T-MOBILE MUSIC
RANKING: W grupie dobrze, solo lepiej
O tym, że nie jest łatwo przeskoczyć od grania zespołowego do twórczości solowej, najlepiej świadczy fakt, że miałem sporą trudność ze skompilowanej tej listy. Na szczęście udało się! Przed nami wielka siódemka - najpierw osiągnęli sukcesy w grupie, potem działając na własny rachunek.
Na wstępie kilka słów wyjaśnienia. Pod uwagę brałem osoby, których największa popularność przypadła na poprzednie 10 - 12 lat. Nie stosując tego ogranicznika, na pewno znalazłoby się miejsce dla Stinga, Jimmy'ego Page'a, Diany Ross czy oczywiście Michaela Jacksona. Na listę wszech czasów przyjdzie jednak jeszcze pora, ale w przypadku tego rankingu Era Music Garden stawia na wciąż aktywnych, lubianych i cenionych. Zaznaczam również, że lista jest ułożona alfabetycznie - to naprawdę wielka siódemka na szóstkę z plusem!
Damon Albarn
Hmm, ale jak to, spytacie zapewne? Przecież tak naprawdę tylko winylowy album "Democrazy" jest podpisany jego imieniem i nazwiskiem. Zgoda. Wiadomo jednak, kto jest muzycznym mózgiem projektu Gorillaz, wiadomo, kto stał za intrygującym musicalowym "Journey to the West" pod szyldem Monkey. Albarn powołał też do życia supergrupę (z Tonym Allenem, Paulem Simononem i Simonem Tongiem), która zapisała na koncie płytę "The Good, the Bad & the Queen". Ponadto zaliczył przelot przez muzykę z Mali, razem z Einarem Örnem Benediktssonem stworzył muzykę do filmu "101 Reykjavík". Kolosalny dorobek muzyka, który wybił się w Blur, nakazuje widzieć w nim jednego z najważniejszych artystów minionej dekady. Już nie macie zastrzeżeń co do wyboru? Mam nadzieję!
Beyoncé
W Destiny's Child była najważniejsza, ale po tym, jak formuła zespołu trochę się wypaliła (słabe płyty "Survivor" i "Destiny Fufilled"), uznała, że czas wszystkie siły poświęcić karierze solowej. Nie udało jej się co prawda nagrać albumu, który można by było postawić jako wzór współczesnego r'n'b/popu, ale jest blisko, coraz bliżej. Być może do postawienia kropki nad i wystarczyłoby zatrudnić Jaya-Z jako producenta wykonawczego? Beyoncé nie chce być jednak zależna od męża nawet w kwestiach artystycznych. Jej prawo, tak czy siak jest wielka.

Redaktorze Cała, Fergie przesyła pozdrowienia fot. Photo Press Service Medium
Fergie
Zaistniała w Black Eyed Peas, a na solowym "The Dutchess" pokazała, że umie sobie radzić i bez pomocy kolegów. Dowód to pięć multiplatynowych singli, ponad sześć milionów sprzedanych płyt i dużo lepsze recenzje, niż BEP zbierają od lat. Ma głos i talent do śpiewania chwytliwych melodii, stąd zupełnie niezrozumiałe jest przerabianie jej głosu przez auto-tune. Oby ta koszmarna moda kiedyś się skończyła, a pani Ferguson nagrała jeszcze serię popowych szlagierów do tańca i różańca.
Katarzyna Nosowska
Nasza rodzima perełka. O ile polska muzyka generalnie budzi skrajne emocje, to Nosowska jest jedną z tych osób, które albo się kocha i szanuje, albo przynajmniej szanuje. Odbijając od Hey w sumie nie ryzykowała za wiele, jednak okazało się, że nie jest to tylko artystyczny kaprys, ale rzeczywista chęć zrobienia czegoś w pełni swojego, świeżego. Efekty do dzisiaj zadziwiają. Nosowską inspirują się setki młodych twórców, ale takiego talentu do pisania tekstów oraz selekcji kompozycji nie można się ot tak nauczyć. To po prostu trzeba mieć.
Gwen Stefani
Okazało się, że ma w sobie nie tylko rockową, ale też hiphopową i soulową duszę. W No Doubt zmagała się odrobinę z syndromem zespołu jednego hitu. Solowo wypromowała kilka przebojów, postawiła na luz, przyjemność i wszechstronność. Pharrell Williams powiedział kiedyś, że to najlepsza wokalistka, z jaką miał okazję pracować. Z takim autorytetem nie sposób dyskutować.
Justin Timberlake
Z milutkiego blondynka z boysbandu awansował do roli jednego z najlepszych popowych wokalistów ostatnich lat. Od chłopca, o którym pisało się głównie w kontekście podrywów co piękniejszych hollywoodzkich ślicznotek, do artysty, którego muzykę określono "Motownem XXI wieku". Na początku jego solowe dokonania dziwiły, potem zdumiewały, a na końcu zwyczajnie zachwycały. Jeszcze trochę i nikt nie będzie pamiętał 'N Sync.

Cenimy piosenki, ale najbardziej w Robbiem ujmuje nas jego czarujący uśmiech fot. Planet Photos Medium
Robbie Williams
W Take That był w cieniu, co nie bardzo mu pasowało. Chciał zostać największym brytyjskim wokalistą i znam wiele osób, które by się pod tym podpisały. Przywrócił wiarę w nieobciachowy pop, w którym walory komercyjne i artystyczne zupełnie bez zgrzytów idą ze sobą w parze. Ostatnio może nie był tak porywający jak na początku dekady, ale - Bogiem a prawdą - poprzeczkę sam sobie zawiesił na poziomie niebotycznym.
-
28.01.2011dodany przez: Gość
żart* -
28.01.2011dodany przez: Gość
damon albarn? to jakiś żat? -
komentarz
