najlepsze kawałki od 2002.
-
komentarz
